Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dumbledore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dumbledore. Pokaż wszystkie posty
środa, 13 listopada 2013
Rozdział 28
W czasie, gdy w sypialni prefektów Szóstego Domu buchały płomienie miłości, znacznie skromniejsza, acz nie mniej trwała relacja rozwijała się w innej części Hogwartu. Cho Chang i Kasandra Swiftsure stały się najlepszymi przyjaciółkami. Krukonka czuła się już prawie całkiem dobrze, ale nadal wymagała opieki, więc Kasandra porozmawiała z panią Pomfrey i wzięła na siebie obowiązek doglądania koleżanki. Dzięki temu spędzały razem jeszcze więcej czasu.
- W życiu bym nie pomyślała, że kiedyś będę się tak obżerać – powiedziała Cho.
- Przypadki chodzą po ludziach – uśmiechnęła się Kasandra. – Ja sama jeszcze niedawno byłam tak okropnie nieśmiała, że strach pomyśleć. Ta misja ratunkowa bardzo mi pomogła na samoocenę.
- Nie tylko na ciebie wpłynęła – uśmiechnęła się uczennica z Ravenclawu. – Na przykład taki Malfoy…
Zauważyła, że przyjaciółka drgnęła na dźwięk tego nazwiska.
- Przepraszam – zareagowała. – Widzę, że trafiłam w czuły punkt…
- Nic nie szkodzi – odpowiedziała Swiftsure. – Już pogodziłam się z myślą, że Harry nie jest dla mnie. W końcu zobacz, on mi jakoś specjalnie nie okazywał zainteresowania, tylko parę razy mi powiedział, że mam ładne zęby, co i tak mi wszyscy mówią…
- Łącznie ze mną – zauważyła Cho.
- No właśnie. Postawiłam na nim kreskę. Zresztą ten Draco też z biegiem czasu zdaje się względnie sympatyczny…
- Nie zawsze taki był. Dopiero w tym roku tak się wszystko zaczęło dziać. Przedtem był okropny.
- Wiem, miałam okazję się zetknąć z tamtą stroną jego natury – Kasandra pokiwała głową. – To mi przypomina… To, co przeżyłam w Durmstrangu.
Cho spojrzała na nią z zastanowieniem.
- To musiało być straszne – powiedziała.
- I było. Właściwie nikomu o tym dotąd nie mówiłam, ale skoro jesteś moją przyjaciółką, może mnie wysłuchasz.
- No jasne – potwierdziła Cho, podsuwając Kasandrze talerz z ciastem.
- Jak ci już mówiłam, grupa uczniów z bogatych rodzin przyczepiła się do mnie na czwartym roku. Znęcali się nade mną metodycznie przez prawie dwa lata. Wyzwiska, podkładanie nóg, zabieranie jedzenia na stołówce… Jakoś to znosiłam. Byłam najlepsza z dziewczyn w quidditchu, nie zależało mi na byciu najpopularniejszą, w każdej szkole są takie męty, no to spoko.
Zadrżała. Cho objęła ją ramieniem, aby dodać pewności siebie.
- Pewnego dnia… Było to w kwietniu… - opowiadała Kasandra – szłam sobie korytarzem, kiedy nagle mnie otoczyli. Miałam zamiar ich olać i iść dalej swoją drogą, jak zawsze. Wtedy jeden z nich złapał mnie za rękaw i rzucił na ścianę. Stłukłam sobie plecy i leżałam na posadzce, a oni stali i wyśmiewali się ze mnie. Potem zaczęli mnie kopać. Wszyscy razem, ale szczególnie jeden. Miał tak silnego kopa, że Cruciatus mógł się wydawać pieszczotą, a ja mam porównanie. Najbardziej bałam się, żeby tylko nie wybili mi zębów… Potem jeden mnie podniósł i rzucił w kąt, gdzie leżały jakieś szklane skorupy. Upadłam brodą prosto na to szkło. Uzdrowiciele robili, co mogli, ale i tak blizny pozostaną mi do końca życia.
- Biedna Kasandra… - westchnęła Cho. – Ale dość ładnie ci się zagoiły.
- I to jeszcze nie wszystko – Swiftsure wykrzywiała się z zakłopotaniem, w jej oczach pojawiły się łzy. – Leżałam tam, na korytarzu… Pobita, skopana, sponiewierana, z zakrwawioną twarzą… I wtedy jedna dziewczyna… Wiesz, z tej bandy… Ona podeszła do mnie, uklękła nade mną i kazała… No wiesz…
Cho Chang pisnęła z szoku. Odruchowo odsunęła się od Kasandry.
- Uważasz mnie za nieczystą? – Gryfonka spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.
- Nie, skądże znowu – Cho uśmiechnęła się przepraszająco i ponownie przytuliła Kasandrę. – Bardzo ci współczuję i zrobiłabym wszystko, żeby ci pomóc. Myślałam tylko, że po tym… zdarzeniu… nie lubisz dotyku.
- Słuchaj, Cho, może i jestem w dalszym ciągu trochę nieśmiała, ale wystarczająco asertywna, żeby powiedzieć od razu, gdyby mi się coś nie podobało. Dziękuję ci bardzo za wsparcie. Jesteś pierwszą osobą, której o tym w ogóle opowiedziałam.
- Zawsze możesz ze mną pogadać o wszystkim – rzekła Krukonka. – I niech dementorzy porwą tych podleców. A teraz zjedz coś.
Kasandra wyjęła z kieszeni cygaro, zapaliła.
- Ty palisz? – zdziwiła się Cho.
- Rzucam – Swiftsure uśmiechnęła się słabo. – Przez tamto wszystko wpadłam w nałóg. Ale robię, co mogę, żeby się tego pozbyć. Trzymam się na poziomie jednej fajki w miesiącu.
Cho popatrzyła na nią zatroskana.
- Tylko mi z nim gdzieś nie zaśnij – powiedziała. – Skrzaty nie mają w umowie obowiązków straży pożarnej.
- Bez obawy – uśmiechnęła się Kasandra. – To jest magiczne cygaro, samo się zapala i gaśnie, kiedy chcę.
***
Harry obudził się w środku nocy i złapał za różdżkę, żeby sobie poświecić. Zaskoczone stęknięcie Dracona uświadomiło mu, że to jednak nie była różdżka. Uświadomienie sobie tego faktu spowodowało, że chwilę później w łóżku znalazły się już dwa obiekty różdżkopodobne. Nie mówiąc o prawdziwej różdżce.
- Cześć, króliczku – uśmiechnął się Draco, patrząc na Pottera przez półprzymknięte powieki.
- Cześć, Smoczusiu. Jak ci się śpi?
- Super – Malfoy wyciągnął rękę do Harry’ego. – Chodź tu bliżej. Mam ochotę porządnie obślinić mojego chłopaka.
- Już nie przesadzaj, świetnie całujesz – Harry pogłaskał go po platynowych włosach. – No, dawaj.
I przysunął się bliżej, podstawiając Draconowi swoją klatkę piersiową .
- Jesteś super, człowiek – powtarzał, wsłuchując się z rozkoszą w cmoknięcia dochodzące z rejonu jego żeber. Nawet gdyby dotyk warg Malfoya nie był tak niesamowicie przyjemny, sam odgłos by wystarczył, aby doprowadzić Pottera do szaleństwa.
- Dobrze, teraz moja kolej – wykrztusił wreszcie i pochylił się, aby zwrócić Draconowi pieszczotę z nawiązką.
Leżeli potem wtuleni w siebie, odwlekając i zawieszając w czasie tę chwilę, gdy w końcu pójdą na całość…
- A nie masz mi za złe? – upewnił się Harry. – Wiesz, tego wszystkiego, co się działo na ucztach?
- Nie no, coś ty – Draco przytulił się do jego ramienia. – Przecież wtedy jeszcze nie byliśmy razem…
Złoty Chłopiec chwycił oburącz głowę Malfoya i wypełnił jego usta długim, gorącym pocałunkiem.
- Wiesz co – powiedział. – Czasem wydaje mi się, że tamte wszystkie dziewczyny na ucztach, i paru chłopców, nawiasem mówiąc… To wszystko był trening, zanim trafię na ciebie…
- Ty, słuchaj… - wykrztusił Draco. – Nie gniewasz się na mnie za Ritę Skeeter? Wiem, że to brzmi głupio, ale zrobiłem to dla dobra Hogwartu…
- Za dużo myślisz, Smoczusiu – Harry posmyrał Malfoya w nosek. – Chodź tu bliżej.
Kilka minut później obaj osiągnęli spełnienie i ponownie zasnęli.
Jednak po paru godzinach Potter obudził się znowu. Z drugiej strony łóżka dobiegał szloch…
- Draco, co się stało?
- Miałem sen – wykrztusił Malfoy roztrzęsiony/
- Ale o czym? – zapytał Harry. – Że nadejdzie taki dzień, kiedy czarodzieje i mugole, czystokrwiści i szlamy, Gryfoni i Ślizgoni…
- Nie – zaprzeczył Draco. – To było… To był koszmar. Hogwart… Cały zrujnowany. Wszędzie pył i gruz. I widziałem… jego…
- Voldemorta?
Malfoy pokiwał głową.
- Właśnie. Walczyłeś z nim, byłeś… zakrwawiony. Patrzyłeś na mnie… Chciałeś, żebym ci rzucił swoją różdżkę, ale nie mogłem… Przykleiła mi się do ręki…
- Spokojnie – powiedział Harry, gładząc Dracona po ramionach. – To tylko sen. Wszystko będzie dobrze…
- Nie oddam cię, Potter – Draco rozpłakał się. – On cię nie dostanie. Po moim trupie…
- Ja ciebie też – odrzekł Harry.
Przytulił czule rozdygotanego Malfoya. Draco przywarł do jego ciała, stopniowo się uspokajał i rozluźniał. Już wkrótce zapomniał o koszmarze. Był szczęśliwy. W ramionach Harry’ego znalazł dom prawdziwszy niż Malfoy Manor.
***
W Komnacie Tajemnic spotkali się Albus Dumbledore i Lukrecja de Volaille.
- Cóż, pani profesor – zagaił Dumbledore. – Skoro spotykamy się w Komnacie Tajemnic, to wnioskuję, że to, o czym chce pani porozmawiać, jest tajemnicą.
- Ma pan całkowitą rację, dyrektorze – odrzekła opiekunka Klimpfjallu. – Już zbyt wiele osób kręci się wokół tej całej sprawy.
- Musiałem odsunąć profesor Umbridge od spraw związanych z Szóstym Domem – oświadczył Albus. – Nie jestem pewien jej lojalności, więc na wszelki wypadek lepiej, żeby nie była za bardzo wtajemniczona.
- A gdzie Moody? – zapytała de Volaille.
- Pojechał do Londynu w sprawach aurorskich – odrzekł dyrektor. – Nie możemy teraz liczyć na jego wsparcie.
- Wsparcia będziemy potrzebowali wiele – przyznała Lukrecja. – Nieprzyjaciel rośnie w siłę. Według analizy różnych danych, na przykład napisów na murach w takich miejscach, jak przecznice ulicy Pokątnej, śmierciożercy szykują solidne przegrupowanie. Znaczącą rolę ma tu odgrywać Organizacja Zagraniczna.
- Zapewne macza w tym palce nasz znajomy Walruss – stwierdził Dumbledore, spoglądając znad okularów.
Lukrecja odwróciła wzrok.
- Wolałabym, dyrektorze, aby nie nazywał go pan w ten sposób.
- Przepraszam. Co w ogóle nam wiadomo o tych ludziach?
- Chodzą słuchy, że Voldemort zamierza na bazie tego młodego narybku utworzyć swego rodzaju Anty-Hogwart. Własną szkołę czarodziejów, z naciskiem na czarną magię.
- Kto by miał tam wykładać? – zdziwił się Dumbledore. – Ze starych śmierciożerców nie uzbierałoby się dość dużo kompetentnych nauczycieli, poza tym zapewne Voldemort wolałby co zdolniejszych wykorzystywać w terenie niż kazać im się zajmować młodzieżą.
- Mimo wszystko to jest coś, czego nie należy lekceważyć – zauważyła de Volaille. – Synchroniusz Walruss to niezwykle niebezpieczny i sprytny osobnik. Chociaż jest czarodziejem czystej krwi, wie wszystko o mugolach i potrafi perfekcyjnie wtapiać się w ich towarzystwo. Gdyby zobaczył go pan jako mugola, nigdy by pan nie zgadł, że ten człowiek ma cokolwiek wspólnego z magią. Mnóstwo znajomych mugoli i całkiem możliwe, że wykorzysta swoje znajomości w swojej pracy dla Voldemorta…
- Voldemort miałby korzystać z mugolskich sojuszników? – zdumiał się dyrektor. – Świat się kończy…
- To właśnie dlatego tak trudno złapać Walrussa. Aurorzy śledzą go od miesięcy i nie potrafią nic zrobić.
Albus Dumbledore spojrzał na opiekunkę Kluchonów z zastanowieniem.
- Co pani sądzi o uderzeniu prewencyjnym? – uśmiechnął się chytrze.
- W jakim sensie, dyrektorze?
- Potter i jego towarzysze już raz dokonali niemożliwego – Dumbledore zatarł ręce. – Przekroczyli granicę światów, aby przyprowadzić z powrotem duszę panny Chang. Czymże jest w porównaniu z tym zlokalizowanie paru młodocianych chulimagów i unieszkodliwienie ich?
Profesor de Volaille pobladła.
- Nie! – zaprotestowała. – Pan sobie nie zdaje sprawy z tego, jak niebezpieczny jest Walruss. Niektórzy mówią, że potężniejszy i bardziej szalony niż Bellatrix Lestrange. Atak już teraz to pewna śmierć. Grupa Pottera nie doszła jeszcze całkiem do siebie po powrocie z tamtej misji. Właśnie teraz pomiędzy niektórymi z Kluchonów, samego Pottera nie wyłączając, wykuwają się potężne więzi, które powinny być dla nich wielkim wsparciem. A panna Swiftsure? Gdyby wpadła w ich ręce, a oni się dowiedzieli, że jest córką tego, no, Czarnego…
- A może by tak postąpić po slytherińsku, czyli podstępem? – przerwał jej Dumbledore, urzeczony swoim niespodziewanym pomysłem. – Skoro ten cały Walruss jest aż tak potężny, moglibyśmy go przekonać, że powinien zająć miejsce Voldemorta. Wybuchnie walka o władzę, jeden wykończy drugiego i wykona część roboty za nas. Zostanie osłabiony na placu boju, a my będziemy tylko musieli… wypuścić psy!
- A ma pan już kandydata na agenta wpływu? – zapytała Lukrecja. – Draco Malfoy jest już dla nich spalony…
- Pansy Parkinson! – wykrzyknął Dumbledore. – Nie, żartuję. Dopiero teraz wpadłem na ten pomysł, więc będę musiał to gruntownie przemyśleć. W każdym razie, niech ten Walruss nie będzie taki mądry, bo mu tyłu zabraknie.
***
- Wiesz co, Draco? Ja nie chcę nic mówić, ale jesteśmy w szkole, więc może dobrze by było, nie wiem, na jakieś lekcje iść?
- Bez obawy, króliczku, poradzą sobie bez nas.
- Ja jestem prefektem, mam obowiązki.
- To powiesz, że musiałeś dyscyplinować wyjątkowo niegrzecznego ucznia. Mmmmrrrr…
- Dobra, wstaję.
- Jeszcze tylko raz, błagam…
- Jak tylko raz, to może być. Ale potem już na lekcje.
- Wiedziałem, że się zgodzisz. Słodziak z ciebie.
- Nogi szerzej, słodziaku.
- Dla mojego króliczka wszystko.
środa, 21 sierpnia 2013
Rozdział 24
Harry
obudził się i z zadowoleniem stwierdził, że leży w łóżku w puchońskim dormitorium.
Czuł, jak wypełniają go nowe siły. Tak wypoczęty nie był już od bardzo dawna, a
nawet od dwóch tygodni. Cóż, w ostatnim czasie tyle się działo, a on sypiał w
tak dziwnych miejscach i o tak dziwnych porach, że zupełnie rozregulował mu się
rytm dobowy. Całe szczęście, że wrócili do Hogwartu w niedzielę…
Zaraz!
Jeżeli wczoraj była niedziela, to znaczy…
Potter
zerwał się na równe nogi, przywdział coś, co leżało zwinięte obok łóżka, a
potem zaczął potrząsać Weasleyem spoczywającym na sąsiednim posłaniu.
- Obudź się, Ronno! –
wykrzykiwał. – Spóźnimy się na lekcję!
Ron
przeciągnął się, poprawił zmierzwioną czuprynę. Na jego twarzy rysował się
wyraz bólu.
- Ale była impreza – przyznał. –
Cały Klimpfjall się za wami stęsknił. Tylko ta głowa…
Harry,
widząc stan przyjaciela, wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie, którego
tydzień przed wyjazdem nauczyła Kluchonów Lukrecja de Volaille.
- Impendeo! – zadźwięczał jego
głos. Z głowy Rona wyskoczył szarawy pierścień dymu i rozpłynął się w
powietrzu.
- Niezły efekt – uśmiechnął się Weasley.
– I od razu lepiej.
Szli
korytarzem na lekcję transmutacji, która tego dnia rozpoczynała zajęcia.
- Dlaczego Filch tak się piekli o
tamten dywan? – dziwił się Harry. – Prościej by było, gdyby po prostu go uprał.
- Tu musi chodzić o zasady – powiedział
Ron. – Albo po prostu ten dywan naprawdę pasował do wnętrza.
Spojrzał
na Pottera z uwagą.
- A jak tam Kasandra? – zapytał z
jakąś taką niepewnością. – Zauważyłem, że jest znacznie pewniejsza siebie, niż
kiedy do nas przyszła.
- No tak – Potter pokiwał głową. –
Wyrobiła się.
Spuścił
na chwilę wzrok.
- Nie wiem, co z nią zrobić –
przyznał.
- Jak to nie wiesz? – zdziwił się
Weasley. – Wydawało mi się, że masz niezłe doświadczenie.
- Nie w takim sensie, zboczuchu!
– ofuknął go Złoty Chłopiec. – Nie bardzo wiem, jak ją traktować. Czasem wydaje
mi się, że ona ma mnie na uwadze, a czasem, że po prostu traktuje mnie jak
przyjaciela.
- No to spoko – stwierdził Ron. –
Przecież ona ma śliczne zęby…
- Nie chcę jej rozczarowywać –
Potter wzruszył ramionami.
- A dawałeś jej w ogóle coś do
zrozumienia?
- E-e – zaprzeczył Harry. – Tylko
ja nie wiem, czy ona sobie czegoś nie dopowiada.
- Aczkolwiek ów Malfoy też czuje
do ciebie miętę – zauważył Weasley.
Harry
tylko skinął głową na tak oczywistą konstatację.
- Myślałem, że to jakiś podstęp,
żeby wkraść się w twoje łaski, ale teraz widzę, że on nie udaje – ciągnął Ron.
– On autentycznie na ciebie leci.
- Widocznie Szósty Dom jemu też
zmienił charakter – rzekł Potter. – Ja tam nie narzekam.
- No wiesz?
- Bez niego nie dalibyśmy rady
uratować Cho. Nie wiem, dlaczego wszystkim Kluchonom tak się zmienia osobowość,
ale mam nadzieję, że jeszcze będą z niego ludzie.
- Oby – sarknął Ron.
Machnął dłonią Marietcie Edgecombe, która wyłoniła się zza rogu korytarza.
- Nie żebym go zaraz zaczął lubić
– zastrzegł. – Nadal uważam go za buca, tyle że teraz akurat jest po naszej
stronie. Stracił kasę od starych, to pali mu się grunt pod nogami.
- Ale zauważ,
że już od dawna nikomu nie dokuczał – stwierdził Harry. – Kasandra była
ostatnia.
- Myślisz, że
był zazdrosny? – u Weasleya w dalszym ciągu wizja autentycznie zakochanego
Dracona wywoływała lekki ból muzgó. – Ja bym jednak na niego uważał.
- Moim zdaniem
nie ma się czego obawiać, Ronno.
- Co kto lubi…
Co prawda już lepiej, żeby leciał na ciebie, niż żeby się kręcił koło mojej
siostry.
- A co tam u Ginny? Przecież
pojechała na wieś.
- Rehabilitacja się przeciąga –
Weasley uciekł spojrzeniem. – Ledwo zdążyła wyjść z choroby, a koń ją kopnął.
Na
transmutacji Harry siedział z Kasandrą. Starał się zachowywać naturalnie, ona
chyba też, w każdym razie nie doszło do żadnych krępujących sytuacji, a nawet
Swiftsure wykazała się zaskakującą uwagą i przygotowywaniem.
- Czy ty… - wybełkotał Potter,
gdy McGonnagall akurat nie patrzyła. – Czy ty się uczyłaś dzisiaj w nocy?
- Wzięłam notatki od dziewczyn –
przyznała Kasandra z uśmiechem, a Harry jeszcze raz musiał przyznać Ronowi
rację – zęby miała wprost wspaniałe.
Ogólnie
na lekcjach Harry starał się nie wychylać, wiedząc, że ma pewne braki w
materiale z ostatniego tygodnia. Swiftsure w jakimś tam stopniu go osłaniała,
ściągając na siebie uwagę nauczycieli, ale okazało się, że pary, a pewnie i
czasu, nie starczyło jej na wiele więcej oprócz samej transmutacji, więc na
zielarstwie nie popisała się najlepiej.
Były też
eliksiry. Ponieważ Snape w dalszym ciągu był na urlopie, lekcję prowadził
nauczyciel przybyły na zastępstwo: w średnim wieku, z włosami do ramion i
bródką. Miał na sobie beżowy sweter w indiańskie wzorki, rozciągnięty do tego
stopnia, że mógł spokojnie uchodzić za szatę. Pedagog był z niego marny, a już
zupełnie sobie nie radził z utrzymaniem dyscypliny, tak że rozmowy
międzyuczniowskie trwały w najlepsze, a Ron z Longbottomem grali w karty. W
nielicznych momentach, kiedy nauczyciel próbował zrobić coś konkretnego,
wychodził mu eliksir białawej, a może jasnobeżowej barwy, którego skutkiem był
nagły przypływ optymizmu i wyluzowania, połączony jednak z nagłym odpływem sił
i utratą równowagi. Po zakończeniu lekcji ledwo trzymał się na nogach i trzeba
było zawołać Filcha, żeby go wyniósł.
Ostatnie tego
dnia były zaklęcia, prowadzone oczywiście przez Lukrecję de Volaille. Po
zakończeniu opiekunka Klimpfjallu wyszła przywitać się z uczestnikami wyprawy.
Uścisnęła Harry’ego i Kasandrę, cmoknęła Hermionę w policzek, Malfoya
pogładziła po głowie.
- Wiedziałam, że wam się uda! –
mówiła podekscytowana. – Duch Szóstego Domu znów tryumfuje!
- Jak się czuje Cho? – zapytała
Hermiona.
- Wybudziła się, nabiera sił i
jutro ma wyjść ze szpitala – wyjaśniła profesor de Volaille. – A ja wciąż nie
mogę uwierzyć w to, czego wspólnie dokonaliśmy. Byliście pierwszymi ludźmi,
którzy przedostali się z naszego świata do tamtego, od trzystu trzydziestu
czterech lat!
- No, to jest osiągnięcie –
podsumował Potter.
- Czy to znaczy, że
niebezpieczeństwo minęło? – Granger pozostawała ostrożna. – I nie będzie więcej
ataków z tamtej strony?
- Na Hogwart bezpośrednio? Nie –
wyjaśniła Lukrecja. – Założyliśmy zaporę, która uniemożliwia otwieranie portali
w zamku i jego okolicach. Poza tym wszystko wskazuje na to, że dzięki waszej
interwencji Szósty Ród otrzymał potężny cios, z którego szybko nie wyjdzie, a
może nawet Dagoth Ur zerwie stosunki z Voldemortem…
- Hura – zauważył Ron, który też
uczestniczył w rozmowie. – To znaczy, że możemy na razie przerwać patrolowanie
Hogwartu?
De
Volaille popatrzyła na nich ponuro.
- Stan wyjątkowy pozostaje w mocy
– powiedziała. – Przeciwnik może mieć jeszcze inne sztuczki w zanadrzu…
Kilka godzin
wcześniej profesor de Volaille poprosiła Dumbledore’a o rozmowę. Gdy przyszła
do gabinetu, dyrektor spoglądał na nią rozpromieniony.
- Pani jest prawdziwym skarbem dla
całego Hogwartu – powiedział. – Co prawda wszyscy już się przyzwyczaili, że Potter
i jego towarzysze umieją dokonać niemożliwego, ale jednak taki wyczyn… Proszę
się poczęstować.
Lukrecja
usiadła, przysunęła sobie herbatę, poczęstowała się herbatnikami.
- Moja zasługa polegała tylko na
tym, że pokazałam im drogę – powiedziała. – Reszty dokonali oni sami.
- Więc dlaczego się pani nie
rozchmurzy? – zdziwił się Dumbledore. – Herbata za słodka? Czy za mało? A może
wie pani coś o nowych kłopotach?
Opiekunka
Klimpfjallu pokiwała głową.
- Przez kanały ministerialne
doszły mnie pewne słuchy – stwierdziła. - Czy mówi coś panu nazwisko
Synchroniusz Walruss, dyrektorze?
- Nigdy go wcześniej nie
słyszałem – rzekł Albus. – Ale z mrocznego tonu, jakim pani je wymawia,
wnioskuję, że to pewnie jakiś śmierciożerca.
- Nie inaczej. – Lukrecja
machinalnie pomieszała herbatę. – To sługa Voldemorta, do tej pory dość nisko
postawiony, ale ostatnio musiał zyskać na znaczeniu.
Dumbledore
przetarł okulary.
- Czy to jeszcze jeden zwykły
miłośnik czarnej magii zasilający szeregi Sama-Pani-Wie-Kogo, czy należy się
spodziewać z jego strony jakiegoś konkretnego zagrożenia?
- Służby wzięły go pod obserwację
– wyjaśniła de Volaille. - Ukrywał się po tym, jak pewien czas temu zamordował
w Manchesterze aurorkę Petulę Petelenz, ale ostatnio widywano go, jak
podróżował po Europie i pojawiał się w towarzystwie młodzieży zafascynowanej
czarną magią. Według informacji wywiadowczych, stoi on na czele ugrupowania
znanego jako „Śmierciożercy - Organizacja Zagraniczna”.
- To brzmi poważnie – Dumbledore
pokiwał głową. – Wiadomo o nich coś więcej?
- Wyrzutki z Durmstrangu,
Bobatona i paru innych szkół, znani ze swego, mówiąc oględnie, nieodpowiedniego
zachowania i wielkiej pychy – wyjaśniła Lukrecja. – Idealny materiał na nowe
pokolenie sług Voldemorta. Udało nam się ustalić nazwiska niektórych z nich: to
Wolfram Wulff, Bernadetta Heckler, Sylvain Corneille-Noir, Zdenek Slanina i
Pablo Angostura.
- Są niebezpieczni?
- Walruss nie dobierał ich
przypadkowo. Wiadomo, że Wulff był jednym z najlepszych graczy w quidditcha w
całym Durmstrangu, ustępując jedynie Wiktorowi Krumowi. Natomiast Zdenek
Slanina jest podobno niezarejestrowanym nigdzie animagiem, zmienia się w
kangura. Na temat pozostałych nic nie wiem, ale zapewne są równie
niebezpieczni.
- I mogą zaatakować akurat nas? –
upewnił się dyrektor.
- Mogą – potwierdziła profesor de
Volaille. – Synchroniusz Walruss poddaje ich silnej indoktrynacji antyhogwarckiej.
Na szczęście my mamy Kluchonów…
środa, 24 października 2012
Rozdział 6
Któregoś
dnia Lukrecja de Volaille dostała wyjca od Dumbledore’a. Szybko się ubrała, rozczesała
dość pobieżnie swe dwubarwne włosy i poszła do gabinetu dyrektora. Czekali już
tam na nią sam Dumbledore oraz Dolores Umbridge.
Dyrektor
Hogwartu był poirytowany, bo sowa Tengmalma właśnie przyniosła mu
korespondencję od Alderamina Blacka, komisarza UE do spraw magii. Nie dość, że
był to jakiś kompletny urzędowy bełkot, z którego dało się zrozumieć jedynie
„uprzejme sugestie” wprowadzenia do Hogwartu mugolskich nauczycieli, to w
dodatku nazwisko dyrektora zostało przekręcone na AMBULUS DUMBELDOOR! Dumbledore
siedział zatem i rozmyślał, jak w prostych, żołnierskich słowach napisać, co
myśli o takiej biurokracji, kiedy profesor de Volaille weszła do gabinetu.
Lukrecja,
stając przed obliczem dyrektora i jego prawej ręki, była pełna obaw. Nie dość,
że po pełnej wrażeń nocy nie uczesała się jak należy, to w dodatku
przypuszczała, że pewnie znowu będzie musiała się tłumaczyć z kwestii
sprzątania.
Po każdej z
uczt Pokój Ogólny w Klimpfjallu przypominał krajobraz po bitwie, zasłany
rozbitymi naczyniami, pierzem z poduszek, kośćmi od mięsa, pestkami i ogryzkami
oraz częściami garderoby, pomiędzy którymi leżeli nieprzytomni Kluchoni. W
dawnych latach wszystko to pokrywała sięgająca do kostek warstwa białej,
kleistej substancji. Jednak tuż przed reaktywacją Szóstego Domu Dumbledore wezwał
Lukrecję de Volaille i stwierdził
jednoznacznie, że to wysoce niehigieniczne, źle wygląda (zwłaszcza w oczach
Ministerstwa Magii), i jeżeli już Kluchoni mają konieczność chlustać sp… spe…
no, tym białym, to niech przynajmniej po sobie posprzątają. De Volaille nie
rozumiała, dlaczego Albusowi przeszkadza to, co robią we własnym towarzystwie i
we własnym pokoju ogólnym, ale dla świętego spokoju wydała odpowiednie
dyspozycje. Sprzątaniem pozostałych zniszczeń zajmowały się specjalnie
przydzielone skrzaty, które dostawały za to dodatkowe wynagrodzenie.
Okazało się
jednak, że dziś nie chodzi o sprzątanie. Najwyraźniej wszystko w tej materii
szło zgodnie z oczekiwaniami.
- Hm, - powiedział Dumbledore. –
Profesor de Volaille.
- Tak, panie dyrektorze –
zgodziła się Lukrecja.
- Zmiany wprowadzane przez
ministerstwo są zaskakujące – oznajmił dyrektor. – Wygląda na to, że niedługo
będziemy musieli wprowadzić zajęcia z literatury mugolskiej. Z mugolskim
nauczycielem. Ale ja nie o tym.
Lukrecja
de Volaille słuchała w skupieniu. Ponieważ sama została przysłana z
Ministerstwa, nic dziwnego, że Dumbledore pod jej adresem wyrażał niezadowolenie
związane z pomysłami Knota i spółki.
- Chodzi o co innego – odezwała
się Umbridge. – Wie pani równie dobrze jak my, że celem Szóstego Domu nie jest
wyłącznie przestawianie granic hedonizmu. Utrzymywanie dobrego samopoczucia
jest oczywiście bardzo ważne, ale… Co z tym innym celem?
De
Volaille przeczesała kasztanowatą stronę swych włosów. Nie czuła się zbyt pewnie,
będąc nieuczesana.
- Im lepiej Kluchoni będą
przygotowani, tym lepiej dla nas wszystkich – powiedziała wreszcie. – Dla
odpowiedzi na to pytanie ważne jest, czy Czarny Pan zorientował się w tej ewentualności,
o której rozmawialiśmy przedtem. Tego, o ile się orientuję, nie wiemy.
- Jeżeli nie wiemy, to należy
zakładać, że się zorientował – rzekła Umbridge surowo. – Czy wobec tego
Klimpfjall zajmuje się tym drugim? Czy tylko imprezowaniem?
- Imprezowanie jest bardzo
istotną częścią tego drugiego – oświadczyła opiekunka Kluchonów. – W ten sposób
wykuwają się kadry.
- Tylko żebym przez to wykuwanie
nie osiwiał po raz drugi – zastrzegł Dumbledore. – Zeszłoroczny „program
pilotażowy” z az-Zahrim kosztował mnie sporo kombinacji. Ciekawskim trzeba go
było przedstawiać jako ucznia z indywidualnym tokiem nauczania, ewentualnie
jako praktykanta u Hagrida. Teraz przynajmniej może się wtopić w tłum, ale z
drugiej strony teraz mamy cały tłum, i jego działalność, do ukrycia. Snape jest
bliski paranoi, McGonagall chyba też coś podejrzewa. Byłoby mi bardzo przykro,
gdyby ta cała maskarada poszła na marne.
- Nie pójdzie – powiedziała
zdecydowanie de Volaille. – Sam pan wie, dyrektorze, że jeszcze za czasów pana
nauki ten dom istniał. Przywracamy w ten sposób starą tradycję.
- I jakże ezoteryczną – rzekła
Umbridge. – Nawet Flitwick, choć jest wtajemniczony w istnienie Klimpfjallu,
nie zna szczegółów. Dla niego to po prostu społeczność, w której może się
najeść, posłuchać muzyki i wypalić faję.
- Przysięgam, że robię wszystko,
co konieczne, by wprowadzić w życie ideały Klausa Klimpfjalla i jego druha,
Dagoth Dreyfusa – oświadczyła de Volaille.
- Który prawdopodobnie nigdy nie
istniał – dodała Umbridge. – Cóż, na tym etapie trudno cokolwiek powiedzieć o
pani efektach. Może pani wracać do swoich zajęć.
Harry zwykle nie pamiętał wszystkich
szczegółów tego, co się działo na ucztach, ale wiele dziewcząt, a nawet
niektórzy chłopcy pamiętali to aż za dobrze. Takie ksywki, jak „Harry Potent” czy „Pan Różowej Różdżki”, nie wzięły się z
powietrza. Tymczasem Ron otrzymał przydomek „Lorda Weasleya”, bo po każdej
uczcie był pijany jak lord.
Uczty swoją drogą, a nauka swoją.
Harry jednak zauważył, że oprócz wykładanych przedmiotów, na lekcjach równie
interesuje go postać… no wiadomo czyja. Kasandra fenomenalnie radziła sobie z
transfiguracją, była bardzo dobra w zielarstwie, zaklęciach i opiece nad
istotami magicznymi, za to nie wyróżniała się specjalnie w eliksirach czy
wróżbiarstwie. To drugie nawet specjalnie nie dziwiło, kto by się przejmował
tymi bredniami. Za to na lekcjach obrony przed czarną magią Swiftsure jakby
zapadała się w sobie, była pochmurna i obojętna. Potter podejrzewał, że to nie
dlatego, że nie umie.
Któregoś razu szli z Ronem przez
błonia. Weasley, niosąc na ramieniu miotłę, opowiadał, że jego siostra Ginny
będzie miała spore braki w nauce, bo ostatnio poważnie zachorowała.
- Na szczęście
już z nią dobrze – powiedział Ron. – Ale u św. Munga powiedzieli, że wymaga
dwóch miesięcy rehabilitacji, więc wysłaliśmy ją do cioci na wsi…
- A gdzie
mieszka ta ciocia Nawsia? – zapytał Harry.
- Aż w Snowdonii
– Ron zignorował marny kalambur Pottera. – Cisza, spokój, szybko wróci do formy.
Doszli
w punkt, z którego dobrze było widać ciemną ścianę Zakazanego Lasu. Kilka osób
śmigało na miotłach. Harry z miłym zaskoczeniem stwierdził, że była wśród nich
także Kasandra Swiftsure. Przyglądał się jej dłuższą chwilę, obserwując, z jaką
gracją powoduje miotłą, jak łagodnie wchodzi w zakręt i wznosi się lub nurkuje.
Mógłby tak na nią patrzeć parę godzin. Ron też obserwował, opierając się o
własną miotłę.
- Dobra jest, skubana – zauważył.
Nagle,
nie wiadomo skąd, pojawili się Crabbe i Goyle. Nadlecieli chyba znad zamku i
uderzyli na Kasandrę. Próbowała im uciec, wylatując w korytarz powietrzny nad
Zakazanym Lasem. Kumple Malfoya nic sobie nie robili z zakazu; wlecieli ponad
drzewa jej śladem, dążąc do kolizji. Swiftsure uciekała, oni zbliżali się ku
niej zakosami. Wyślizgnęła się im, jednak tylko na chwilę. Ślizgoni
niestrudzenie gonili ją dalej.
Kasandra wprawdzie była technicznie lepsza, ale
chyba ogarnął ją strach; poza tym ich było dwóch. Crabbe ścigał dziewczynę
wzdłuż wyznaczonej krawędzi korytarza, a Goyle zrobił immelmana i przeciął jej
drogę od przodu. Kasandra ledwo się wymknęła. Wykonała ostry manewr, wymykając
się im, ale straciła przy tym wysokość, na tyle, że o mały włos uniknęła
wkomponowania się w czubek drzewa. Koledzy Dracona doprowadzili się do porządku
i prześlizgując się nad lasem, spróbowali zaatakować ją z dołu.
- Ron, ratuj ją! – zawołał Harry.
– Lecę po Hagrida!
Zanim
Potter uruchomił się nożnie, Ron już był w powietrzu i na ostrej korbie
zmierzał ku konfrontacji z łobuzami. Rypnął w Goyle’a po stycznej z takim impetem,
że tamten okręcił się wokół miotły i zawisł głową w dół. Ron wyciągnął różdżkę
i potraktował Patronusem dementora, który właśnie wychynął spomiędzy drzew, a
potem energicznie natarł na Crabbe’a. Ślizgon, na widok szarżującego Weasleya
wściekłego jak sto diabłów, spękał i uciekł w stronę zamku. Ron zwolnił. Podleciał
do Kasandry, aby pomóc jej zejść na ziemię.
Na
dole czekali już Harry, Hagrid i wezwany przez tego ostatniego Remus Lupin.
Hagrid wziął się intensywnie do ochrzaniania Goyle’a ("Sklątka tylnowybuchowa ma więcej rozumu niż wy obaj razem wzięci!").
Swiftsure
wylądowała. Była cała blada, kolor uciekł także z jej warg. Miała zbolały wyraz
twarzy, drżała. Harry opiekuńczo objął ją ramieniem.
- Potrzebujesz pomocy? – zapytał.
– Chodźmy do pani Pomfrey.
Poszedł
z Kasandrą do Skrzydła Szpitalnego. Czuł pod ramieniem, jak Swiftsure dygocze,
na twarzy była już nie tyle blada, co żółta, blizny na brodzie odcinały się
bardzo wyraźnie.
- Ja… przepraszam – wydusiła
wreszcie, gdy szli korytarzem. – Muszę do łazienki.
Harry
poczekał na nią. Wróciła po chwili, machinalnie wycierając usta.
- Jeszcze raz przepraszam, że
robię ci kłopot, Harry – popatrzyła na niego z poczuciem winy.
- Nic nie szkodzi – odpowiedział.
– Jesteśmy w jednym domu, musimy się nawzajem wspierać.
Przeszła
parę kroków, zatoczyła się.
- Nienawidzę tego – jęknęła. – Dlaczego
nie mogą dać mi spokoju? Myślałam, że w nowej szkole będzie lepiej…
Potter
spojrzał na nią niepewnie.
- Chcesz teraz zostać sama? –
zapytał.
- Nie – zaprzeczyła. – Ty właśnie
zostań… Jeżeli oczywiście możesz, nie chcę cię do niczego zmuszać, ale działasz
na mnie uspokajająco.
- Chodźmy, niech pani Pomfrey da
ci coś na żołądek – zdecydował Harry i znów otoczył ją ramieniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)