Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasandra Swiftsure. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasandra Swiftsure. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 33

      Draco nie wiedział, ile czasu spędził zamknięty w ciemności i poniżeniu. Godzinę, dwie? Całą noc? Trząsł się z zimna i wstydu. Bernadetta Heckler, po tym, jak go wykorzystała, zabrała mu ubranie. Leżał w kącie nagi, a jedynym, co miał na sobie, była dziwna bransoleta na kostce, zrobiona z jarzącego się na zielono metalu. Malfoy nie wiedział, co to takiego, i wcale nie chciał wiedzieć.
         Wreszcie ktoś otworzył drzwi. Wszedł wysoki, ciemnowłosy chłopak w popielatej szacie.
- Dobra, idziemy – powiedział do Dracona, po czym brutalnie podniósł go, złapał za kark i wyprowadził za drzwi.
       Ku swojej zgrozie tchórzofret rozpoznał pomieszczenia, przez które tamten go prowadził. Byli w Malfoy Manor! A to znaczyło, że już za chwilę spotka rodziców… A może nawet… Może samego…
     W głównym salonie na górze okna zasłonięto ciężkimi czarnymi kotarami. Panował mrok, rozświetlony tylko strategicznie rozmieszczonymi świecami. Na środku znajdował się nakreślony lśniącą kredą krąg, a w jego centrum – sześciokątny czarny kamień z metalowymi obręczami. Wokół stało mnóstwo ludzi. Śmierciożercy w czarnych szatach, jedni w maskach, drudzy bez. Peter Pettigrew, Fenriz Greyback (ostatnio hipstersko zmienił sobie ostatnią literę imienia), Alecto Carrow, Thorfinn Rowle i wielu innych… Anton Dołochow z pokancerowaną twarzą uśmiechnął się na widok Dracona z mściwą satysfakcją.
Osobno stała grupa młodych ludzi w szarych szatach z zielonymi obszyciami i wyhaftowanym na piersi zielonym Mrocznym Znakiem. Buchała z nich duma nowego pokolenia sług Voldemorta. Bernie Heckler, stojąca w tej grupie, lubieżnie zatrzepotała do Malfoya językiem, obok stał koleś, którego Draco spotkał w Hogsmeade. Wraz z nimi, w takich samych szatach, stali Crabbe i Goyle, rechocząc obleśnie na widok nagości i poniżenia Dracona.
     Chłopak, który wyprowadził Malfoya z piwnicy, wypchnął go na środek, pod czarny kamień. Draco, zdrętwiały ze strachu, cały czas rozglądał się za rodzicami, ale ich nie widział.
- A więc syn marnotrawny wrócił! – zabrzmiał sykliwy głos.
      Draco odwrócił się, by spojrzeć prosto w gadzie oblicze lorda Voldemorta. Zadrżał i zatoczył się, boleśnie uderzając biodrami o sześciokątny kamień. W końcu wyprostował się i jeszcze raz spojrzał na Czarnego Pana. Gdzieś za jego plecami krył się Lucjusz Malfoy, ubrany w odświętną szatę, ale trochę jakby skulony. Patrzenie na to, co się dzieje z jego synem, sprawiało mu ewidentną przykrość, o ile nie fizyczny ból.
        Voldemort mocno ścisnął Dracona za podbródek.
- Zdradziłeś, Draco – powiedział. – Ale widzę, że w końcu do nas wróciłeś. Wszyscy wracają.
- Nie… - tylko tyle Malfoy był w stanie wykrztusić.
- No i bardzo się zmieniłeś w ostatnim czasie – zauważył Voldemort. – Narażałeś życie dla jednej żółtej. Tak bardzo nie po malfoyowsku…
- „Żółta” to nie jest dopuszczalne określenie – sprzeciwił się Draco. – „Szkotka chińskiego pochodzenia”.
- Wszystko jedno – Czarny Pan skrzywił się z niesmakiem. – Daję ci unikalną szansę, abyś odkupił swoje winy. Drugiej nie dostaniesz. Zresztą… Nie możesz odmówić.
- Co ze mną zrobicie? – zapytał zaskoczony Draco, drżąc pod zimnym dotykiem Voldemorta i jadowitymi spojrzeniami śmierciożerców.
         Lord Voldemort uśmiechnął się drapieżnie.
- Czeka cię niesamowity zaszczyt, Draco – oznajmił wielkim głosem. – Dasz mi dziedzica.
- Cooooo? – Malfoy był zaszokowany. – Przecież to… Ja nie byłem w ciąży, to tylko taki eliksir!
- Eliksir eliksirem – Czarny Pan nie dał się zbić z tropu. – Czyżbyś nie wierzył, że jestem w stanie to zrobić? Zaraz cię zapłodnię, młody człowieku, a potem wydasz na świat moją córkę. Nie martw się, dostaniesz solidną ochronę młodego pokolenia śmierciożerców…
       Draco pobladł i osunął się na kolana. Natychmiast podbiegli Pettigrew i ciemnowłosy chłopak – Wolfram Wulff, jeden z Organizacji Zagranicznej. Podnieśli Malfoya i postawili go na czarnym kamieniu, przywiązując jego nadgarstki i kostki do stalowych obręczy. Draco znalazł się w niewygodnej, poniżającej pozycji, po prostu wypięty.
- Nadszedł czas, śmierciożercy! – wykrzyknął Voldemort. – Moja córka zabije Pottera i całą resztę tego tałatajstwa. Potem pomożemy naszemu sojusznikowi, Dagoth Urowi… Mam go  gdzieś, ale to zrobię, żeby nie myślał, że jesteśmy słabi. A wtedy czysta krew zapanuje nad światem!
        Ciężkim wzrokiem potoczył po zebranych.
- Zaczynamy. Is everybody in? The ceremony is about to begin.
- Poczekajmy, panie – odezwał się Pablo Angostura. – Jeszcze jedna kandydatka do naszej organizacji obiecała przyjść.
- Nie będę na nikogo czekał – syknął Voldemort. – Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
      Wyszedł na środek kręgu i zbliżył się do skrępowanego Dracona. Nagle coś go zatrzymało, odwrócił się do jego ojca.
- Lucjuszu, gdzie twoja żona? – zapytał z przyganą.
- Ona… źle się czuje, panie – powiedział Lucjusz Malfoy. – Nie chce tego widzieć.
- Co to znaczy „nie chce”? – zdenerwował się Czarny Pan. – Idź po nią, niech tu natychmiast przyjdzie. Ja tak każę!
     Lucjusz powlókł się smętnie po Narcyzę i zanim ją przyprowadził, minęło ładnych kilka minut. Matka Dracona wyglądała na załamaną, najwyraźniej chwilę wcześniej płakała, teraz trzymała w dłoni chusteczkę. Lucjusz, podtrzymując ją za ramię, stanął obok reszty śmierciożerców.
     Sytuacja wyglądała niewesoło. Ale Draco jednak jeszcze nie stracił całej nadziei. Spokojnie, Kluchoni powinni już poczuć magiczne wołanie o pomoc i już wkrótce przyjaciele przybędą go uratować…
- Zapewne myślisz teraz o tym, że już wkrótce przyjaciele przybędą cię uratować – uśmiechnął się Voldemort. – Nic z tych rzeczy, młody człowieku. Synchroniusz Walruss, mój najzdolniejszy współpracownik, pojął, jak działa ten wasz nowy hogwarcki alarm. Bransoletka na twojej kostce to jego pomysł. Twoi przyjaciele nawet się nie dowiedzą, że coś jest nie tak.
      Zbliżył się do Malfoya od tyłu, gotowy wejść w niego brutalnie.
- Chwileczkę! – zawołał ktoś. – Jeszcze my!
     Do salonu wpadła Bellatrix Lestrange w towarzystwie długowłosego brodacza w kraciastej szacie. Oboje byli zaczerwienieni i zdyszani.
- Synchroniuszu, gdzie wyście się podziewali? – rozsierdził się Voldemort.
- Trochę byliśmy zajęci, ale mam nadzieję, że nie minęliśmy najlepszego! – odrzekł Walruss.
- Nadzieję to ja ciebie zaraz…! – odpowiedział wódz śmierciożerców. – Wyciągaj tego fleta i rób, co do ciebie należy!
     Synchroniusz wyjął więc z zanadrza flet poprzeczny, stanął na jednej nodze i zaczął grać, groteskowo wybałuszając oczy. Jego muzyka wprowadziła do pomieszczenia jeszcze bardziej upiorny nastrój, niż był do tej pory. Z pewnością była nośnikiem jakichś mrocznych zaklęć…
      Draco rozejrzał się jeszcze raz. Ciemność, płomyki świec i dym. Śmierciożercy dookoła, ci starsi i młoda gwardia. Na obwodzie kręgu stali Pettigrew, Bellatrix i Walruss, tworząc trójkąt, którego centrum był on, Draco Malfoy, wygięty na czarnym kamieniu. Z tyłu zaszeleściły szaty Voldemorta. Draco poczuł jego lodowate dłonie na swoich pośladkach.
Za późno. Wszelka nadzieja przepadła. Już za chwilę Voldemort wetknie mu swego czarnego pana…
      Wtem rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pička materina! – zaklął Voldemort. – Lucjuszu, do jasnej ciasnej, to twój dom czy dworzec King’s Cross?
- Ja pójdę otworzyć – zaoferował się Angostura. – To pewnie ta nasza nowicjuszka.
      Wyszedł z salonu. Voldemort wpadł w gniew, wydawało się, że lada chwila rzuci w kogoś Cruciatusem.
     Jedna z szyb nagle pękła i rozsypała się z trzaskiem, a do pomieszczenia wpadło coś, co zerwało kotarę, owijając się w nią. Czarny kształt gwałtownie przeleciał przez salon i z impetem walnął Glizdogona w brzuch, aż padł na posadzkę. Oszołomieni śmierciożercy nie wiedzieli, co zrobić, gdy przez okno wleciał na miotle Blaise Zabini, a za nim – Potter i jacyś inni z Hogwartu…
    Czarny kształt wyhamował na ścianie i gdy zrzucił zasłonę, okazało się, że jest on Ronem Weasleyem, który natychmiast wyciągnął różdżkę i zaatakował Bellatrix Lestrange. Tymczasem Harry wytrącił różdżkę Lucjuszowi.
     Wybuchła bitwa. Atakujący hogwartczycy szybko zaangażowali śmierciożerców, którzy po pierwszym szoku podjęli rękawicę i wyciągnęli różdżki. Draco, cały czas wypięty na środku pomieszczenia, oberwał Drętwotą i osunął się bezwładnie na czarny kamień. Wyszło mu to na dobre: leżąc płasko, miał mniejsze szanse trafienia avadą lub innym niebezpiecznym czarem. Po całym salonie niosły się okrzyki, złorzeczenia i formuły zaklęć.
- Drętwota!
- Crucio!
- Gińcie, szlamy!
- Expulso!
- Sectumsempra!
- Aaaaaaargh!
- Expelliarmus!
- Incendio!
- W twarz?!! W twarz?!!
- Protego!
- Verfluchte Schweine!
- Avada kedavra!
- Moja noga!
- A masz, czekolado!
- Expecto patronum!
- Awruk!!!
- Obscuro!
- Semprini!
- Impedimenta!
- Perkele!
Powietrze było całe gęste od czarów. Ludzie Voldemorta nie szczędzili magii, aby powstrzymać napastników, jeden tylko Clovis Corneille-Noire konwencjonalnie rżnął nożem. Synchroniusz Walruss w przerwach między zaklęciami grał na flecie. Przelatująca naokoło magia wydawała się nie czynić mu żadnej szkody. W pewnej chwili wyciągnął flet i cisnął zaklęcie w Parvati Patil, wlatującą właśnie przez okno. Parvati poleciała na ścianę i legła bez życia.
Harry w całym tym zamieszaniu próbował dosięgnąć Dracona, uwolnić go i rozpocząć odwrót. Tak miało być: uwolnić młodego Malfoya i chodu do Hogwartu. Ale kiedy Synchroniusz zabił Parvati, niektórym Kluchonom ostatecznie puściły nerwy i także oni przestali dawać przeciwnikom pardon. Potter musiał się wykazać zwinnością, lawirując między walczącymi i unikając świszczących w powietrzu zaklęć.
Goyle próbował rzucić avadą w Neville’a Longbottoma. Neville okazał się szybszy, odparł atak i wytrącił Goyle’owi różdżkę. Fenriz rzucił się na Mariettę Edgecombe, ale dopadł go Murtaza az-Zahri, przybrał formę ośmiornicy i niewiele myśląc, skręcił wilkołakowi kark. Teodor Nott chował się za stołem przed zaciekłymi atakami Bellatrix, Zdenek Slanina zmienił się w kangura i kopał ile wlezie. Zabiniemu udało się podpalić szatę Wulffa. Tymczasem Ron w ferworze walki zgubił różdżkę, więc łomotał śmierciożerców kijem od miotły.
Nagle tuż przed Harrym wyrosła jak spod ziemi Narcyza Malfoy.
- Spedaliłeś mi syna! Giń! – krzyknęła, celując w niego różdżką. – Avaaaaa…
         Nie dokończyła zaklęcia, bo akurat dopadło ją monstrualne szczytowanie, kolejne z chronicznej serii wywołanej przez Voldemorta. Cyzia upadła na kolana i złapała się za rozkrok. Różdżka zadźwięczała na posadzce, ale krótko, bo Harry zaraz ją przechwycił. W samą porę, Thorfinn Rowle akurat w niego wycelował…

       Pablo Angostura słusznie odgadł, że do drzwi dzwoniła dziewczyna z Hogwartu, z którą korespondował od jakiegoś czasu. Tego wieczoru miała oficjalnie stać się śmierciożerczynią – Pablo napisał do niej, że dziś nadszedł odpowiedni moment, bo zdarzy się coś niezwykłego…
      Ale gdy otworzył drzwi, przeżył szok. To była Hermiona Granger. Uderzyły wspólnie, ona i Kasandra. Gdy Angostura padł na ziemię, bez trudu przeszły obok niego, a za nimi do środka Malfoy Manor wsypało się kilkoro innych Kluchonów.
- Dobra nasza! – powiedziała Hermiona. – Tam na górze już się rozpętało. Bierz Malfoya i w nogi!
      Wpadły po schodach jak burza, bez trudu obezwładniając jakiegoś zamaskowanego śmierciożercę, który wybiegł im na spotkanie. W salonie panowała totalna jatka i chaos. Kasandra od razu włączyła się do walki. Crabbe właśnie wziął na cel Longbottoma, lecz Swiftsure strąciła zaklęciem żyrandol, który spadł mu na głowę. Tymczasem Hermiona zaangażowała samą Bellatrix, spychając ją do defensywy. Weasley łoił miotłą szarego kangura, którym był Zdenek Slanina. Synchroniusz Walruss wypuścił ze swego fletu śmiercionośne zaklęcie prosto w Rona, lecz rudzielec na swoje szczęście akurat się pośliznął i rozciągnął na posadzce, a czar dosięgnął Corneille-Noire’a. Natomiast Murtaza z powrotem przybrał ludzką postać i próbował zaklęciami ognia wykurzyć Dołochowa z szafy, w której ten zajął umocnioną pozycję.
        Kasandra pochylona podbiegła zakosami ku środkowi sali, prosto do czarnego kamienia. Draco leżał na nim sflaczały i nieprzytomny. Swiftsure bez namysłu przecięła więzy zaklęciem Diffindo, a gdy Malfoy był już wolny, zarzuciła go sobie na plecy.
- Mam, nie dam! Mam, nie dam! – wykrzykiwała, biegnąc w stronę drzwi wyjściowych.
        Voldemort, z początku oszołomiony napadem, a potem zajęty odpieraniem ataków, nagle dostrzegł Kasandrę uciekającą z Draconem. Avadę zieloną i zdradną wysłał w jej kierunku, lecz Justin Finch-Fletchley dostrzegł zagrożenie i zastąpił drogę śmiertelnego czaru, biorąc go na siebie…
        Kasandra szybko zbiegła po schodach i była już w holu. Nigdy by nie przypuszczała, że byłaby w stanie biegać z Malfoyem na plecach, a jednak! Teraz tylko za drzwi, poza posiadłość, schować się gdzieś w żywopłocie i czekać ze świstoklikiem na pozostałych…
- Cześć, Swiftsure – rozległ się nagle złowieszczo znajomy głos. – Znowu mi się pętasz pod nogami?
       Kasandra spojrzała prosto w zimne oczy Bernie Heckler, swojej prześladowczyni z Durmstrangu… Lęk z dawnych lat chwycił ją brutalnie, sparaliżował, nie była w stanie nic zrobić…
         Bernadetta uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Sektumsempra! – powiedziała, machając różdżką. Z twarzy Kasandry strumień krwi trysnął aż na ścianę, dziewczyna padła na ziemię…

       Tymczasem na górze śmierciożercy zaczęli zdobywać przewagę. Część Kluchonów odleciała przez okno, myśląc błędnie, że Malfoy jest już uratowany, część leżała nieprzytomna lub została zepchnięta do zaimprowizowanych kryjówek. Harry leżał w kącie przysypany tynkiem ze ściany i szczątkami mebli, zbyt słaby, aby cokolwiek zrobić. Czarny Pan wydawał się tryumfować.
Zwycięstwo było niemal pewne, więc Bellatrix Lestrange zbiegła na dół, aby pomóc młodej Bernadetcie wciągnąć Malfoya z powrotem. Mało brakowało, a z całego rytuału nic by nie wyszło!
Obie ocuciły Dracona i przyprowadziły przed oblicze swego przywódcy.
- Co za skrajna głupota! – wykrzyknął Voldemort. – Naprawdę myśleliście, że możecie pokonać najpotężniejszego czarodzieja wszech czasów? Wy, garstka niedoświadczonych gówniarzów? Nawet w kupie jesteście słabsi ode mnie! I nawet z tymi waszymi nie wiadomo jakimi mocami z innego świata!
         Rozejrzał się uważnie po zniszczonym salonie. Najwyraźniej wypatrywał Harry’ego, ale jakoś go nie dostrzegł pod stertą gruzu i drewna.
- A gdzie się podział Potter? Stchórzył? Tak, to typowe dla waszego Złotego Chłopca. Wystarczy, że zaczną się prawdziwe kłopoty, a on już pali gumy! Ale mniejsza o to. Rozprawię się z nim później. Na razie jeszcze nie skończyliśmy naszego małego rendez-vous, paniczu Malfoy!
        Wyczerpany i wycieńczony Draco, drżąc z zimna w uścisku Bernie z jednej strony, a Bellatrix z drugiej, nie miał już siły na nic. Atak Kluchonów na chwilę przywrócił mu nadzieję, ale wraz z ich klęską wszystko runęło w gruzy tym bardziej. Teraz marzył tylko o tym, żeby to wszystko się jak najszybciej skończyło. Tu i teraz.
 - Nie zostanę twoim rozpłodowcem! – krzyknął. – Takiego chwieja!
        Voldemort roześmiał się złowrogo.
- Otóż obawiam się, drogi Draco, że nie masz innego wyjścia. Muszę jednak przyznać, że zdolny jesteś, skoro udało ci się jakoś wezwać pomoc. Drugi raz nie będę taki nieostrożny. Wiesz co, Draco? Żeby dać mi dziecko, nie będziesz koniecznie potrzebował rąk ani nóg…
        Tym razem zaśmiał się Synchroniusz Walruss, klaszcząc entuzjastycznie w dłonie.
- Czy ja mogę się tym zająć, panie? – poprosił. – Bardzo mi się ostatnio spodobał mugolski wynalazek zwany piłą łańcuchową.
- To dopiero po zapłodnieniu – odrzekł Czarny Pan. – No dobrze, młody człowieku, otwórz się przede mną i pozwól mi wejść!
       Brutalnie złapał Malfoya za biodra. Draco zakwilił bezradnie w oczekiwaniu straszliwego bólu, który zakończy wszystko, co w jego życiu było dobre…
- Przestańcie natychmiast! – donośny kobiecy głos zabrzmiał echem w zrujnowanym salonie.
        Voldemort obejrzał się, Draco mimo wszystko tak samo. W drzwiach stała Lukrecja de Volaille. Z jej niskiej, pulchnej sylwetki emanowała niesamowita energia, połowa włosów wydawała się płonąć żywym ogniem, a druga połowa była czarna jak smoła.
- Kim jesteś?! – krzyknął Voldemort. Nie po raz pierwszy mu przeszkodzono, ale ta kobieta wzbudziła w nim prawdziwy, nieokreślony niepokój.
- Twoją zgubą, Voldemorcie – odpowiedziała Lukrecja.
- Każdy tak mówi – rzekł Czarny Pan. – A potem leży w pyle i we krwi, tak jak ci tutaj dookoła. Nachodzisz mnie w domu mojego znajomego, przeszkadzasz w rozmowie z jego synem… Jak by nie patrzeć, jesteśmy tu wszyscy u siebie. Czego chcesz, gadaj!
        Profesor de Volaille była spokojna, patrząc w gadzie oblicze Voldemorta.
- Czy pamiętasz Esmeraldę Goldcrest? Młodą, pełną radości dziewczynę, którą brutalnie zgwałciłeś tylko dlatego, że się z ciebie śmiała? Założę się, że nie. Dla ciebie jedna zbrodnia więcej to bez różnicy. Esmeralda umarła w nędzy i wstydzie, porzucona przez rodzinę. Wszyscy mówili, że sama sobie jest winna, że cię sprowokowała. Nie doczekała sprawiedliwości. Ale ja dopilnuję, aby kara cię nie minęła, lordzie.
       Voldemort stał w miejscu, wpatrzony w Lukrecję. Zupełnie stracił rezon i orientację. Zszokowany, nie wiedział nawet, co odpowiedzieć.
Tymczasem profesor de Volaille rozpruła swoją szatę, uwalniając bujne, jędrne piersi. Harry, nawet otępiony ze zmęczenia, nawet będąc w śmiertelnym zagrożeniu, musiał przyznać, że to najpiękniejsze ciało, jakie w życiu widział, nie licząc oczywiście Dracona…
Ale Lukrecja de Volaille nie miała zamiaru nikogo kusić. Ujęła oburącz swą różdżkę i z całej siły wbiła ją między piersi. Trysnęła krew, spływając w dół jej dekoltu. Lukrecja słabnącym głosem zdążyła tylko powiedzieć:
- Na taką ofiarę nie pomogą żadne horkruksy. Avada kedavra… Tato!
        Różdżka pofrunęła jak strzała z łuku, ciągnąc za sobą jadowicie zielony strumień światła przeplatany czerwienią. Voldemort został trafiony prosto w serce. Runął na ścianę i wyrżnął w nią z taką siłą, że posypało się szkło z tych okien, w których jeszcze do tej pory się uchowało, a z szafy na drugim końcu salonu pospadały ocalałe dzbanki.

     Harry otworzył oczy i powoli się podniósł, otrząsając z siebie gruz i resztki mebli. W salonie, pod warstwą pyłu, leżały ciała. Parvati Patil, Bernadetta Heckler, Justin Finch-Fletchley, Peter Pettigrew. Spojrzał na zakrwawione zwłoki Lukrecji de Volaille. Na jej twarzy zagościł ogromny spokój, jakby odeszła w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
     Ron wygramolił się zza przewróconego stołu, Hermiona także zaczynała odzyskiwać przytomność. Wyglądało na to, że znowu cała ich trójka miała szczęście… Neville Longbottom pełzł po podłodze na czworakach. Dotarł do Zabiniego i próbował go obudzić. Murtaza az-Zahri także kuśtykał od jednej leżącej postaci do drugiej, sprawdzając, co dla kogo da się zrobić.
     Potter wstał i spojrzał na środek salonu. Czarny kamień, do którego wcześniej przykuto Malfoya, rozpadł się na pół. Obok spoczywało ciało Voldemorta, skurczone i jakby nadpalone, różdżka Lukrecji ciągle sterczała z jego mostka.
       Draco dygotał pod ścianą. W oczach miał łzy, a na ustach szalony uśmiech. Nagle zerwał się, chwycił kij golfowy, który mu akurat leżał pod nogami. Rzucił się na Voldemorta i dał upust wszystkim swoim emocjom.
- This is what happens! – krzyczał, łojąc Czarnego Pana z całej siły. – This is what happens! When you! Fuck! A stranger! In the ass!!!
- Dosyć, Draco – Harry zmęczonym gestem złapał go za ramię. – To już koniec. Wygraliśmy. Tak mi się przynajmniej wydaje…
       Malfoy odrzucił kij. Stał na środku pomieszczenia, wciąż nagi i wciąż dygoczący, ledwo trzymał się na nogach. Nie miał już na kostce zielonej bransolety. Z lękiem wypatrywał swoich rodziców wśród leżących ciał, ale nigdzie nie było ich widać. Hermiona podeszła i owinęła Dracona kawałkiem okiennej zasłony.
- Już dobrze… - powtarzał Draco obsesyjnie. – Już wszystko dobrze. Wracamy do domu…


środa, 13 listopada 2013

Rozdział 28


  W czasie, gdy w sypialni prefektów Szóstego Domu buchały płomienie miłości, znacznie skromniejsza, acz nie mniej trwała relacja rozwijała się w innej części Hogwartu. Cho Chang i Kasandra Swiftsure stały się najlepszymi przyjaciółkami. Krukonka czuła się już prawie całkiem dobrze, ale nadal wymagała opieki, więc Kasandra porozmawiała z panią Pomfrey i wzięła na siebie obowiązek doglądania koleżanki. Dzięki temu spędzały razem jeszcze więcej czasu.
- W życiu bym nie pomyślała, że kiedyś będę się tak obżerać – powiedziała Cho.
- Przypadki chodzą po ludziach – uśmiechnęła się Kasandra. – Ja sama jeszcze niedawno byłam tak okropnie nieśmiała, że strach pomyśleć. Ta misja ratunkowa bardzo mi pomogła na samoocenę.
- Nie tylko na ciebie wpłynęła – uśmiechnęła się uczennica z Ravenclawu. – Na przykład taki Malfoy…
  Zauważyła, że przyjaciółka drgnęła na dźwięk tego nazwiska.
- Przepraszam – zareagowała. – Widzę, że trafiłam w czuły punkt…
- Nic nie szkodzi – odpowiedziała Swiftsure. – Już pogodziłam się z myślą, że Harry nie jest dla mnie. W końcu zobacz, on mi jakoś specjalnie nie okazywał zainteresowania, tylko parę razy mi powiedział, że mam ładne zęby, co i tak mi wszyscy mówią…
- Łącznie ze mną – zauważyła Cho.
- No właśnie. Postawiłam na nim kreskę. Zresztą ten Draco też z biegiem czasu zdaje się względnie sympatyczny…
- Nie zawsze taki był. Dopiero w tym roku tak się wszystko zaczęło dziać. Przedtem był okropny.
- Wiem, miałam okazję się zetknąć z tamtą stroną jego natury – Kasandra pokiwała głową. – To mi przypomina… To, co przeżyłam w Durmstrangu.
  Cho spojrzała na nią z zastanowieniem.
- To musiało być straszne – powiedziała.
- I było. Właściwie nikomu o tym dotąd nie mówiłam, ale skoro jesteś moją przyjaciółką, może mnie wysłuchasz.
- No jasne – potwierdziła Cho, podsuwając Kasandrze talerz z ciastem.
- Jak ci już mówiłam, grupa uczniów z bogatych rodzin przyczepiła się do mnie na czwartym roku. Znęcali się nade mną metodycznie przez prawie dwa lata. Wyzwiska, podkładanie nóg, zabieranie jedzenia na stołówce… Jakoś to znosiłam. Byłam najlepsza z dziewczyn w quidditchu, nie zależało mi na byciu najpopularniejszą, w każdej szkole są takie męty, no to spoko.
  Zadrżała. Cho objęła ją ramieniem, aby dodać pewności siebie.
- Pewnego dnia… Było to w kwietniu… - opowiadała Kasandra – szłam sobie korytarzem, kiedy nagle mnie otoczyli. Miałam zamiar ich olać i iść dalej swoją drogą, jak zawsze. Wtedy jeden z nich złapał mnie za rękaw i rzucił na ścianę. Stłukłam sobie plecy i leżałam na posadzce, a oni stali i wyśmiewali się ze mnie. Potem zaczęli mnie kopać. Wszyscy razem, ale szczególnie jeden. Miał tak silnego kopa, że Cruciatus mógł się wydawać pieszczotą, a ja mam porównanie. Najbardziej bałam się, żeby tylko nie wybili mi zębów… Potem jeden mnie podniósł i rzucił w kąt, gdzie leżały jakieś szklane skorupy. Upadłam brodą prosto na to szkło. Uzdrowiciele robili, co mogli, ale i tak blizny pozostaną mi do końca życia.
- Biedna Kasandra… - westchnęła Cho. – Ale dość ładnie ci się zagoiły.
- I to jeszcze nie wszystko – Swiftsure wykrzywiała się z zakłopotaniem, w jej oczach pojawiły się łzy. – Leżałam tam, na korytarzu… Pobita, skopana, sponiewierana, z zakrwawioną twarzą… I wtedy jedna dziewczyna… Wiesz, z tej bandy… Ona podeszła do mnie, uklękła nade mną i kazała… No wiesz…
  Cho Chang pisnęła z szoku. Odruchowo odsunęła się od Kasandry.
- Uważasz mnie za nieczystą? – Gryfonka spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.
- Nie, skądże znowu – Cho uśmiechnęła się przepraszająco i ponownie przytuliła Kasandrę. – Bardzo ci współczuję i zrobiłabym wszystko, żeby ci pomóc. Myślałam tylko, że po tym… zdarzeniu… nie lubisz dotyku.
- Słuchaj, Cho, może i jestem w dalszym ciągu trochę nieśmiała, ale wystarczająco asertywna, żeby powiedzieć od razu, gdyby mi się coś nie podobało. Dziękuję ci bardzo za wsparcie. Jesteś pierwszą osobą, której o tym w ogóle opowiedziałam.
- Zawsze możesz ze mną pogadać o wszystkim – rzekła Krukonka. – I niech dementorzy porwą tych podleców. A teraz zjedz coś.
  Kasandra wyjęła z kieszeni cygaro, zapaliła.
- Ty palisz? – zdziwiła się Cho.
- Rzucam – Swiftsure uśmiechnęła się słabo. – Przez tamto wszystko wpadłam w nałóg. Ale robię, co mogę, żeby się tego pozbyć. Trzymam się na poziomie jednej fajki w miesiącu.
  Cho popatrzyła na nią zatroskana.
- Tylko mi z nim gdzieś nie zaśnij – powiedziała. – Skrzaty nie mają w umowie obowiązków straży pożarnej.
- Bez obawy – uśmiechnęła się Kasandra. – To jest magiczne cygaro, samo się zapala i gaśnie, kiedy chcę.


***

    Harry obudził się w środku nocy i złapał za różdżkę, żeby sobie poświecić. Zaskoczone stęknięcie Dracona uświadomiło mu, że to jednak nie była różdżka. Uświadomienie sobie tego faktu spowodowało, że chwilę później w łóżku znalazły się już dwa obiekty różdżkopodobne. Nie mówiąc o prawdziwej różdżce.
- Cześć, króliczku – uśmiechnął się Draco, patrząc na Pottera przez półprzymknięte powieki.
- Cześć, Smoczusiu. Jak ci się śpi?
- Super – Malfoy wyciągnął rękę do Harry’ego. – Chodź tu bliżej. Mam ochotę porządnie obślinić mojego chłopaka.
- Już nie przesadzaj, świetnie całujesz – Harry pogłaskał go po platynowych włosach. – No, dawaj.
  I przysunął się bliżej, podstawiając Draconowi swoją klatkę piersiową .
- Jesteś super, człowiek – powtarzał, wsłuchując się z rozkoszą w cmoknięcia dochodzące z rejonu jego żeber. Nawet gdyby dotyk warg Malfoya nie był tak niesamowicie przyjemny, sam odgłos by wystarczył, aby doprowadzić Pottera do szaleństwa.
- Dobrze, teraz moja kolej – wykrztusił wreszcie i pochylił się, aby zwrócić Draconowi pieszczotę z nawiązką.
  Leżeli potem wtuleni w siebie, odwlekając i zawieszając w czasie tę chwilę, gdy w końcu pójdą na całość…
- A nie masz mi za złe? – upewnił się Harry. – Wiesz, tego wszystkiego, co się działo na ucztach?
- Nie no, coś ty – Draco przytulił się do jego ramienia. – Przecież wtedy jeszcze nie byliśmy razem…
  Złoty Chłopiec chwycił oburącz głowę Malfoya i wypełnił jego usta długim, gorącym pocałunkiem.
- Wiesz co – powiedział. – Czasem wydaje mi się, że tamte wszystkie dziewczyny na ucztach, i paru chłopców, nawiasem mówiąc… To wszystko był trening, zanim trafię na ciebie…
- Ty, słuchaj… - wykrztusił Draco. – Nie gniewasz się na mnie za Ritę Skeeter? Wiem, że to brzmi głupio, ale zrobiłem to dla dobra Hogwartu…
- Za dużo myślisz, Smoczusiu – Harry posmyrał Malfoya w nosek. – Chodź tu bliżej.
  Kilka minut później obaj osiągnęli spełnienie i ponownie zasnęli.
  Jednak po paru godzinach Potter obudził się znowu. Z drugiej strony łóżka dobiegał szloch…
- Draco, co się stało?
- Miałem sen – wykrztusił Malfoy roztrzęsiony/
- Ale o czym? – zapytał Harry. – Że nadejdzie taki dzień, kiedy czarodzieje i mugole, czystokrwiści i szlamy, Gryfoni i Ślizgoni…
- Nie – zaprzeczył Draco. – To było… To był koszmar. Hogwart… Cały zrujnowany. Wszędzie pył i gruz. I widziałem… jego…
- Voldemorta?
  Malfoy pokiwał głową.
- Właśnie. Walczyłeś z nim, byłeś… zakrwawiony. Patrzyłeś na mnie… Chciałeś, żebym ci rzucił swoją różdżkę, ale nie mogłem… Przykleiła mi się do ręki…
- Spokojnie – powiedział Harry, gładząc Dracona po ramionach. – To tylko sen. Wszystko będzie dobrze…
- Nie oddam cię, Potter – Draco rozpłakał się. – On cię nie dostanie. Po moim trupie…
- Ja ciebie też – odrzekł Harry.
  Przytulił czule rozdygotanego Malfoya. Draco przywarł do jego ciała, stopniowo się uspokajał i rozluźniał. Już wkrótce zapomniał o koszmarze. Był szczęśliwy. W ramionach Harry’ego znalazł dom prawdziwszy niż Malfoy Manor.

***

    W Komnacie Tajemnic spotkali się Albus Dumbledore i Lukrecja de Volaille.
- Cóż, pani profesor – zagaił Dumbledore. – Skoro spotykamy się w Komnacie Tajemnic, to wnioskuję, że to, o czym chce pani porozmawiać, jest tajemnicą.
- Ma pan całkowitą rację, dyrektorze – odrzekła opiekunka Klimpfjallu. – Już zbyt wiele osób kręci się wokół tej całej sprawy.
- Musiałem odsunąć profesor Umbridge od spraw związanych z Szóstym Domem – oświadczył Albus. – Nie jestem pewien jej lojalności, więc na wszelki wypadek lepiej, żeby nie była za bardzo wtajemniczona.
- A gdzie Moody? – zapytała de Volaille.
- Pojechał do Londynu w sprawach aurorskich – odrzekł dyrektor. – Nie możemy teraz liczyć na jego wsparcie.
- Wsparcia będziemy potrzebowali wiele – przyznała Lukrecja. – Nieprzyjaciel rośnie w siłę. Według analizy różnych danych, na przykład napisów na murach w takich miejscach, jak przecznice ulicy Pokątnej, śmierciożercy szykują solidne przegrupowanie. Znaczącą rolę ma tu odgrywać Organizacja Zagraniczna.
- Zapewne macza w tym palce nasz znajomy Walruss – stwierdził Dumbledore, spoglądając znad okularów.
   Lukrecja odwróciła wzrok.
- Wolałabym, dyrektorze, aby nie nazywał go pan w ten sposób.
- Przepraszam. Co w ogóle nam wiadomo o tych ludziach?
- Chodzą słuchy, że Voldemort zamierza na bazie tego młodego narybku utworzyć swego rodzaju Anty-Hogwart. Własną szkołę czarodziejów, z naciskiem na czarną magię.
- Kto by miał tam wykładać? – zdziwił się Dumbledore. – Ze starych śmierciożerców nie uzbierałoby się dość dużo kompetentnych nauczycieli, poza tym zapewne Voldemort wolałby co zdolniejszych wykorzystywać w terenie niż kazać im się zajmować młodzieżą.
- Mimo wszystko to jest coś, czego nie należy lekceważyć – zauważyła de Volaille. – Synchroniusz Walruss to niezwykle niebezpieczny i sprytny osobnik. Chociaż jest czarodziejem czystej krwi, wie wszystko o mugolach i potrafi perfekcyjnie wtapiać się w ich towarzystwo. Gdyby zobaczył go pan jako mugola, nigdy by pan nie zgadł, że ten człowiek ma cokolwiek wspólnego z magią. Mnóstwo znajomych mugoli i całkiem możliwe, że wykorzysta swoje znajomości w swojej pracy dla Voldemorta…
- Voldemort miałby korzystać z mugolskich sojuszników? – zdumiał się dyrektor. – Świat się kończy…
- To właśnie dlatego tak trudno złapać Walrussa. Aurorzy śledzą go od miesięcy i nie potrafią nic zrobić.
  Albus Dumbledore spojrzał na opiekunkę Kluchonów z zastanowieniem.
- Co pani sądzi o uderzeniu prewencyjnym? – uśmiechnął się chytrze.
- W jakim sensie, dyrektorze?
- Potter i jego towarzysze już raz dokonali niemożliwego – Dumbledore zatarł ręce. – Przekroczyli granicę światów, aby przyprowadzić z powrotem duszę panny Chang. Czymże jest w porównaniu z tym zlokalizowanie paru młodocianych chulimagów i unieszkodliwienie ich?
  Profesor de Volaille pobladła.
- Nie! – zaprotestowała. – Pan sobie nie zdaje sprawy z tego, jak niebezpieczny jest Walruss. Niektórzy mówią, że potężniejszy i bardziej szalony niż Bellatrix Lestrange. Atak już teraz to pewna śmierć. Grupa Pottera nie doszła jeszcze całkiem do siebie po powrocie z tamtej misji. Właśnie teraz pomiędzy niektórymi z Kluchonów, samego Pottera nie wyłączając, wykuwają się potężne więzi, które powinny być dla nich wielkim wsparciem. A panna Swiftsure? Gdyby wpadła w ich ręce, a oni się dowiedzieli, że jest córką tego, no, Czarnego…
- A może by tak postąpić po slytherińsku, czyli podstępem? – przerwał jej Dumbledore, urzeczony swoim niespodziewanym pomysłem. – Skoro ten cały Walruss jest aż tak potężny, moglibyśmy go przekonać, że powinien zająć miejsce Voldemorta. Wybuchnie walka o władzę, jeden wykończy drugiego i wykona część roboty za nas. Zostanie osłabiony na placu boju, a my będziemy tylko musieli… wypuścić psy!
- A ma pan już kandydata na agenta wpływu? – zapytała Lukrecja. – Draco Malfoy jest już dla nich spalony…
- Pansy Parkinson! – wykrzyknął Dumbledore. – Nie, żartuję. Dopiero teraz wpadłem na ten pomysł, więc będę musiał to gruntownie przemyśleć. W każdym razie, niech ten Walruss nie będzie taki mądry, bo mu tyłu zabraknie.

***
- Wiesz co, Draco? Ja nie chcę nic mówić, ale jesteśmy w szkole, więc może dobrze by było, nie wiem, na jakieś lekcje iść?
- Bez obawy, króliczku, poradzą sobie bez nas.
- Ja jestem prefektem, mam obowiązki.
- To powiesz, że musiałeś dyscyplinować wyjątkowo niegrzecznego ucznia. Mmmmrrrr…
- Dobra, wstaję.
- Jeszcze tylko raz, błagam…
- Jak tylko raz, to może być. Ale potem już na lekcje.
- Wiedziałem, że się zgodzisz. Słodziak z ciebie.
- Nogi szerzej, słodziaku.
- Dla mojego króliczka wszystko.


piątek, 11 października 2013

Rozdział 26


      Draco leżał w białej, miękkiej, świeżej pościeli. Czuł się w pełni szczęśliwy, nie miał potrzeby iść gdziekolwiek czy cokolwiek robić. Potter przysunął się, obejmując go ramieniem. Draco przylgnął do niego jeszcze bliżej, poczuł ciepło jego ciała. Owinął talię Złotego Chłopca uściskiem swej ręki i spojrzał w jego zielone oczy.
- Kocham cię, Harry – powiedział.
- Ja też cię kocham, mój smoczusiu – odrzekł Potter, a Malfoy nagle poczuł coś, co przekonywało go, że jego uczucie jest ogromne.
      Ich usta się spotkały, namiętność wypełniła wszystko dookoła. Draco widział, że Harry tego chce. Ujął go dłońmi za twarz, zatopił się w pocałunku jeszcze głębiej. Wreszcie wsunął język. Usta Pottera były tak rozpalone… Dłonie Malfoya też nie wytrzymywały napięcia. Błądziły po ciele Złotego Chłopca, wędrowały coraz niżej… Draco naparł swoim spragnionym ciałem na Harry’ego…

      …I otworzył oczy. Kurde balans! To był tylko sen…
    Draco zwlekł się z łóżka i zaczął smętnie zakładać spodnie. Dzięki Szóstemu Domowi udało mu wyślizgnąć się ze szponów śmierciożerstwa. Ale co dalej? Niedawno sowa przyniosła mu list od rodziców. Powiadomili go oficjalnie, że został wydziedziczony, oraz z iście malfoyowską delikatnością dali mu do zrozumienia, żeby im się nie pokazywał na oczy. Nie, żeby nie przewidywał, że tak będzie.
       Ale Potter! Draco sądził, że przynajmniej Potter go przygarnie. Miał nadzieję, że się zgodzi, przecież w ostatnim czasie tyle ich łączyło… A Harry powiedział, że nie jest gotowy. Przez ostatni tydzień wręcz unikał towarzystwa Dracona. Ot i masz wychowanie Malfoyów! Draco był przyzwyczajony, że nikt mu nie odmawia, a tu nagle wystarczyło, żeby Harry odrzucił jego propozycję – i już świat wydawał się sypać w gruzy.
       Malfoy skończył się ubierać i poszedł na pierwszą lekcję, ze spuszczoną głową, powoli. Nie zostało mu już nic – ani rodziny, ani pieniędzy. Tylko miłość mogła go uratować…


Severus Snape siedział w swoim gabinecie. Miał właśnie okienko, więc mógł się spokojnie oddawać swojemu ulubionemu hobby – nurzaniu się we frustracji. Wyciągnął różdżkę i prasnął zaklęciem w stojący na najbliższym stole kociołek, aż wywinął młynka w powietrzu i spadł z brzękiem na podłogę. Snape przez dłuższą chwilę utrzymywał zaklęciem kociołek w stanie wirowania na płytach posadzki, a kiedy mu się znudziło, kopnął go w kąt gabinetu.
Już prawie się udało! Już Weasley i inni byli bliscy załamania na skutek jego przemyślnych prowokacji! Ale akurat wtedy, kiedy odkrycie tajemnicy ostatnich wydarzeń w Hogwarcie znalazło się w zasięgu ręki, Dumbledore wysłał go na L-4, psując cały plan w krytycznym momencie. Zaraz, a może dyrektor też jest w tym spisku? To bardzo możliwe… To by tylko jeszcze bardziej potwierdzało rzecz, której się Severus domyślił: w szkole istnieje jakaś tajna struktura i być może jest to reaktywowany Klimpfjall.
Stary Albus może myśleć, że jest sprytny, ale Snape nie zamierzał składać broni. Dojdzie do ukrytego sensu tego wszystkiego, co się ostatnio dzieje w Hogwarcie. Nobody fucks with the Severus!
Miał już przygotowaną kolejną prowokację. Napisał kredą na ścianie koło sali do transmutacji: „SNAP JEST GUPI I ZA JAJA GO”, tylko jeszcze nie wiedział, na kogo zwali winę. Weasley? Nie, wszyscy już i tak sądzą, że on się na Weasleya uwziął. A może by tak Malfoya? Też bez sensu. Wlepił mu już kilka szlabanów i nic… Trzeba uderzyć w kogoś mniej oczywistego.


        Na kolejnej przerwie Draco Malfoy znowu przemierzał dziedziniec Hogwartu. W ostatnich dniach lubił robić okrążenia. To go trochę uspokajało, chociaż nie rozwiązywało jego problemów.
      Miał już obsesję na punkcie Pottera. To była pod pewnymi względami bardzo fajna obsesja, ale z drugiej strony dość męcząca. Po prostu szaleńczo pragnął być z nim. Ale jak to zrobić?
        A gdyby tak zmienił się w dziewczynę? Na pewno istnieją jakieś zaklęcia albo eliksiry. Pewnie mało kto umie z nich korzystać, najpewniej są bardzo drogie, ale Draco mógłby oddać wiele, żeby tylko być z Potterem. Skoro nawet mugole potrafią zmienić faceta w babkę, to czarodzieje tym bardziej powinni mieć na to sposoby, i to jeszcze doskonalsze. Transmutacja? To hasło przywiodło mu na myśl postać Kasandry Swiftsure. Panna była w tym naprawdę dobra, ale biorąc pod uwagę, że kręci się wokół Pottera, zresztą dość nieudolnie, Malfoy nie powierzyłby jej tak delikatnego zadania. Jeszcze spędziłby resztę życia jako fretka… Zresztą porządna przemiana w dziewczynę to coś, czym na  pewno zajmują się wyspecjalizowani fachowcy. Draco miał pewność, że byłby cholernie seksowną dziewczyną. Ale co, jeśli Harry wolałby go takim, jakim jest? Przecież akceptacja to jedno z naczelnych haseł Szóstego Domu…
Krążył więc po dziedzińcu i naraz przed oczami stanęła mu zielona łąka pełna soczystej, smacznej trawy… Zaraz, smacznej? Nieważne… No i razem z Potterem, po tej łące, trzymają się za ręce i w podskokach, i Potter ma wianek na głowie… Że wizja ta jest przerażająco wręcz kiczowata? Kogo to obchodzi! To jest jego wizja, jego marzenie, którym nie zamierza się dzielić z nikim. Gdyby jednak jakimś cudem mu się udało być z Harrym, bieganie po łące będzie tylko jedną z możliwości spędzania wolnego czasu.
Aaah Harry… Chociaż już przynajmniej dwa razy byli ze sobą naprawdę bardzo blisko, Draco jeszcze nie miał okazji utrwalić sobie w pamięci jego ciała. Ciekawe, czy Potter czasami wyobrażał sobie jego? Czy w ogóle czasem o nim myślał pozytywnie? Powiedział, że nie jest gotowy na związek, ale może tylko tak mówił, bo sam się wystraszył…
Rozważania Smoka przerwał nagle Goyle, który wylazł na niego zza filaru.
- Tej, Malfoy, jest do ciebie interes – powiedział.
- Nie gadam z wami – Draco odwrócił się do niego plecami i poszedł dalej.
        Gregory jednak dogonił go, przecinając mu drogę.
- Słuchaj – powiedział. – Bo tu chodzi o ciebie.
- To wal, czego chcesz, Goyle – rzekł Malfoy zniecierpliwiony.
- Mamy z Crabbe’em taki maleńki biznes – Ślizgon potarł znacząco kciuk o palec wskazujący. – I chcemy, żebyś się dołożył.
- Dołożył? – z pogardą powtórzył Draco. – I co z tego będę miał?
- Milczenie – Goyle uśmiechnął się sprośnie.
- Co znowu za milczenie? I tak z wami nie gadam.
- Bo wisz, Draco – ciągnął pałkarz Slytherinu. – Ciekawe, co powiedziałby twój stary, gdyby usłyszał, że jesteś nie tylko zdrajcą krwi, ale w dodatku zwyczajną parówą. Więc dajesz nam dwieście funtów, a my milczymy w tym temacie. I co. Wchodzisz w to?
        Malfoy poczuł się lekko dotknięty tak jawną zdradą dawnych kumpli, ale tylko lekko, bo w sumie to się spodziewał, że kiedyś nastąpi. Nie wiedział tylko, w jakiej formie.
- Nieźle mi się odwdzięczacie. Pamiętaj, że to dzięki mnie w ogóle trafiliście do tej szkoły, ty i ten drugi przygłup – powiedział.
- Mnie to wali – skontrował Goyle. – Teraz mamy lepszych kumpli. To co, trzysta funtów? Bo inaczej powiemy twojemu staremu, jaki z ciebie nędzny kukurdydza.
- Aleś ty głupi – odrzekł Draco. Zupełnie stracił resztki ochoty na jakiekolwiek dyskusje ze swymi eksprzybocznymi i poszedł dalej.
- Do ch... Wacława! – ryknął Gregory, doganiając Malfoya. – Naprawdę chcesz, żeby ci się krzywda stała? Możemy ci to załatwić!
       I zaraz sięgnął po różdżkę. Draco jednak był szybszy. Walnął zaklęciem w Goyle’a, aż tamten poleciał dziesięć kroków do tyłu i wtarabanił się w krzak. Potem platynowy odwrócił się na pięcie i poszedł dalej w swoją stronę.
- Pożałujesz tego, Malfoy! – krzyczał za nim Goyle. – Utniemy ci jacusia!
        Ale Draco nie miał zamiaru się nim przejmować.

           
W ostatnim czasie Kasandra Swiftsure i Cho Chang mocno się zaprzyjaźniły. Cho nie należała do Klimpfjallu, więc nie mogła uczestniczyć w ucztach w pokoju wspólnym Kluchonów, ale dziewczyny spędzały razem sporo wolnego czasu. W weekend wychodziły do Hogsmeade, a wieczorami Kasandra odwiedzała Cho w osobnym dormitorium, które Krukonka otrzymała jako rekonwalescentka. Siedziały zatem na sfatygowanej kanapie, przy niskim stoliku, i opowiadały o swoim życiu. Cho raczyła się przy tym ilościami jedzenia, które Kasandrze wydawały się zupełnie niewiarygodne.
Panna Swiftsure musiała przyznać, że poza wszystkim innym zyskała w Hogwarcie autentyczną przyjaciółkę. Z Cho dało się pogadać o wszystkim. Krukonka zwierzała się jej z różnych problemów swojego życia. Opowiadała o bólu po śmierci Diggory’ego, o dość nieudanej próbie związku z Harrym, a także, oczywiście, o swoich ostatnich przeżyciach. Kazała też sobie opowiadać historię wyprawy ratunkowej, w której Kasandra przyczyniła się do odzyskania jej duszy.
- A tak przy okazji, muszę ci powiedzieć, że masz wspaniałe zęby – przyznała w pewnym momencie.
- Dzięki. – odparła Swiftsure. - Uwierzyłabyś, że na czwartym roku w Durmstrangu nosiłam aparat?
- Coś takiego…
- Dokuczali mi z tego powodu – uśmiech na twarzy Kasandry zgasł.
- Przez aparat? Głupie ludzie. Taka sympatyczna dziewczyna…
- Nie tylko przez to. Trzymałam się tak trochę z boku, byłam najlepsza w żeńskiej drużynie quidditcha, no i się doczepili.
- Durmstrang ma żeńską drużynę quidditcha?
        Kasandra nagle roześmiała się.
- Nikt mi nie wierzy, jak o tym mówię! Harry też był taki zdziwiony! Ale cóż poradzić… Męska drużyna całkowicie nas przyćmiewała, ale jakoś dawałyśmy radę.
- Czekaj – przerwała Cho. – Z chłopaków najlepszy jest Krum. Czy on też ci dokuczał?
- Myślisz, że zazdrościł mi sukcesów? – Kasandra odchyliła się na oparcie kanapy. – Nie, Wiktor był za bardzo zajęty byciem gwiazdą. Zresztą w ogóle za dużo z nim nie miałam do czynienia.
- To czemu się do ciebie przyczepili?
- Wiesz, jak to bywa. Banda takich, co uważają się za fajnych i chcą wdeptać w ziemię wszystkich, którzy wyglądają na fajniejszych od nich.
        Umilkła na chwilę, sięgnęła po herbatę.
- No i się uwzięli – powiedziała wreszcie. – Nie dawali mi spokoju przez dwa lata.
- Nie powiedziałaś dyrektorowi? – zdziwiła się Cho.
- Powiedziałam – przytaknęła Swiftsure. – I nic nie zrobił. Zresztą czego się spodziewać po kimś takim…
- Karkarow – Krukonka przypomniała sobie nazwisko dyrektora Durmstrangu. – On był śmierciożercą, nie?
- Żeby tylko to – westchnęła Kasandra. – Byłam kiedyś na wyjeździe szkolnym w Bułgarii. Były spotkania ze starymi czarodziejami, którzy odtwarzali struktury, bo za komuny magia była tam nielegalna. Dowiedziałam się wtedy, że Georgi Karkarow, pseudonim „Igor”,  był współpracownikiem bułgarskiej bezpieki. Donosił władzom na innych czarodziejów, niektórzy trafili przez to do więzienia albo byli zmuszani do służenia członkom partii.
- Kim trzeba być, żeby jednocześnie należeć do śmierciożerców i wysługiwać się mugolom? – rzekła zdumiona Cho.
- No widzisz – Kasandra wzruszyła ramionami. – W każdym razie nie mam z Durmstrangu miłych wspomnień. Cieszę się, że jestem z wami w Hogwarcie.


We czwartek Kluchoni urządzili kolejną ucztę. Ogromnym powodzeniem cieszył się sernik, na który przepis Parvati Patil podrzuciła do kuchni. Przyjmowała więc teraz hołdy od uczniów Klimpfjallu, wychwalających jej gust kulinarny. Nawet dziewczyny, które krzywo na nią patrzyły z powodu chodzenia z Murtazą, musiały przyznać, że sernik był przepyszny. Inni Kluchoni siedzieli, leżeli, kąpali się w basenie. Pokój wypełniała muzyka harfy i klarnetu, a Blaise Zabini śpiewał: „Zachodni wiatr spierniczył Snejpa z dachu”.
Draco siedział na stercie poduszek, oddalony nieco od Harry’ego i trójki jego przyjaciół. Z perwersyjną i bolesną fascynacją, tak, jak dotyka się rany, żeby sprawdzić, jak bardzo boli, przyglądał się Kasandrze Swiftsure, starając się ustalić, czy jest ona z Potterem, czy jednak nie. Rozmawiali normalnie, w towarzystwie Rona i Hermiony, ale Malfoy z drżeniem w sercu oczekiwał, że w końcu nadejdzie ten moment, kiedy zaczną w jakiś sposób okazywać sobie uczucia… Wtedy chyba pozostanie mu wyjść z pomieszczenia.
Nadszedł Neville Longbottom.
- A czemu ty, Malfoyu, ostatnio nie grasz na perkusji? – zapytał, siadając obok Dracona. – Całkiem nieźle ci szło.
- Wyszedłem z wprawy – Draco wzruszył ramionami. – Nie było kiedy ćwiczyć. Zresztą teraz mam co innego na głowie. Poza tym Theo Nott jest i tak lepszy.
- Ale nie na bębnach – sprzeciwił się Longbottom.
- Hej, Neville, ty nowy następco barda Beedle’a! – zawołał Ron. – Chodź no do płota, bo przeczytałem twoje najnowsze wypociny!
- Taak? – zapytał Longbottom ironicznie. – I cóż, waszmość Weasleyu, oszołomił cię mój talent?
- Spadłem z krzesła! – odparł rudy.
         Tymczasem do grupki ucztujących podeszła profesor de Volaille.
- Panie Potter, panno Swiftsure – przemówiła. – Czy mogę prosić o chwilę uwagi?
       I już po chwili Harry i Kasandra wstali z miejsc i poszli za Lukrecją. Draco, tknięty nagłym niepokojem, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i podążył za nimi korytarzem.
      Opiekunka Kluchonów wraz z obojgiem prefektów dotarła do zakątka, którego Malfoy zupełnie sobie nie kojarzył, chociaż musiał tamtędy przechodzić wiele razy. Coś mu się majaczyło, że do niedawna stał tam kredens, ale teraz mebel został wyniesiony, odsłaniając mahoniowe drzwi.
- Widzicie? – zapytała Lukrecja de Volaille. – Kiedy dyrektor kazał zabrać kredens do naprawy, okazało się, że są tu jakieś ukryte pokoje. To musi być sypialnia prefektów Szóstego Domu!
       Słysząc słowo „sypialnia”, podsłuchujący Draco o mało nie zemdlał. Można było łatwo przewidzieć, do czego to wszystko zmierza…
- I to znaczy… Że my tu będziemy mieszkać? – zapytał rozkojarzony Potter.
- Murtaza az-Zahri raczej nie spodziewa się wrócić na stanowisko – powiedziała nauczycielka. – To oznacza, że ten pokój jest wasz. Chodźcie, zobaczymy, jak to wygląda w środku.
      Wyjęła zza dekoltu klucz, otworzyła drzwi, po czym wpuściła Harry’ego i tę Gryfonkę do środka. Sama weszła na końcu. Trzask zamykanych drzwi do sypialni prefektów odezwał się głuchym grzmotem w slytherińskim sercu niewidzialnego Draco Malfoya…

Dziś mija rok od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu. Trudno uwierzyć, że udało mi się wytrzymać tak długo :D Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelniczek! :***

czwartek, 19 września 2013

Rozdział 25


Kasandra Swiftsure leciała na miotle ponad błoniami Hogwartu. Miotła była taka sobie. Lekka, łatwa w prowadzeniu, ale za bardzo poddawała się podmuchom listopadowego wiatru. Znosiło ją w prawo i Kasandra musiała trochę się wysilać, żeby utrzymać kurs. Dobrze, że tym razem chociaż nie padało.
        Przeleciała nad płaszczyzną błoń, zbliżyła się do zamkowego muru. Dwadzieścia stóp z lewej jakiś kształt zerwał się spomiędzy blanków. Spokojnie, to tylko Zabini leci ją zmienić.
           Kasandra wylądowała na szczycie muru i przez chwilę stała wpatrzona w ciemną ścianę Zakazanego Lasu. Przypomniało jej się, jak Crabbe i Goyle ścigali ją w powietrzu, jak ściskał ją żołądek i jak rozkleiła się później pod ramieniem Pottera… Co się zmieniło od tego czasu? Cóż, z pewnością była o wiele bardziej zdecydowana i odważna, nie była już tą rzygającą mimozą, którą kojarzono w Durmstrangu.
      Czyli ogólnie przeniesienie do Hogwartu wyszło jej na zdrowie. Inna sprawa, że przenosząc się do nowej szkoły, spodziewała się, że odegra nie wiadomo jaką rolę, a tymczasem wszyscy najwyraźniej dawali sobie radę bez niej. W dodatku się zakochała, nie wiadomo, czy bez wzajemności, ale na pewno bez sensu…
- Czemu taka smutna? – usłyszała głos za plecami. Odwróciła się. Stała za nią Cho Chang.
- Nie, nic – Swiftsure pokręciła głową.
- Dzięki za ratunek – uśmiechnęła się Cho.
- To nic takiego – Kasandra spuściła oczy. – Byłam tylko jedną z czworga.
- Ale ludzie mówią, że bez ciebie by sobie nie poradzili.
- To dobrze – westchnęła Kasandra.
- Jestem wam naprawdę wdzięczna – ciągnęła Chang.
- Ale nie ma za co – stwierdziła Swiftsure. – Tylko wykonywaliśmy swój obowiązek.
         Cho zaśmiała się dyskretnie.
- Od razu widać, że jesteś z Gryffindoru.
         Kasandra oparła się o miotłę.
- Słuchaj, Cho… - powiedziała. – Co się z tobą działo, kiedy… No, kiedy cię nie było?
- Nie wiem – Krukonka spojrzała smutno na młodszą koleżankę. – Nic nie pamiętam. Kompletna pustka. Pamiętam tylko tamtego potwora, ból… a potem obudziłam się u Munga, strasznie głodna. Nie wiem, co się ze mną działo i w ogóle jakoś nie mogę się pozbierać.
- No tak – Kasandra pokiwała głową. – Ty masz naprawdę poważne problemy, nie to, co ja.
         Chang spojrzała na nią z uwagą.
- A o co chodzi? Może mogłabym pomóc? Nosi mnie po prostu, od kiedy doszłam do siebie. Koniecznie chcę się do czegoś przydać, a jestem ciągle jeszcze za słaba. I cały czas strasznie chce mi się jeść.
- To już będą ponad dwa tygodnie, prawda? – upewniła się Kasandra.
- Zgadza się – potwierdziła Cho. – Pani Pomfrey powiedziała, że aż do świąt mogę jeść, ile wlezie, bez obawy o figurę. A w zasadzie muszę, żeby utrzymać dotychczasową wagę, bo inaczej znowu zacznę chudnąć.
         Swiftsure zarzuciła miotłę na ramię i powlekły się w stronę najbliższych drzwi.
- No więc co cię trapi? – zapytała w końcu Cho Chang.
- Nic takiego, w porównaniu – odrzekła Swiftsure. – Takie tam. Harry i w ogóle.
- Który Harry? Potter?
- No – potwierdziła Kasandra. – Tak trochę się zakochałam.
- Trochę? Tylko trochę? – Cho uśmiechnęła się. – Ja też. Kiedyś, dawne dzieje.
         Gryfonka spojrzała na nią z niepokojem. To się dopiero wpakowała!
- Chcesz o tym pogadać? – zapytała Cho. – Albo o czymkolwiek innym? Od tamtego czasu cierpię na bezsenność, więc potrzebuję kogoś, żeby pogadać. Nie chcę zostać alkoholiczką.
         Dziewczyny weszły do środka i przemierzały łagodnie oświetlony korytarz.
- Możemy pogadać – rzekła Kasandra.
- To wpadaj do mnie, kiedy chcesz.

W ciągu tych dwóch tygodni sprawy w Hogwarcie jakoś tam doszły do normy. Nie powtórzyły się żadne ataki na szkołę, Cho stopniowo dochodziła do siebie (chociaż skrzaty kuchenne narzekały, że pochłania straszne ilości jedzenia), euforia po sukcesie ekspedycji ratunkowej też jakoś opadła. Snape wrócił i od razu wziął się do gnębienia uczniów. Dla żeńskiej części Hogwartu dobrą wiadomość stanowił powrót Murtazy az-Zahriego ze szpitala. Uczennice przeżyły jednak pewien zawód, gdy okazało się, że Murtaza najwyraźniej chodzi z Parvati Patil. „To tylko tymczasowo, na pewno im nie wyjdzie” – pocieszały się, a na widok Parvati szeptały: „Skuś baba na dziada”. Przy tym wszystkim az-Zahri nie wrócił na stanowisko prefekta, bo ponoć Potter i Swiftsure radzili sobie całkiem nieźle, i nie miał żadnych zastrzeżeń pod tym względem.
         Któregoś dnia Hermiona podzieliła się z Ronem i Harrym odkryciem, które wyczytała w kluchońskich zbiorach biblioteki.
- Słuchajcie! – powiedziała. – Już wiem, dlaczego wszyscy uczniowie w Klimpfjallu zachowują się jak nie oni.
- Jak to nie oni? – obruszył się Weasley. – Ja nie widzę nic szczególnego w moim zachowaniu!
- Przestań, Ronnie – skarciła go Hermiona. – To jest tak: ród Dagoth i jego zwolennicy mieli w zwyczaju odprawiać straszliwe rytuały, aby osiągnąć większą moc. Przy okazji zmieniały się ich ciała – na przykład w takie istoty, które napadły na Hogwart i z którymi walczyliśmy w ich cytadeli. Jednym przemiana się udawała, inni nie mieli tyle szczęścia i zmieniali się w obłąkane stwory pokryte odrażającymi naroślami.
- Czy to znaczy, że my też… - powiedział Ron zszokowany.
- Nie przerywaj! – rzekła Granger. – Jak wiadomo, Dagoth Dreyfus, obrzydzony praktykami swoich krewniaków, uciekł od nich do naszego świata. Zakładając w Hogwarcie Szósty Dom, postarał się, aby stanowił on jakby lustrzane odbicie tamtego. Ciała tamtych zmieniają się w okropny sposób, za to u Kluchonów zmienia się charakter, i to zwykle na lepsze. To jest potwierdzony fakt, który szczegółowo opisał opiekun Klimpfjallu w 1627 roku.
- A więc to Klimpfjall tak zmienił Malfoya – zauważył Harry.
- Widzisz? Mówiłem ci, że on tak na poważnie… – skomentował Ron.

         Draco siedział w ławce i ze smutkiem patrzył na Pottera. Wiedział, że choć miał na to wielką ochotę, nie będzie mógł siedzieć obok niego. Gdyby usiedli w jednej ławce, Malfoy nie powstrzymałby się przed okazywaniem Harry’emu uczuć, a to – przy całej klasie – było już niedopuszczalne.
         W dodatku od czasu wyprawy dostawał kilogramy listów od wielbicielek, wśród których, o zgrozo, nie brakowało mugolek. Były tak namolne, że Hagrid musiał na dwa dni w tygodniu zamykać sowiarnię, bo inaczej sowy padłyby z wyczerpania. Malfoy dawał listy do przeczytania skrzatowi, który wyrzucał osiemdziesiąt procent; a były one straszne. Wśród standardowych wyznań miłości, próśb o autografy oraz propozycji oprowadzenia Dracona po rodzinnym mieście, mugolki czasami posuwały się (bardzo trafne określenie) do pisania listów, które nawet jego, przedstawiciela rodu Malfoyów i świadka, a czasem i uczestnika wielu orgii, przyprawiały o głęboki rumieniec oraz spurpurowienie uszu, po którym następowała kaskada soczystych i wyrafinowanych bluźnierstw. Jedna z nich, przykładowo, opisała Draconowi, jak sobie wyobraża ich wspólną noc poślubną. Ze szczegółami. Bardzo wyrazistymi i barwnymi.
       Ale Draco w ostatnim czasie niespecjalnie miał ochotę zacieśniać więzi z dziewczynami, i to jeszcze mugolskimi. Całą jego uwagę absorbował pewien czarnowłosy i zielonooki eks-Gryfon z blizną na czole. Malfoy siedział więc w ławce i zamiast słuchać, co nawija Snape, zastanawiał się, jaka ta blizna właściwie jest w dotyku, czy dałby radę ją rozpoznać swoimi wargami… Potterowi też miał pokazać w końcu swoją bliznę po sztylecie, już prawie się zagoiła. I zanurzyć dłonie w te ciemne włosy, zjechać niżej, pociągnąć go za płatki uszu… Nie rozumiał, dlaczego w ostatnich dniach Harry nie zwracał na niego większej uwagi. Przecież od dawna powinno być mu wiadome, że Draco zrobiłby dla niego wszystko, a nawet jeszcze więcej, a wręcz nawet wprost zgoła oddałby mu połowę siebie. No, Harry, czemu na mnie choć raz nie spojrzysz? Przecież ja cię tak bardzo pragnę, ty jesteś mój najdroższy Gryfonek, moje słoneczko, mój trzminorek, mój zielonooki jeżyk…
- Mój króliczek, mój słodki, kochany króliczek, moja wiewióreczka… – Draco nagle ze zgrozą zdał sobie sprawę, że mówi to na głos.
- Panie Malfoy, to nie są zajęcia z opieki nad stworzeniami – skarcił go Snape głosem pozornie beznamiętnym, ale w jego półtonach dało się usłyszeć zwiastun tego, że już wkrótce pęknie mu uszczelka. Wyglądało na to, że urlop dla poratowania zdrowia nie na wiele się zdał.
       No i Draco znowu dostał szlaban. Tym razem spędził go razem z tym głupim Weasleyem, który musiał podpaść Severusowi w inny sposób. Snape oczywiście przychrzaniał się do nich obu o jakieś drobiazgi, zadawał pytania, które nie miały związku jedno z drugim, a potem zagonił ich do roboty Czyścili więc kociołki i inne tam retorty, zmywali sadzę ze ścian, nie odzywając się do siebie. Ron już wiedział, że to sam Szósty Dom warunkuje zmiany w charakterze uczniów, ale i tak ciągle nie widział powodu, żeby lubić Malfoya, a Draco nie zamierzał się przed nim tłumaczyć. Za to kiedy tylko udało się doczekać końca, wybiegł na dziedziniec i zrobił kilkanaście okrążeń, aby zebrać myśli. Kiedy wreszcie się zmęczył, doszedł do wniosku, że musi działać natychmiast.

       Harry i kompania stali na korytarzu, dyskutując o wydarzeniach tego dnia. Hermiona z kwaśną miną narzekała na kolejną nudną lekcję u Trelawney, zamiast której mogliby dać w programie więcej zaklęć, a Ron zdążył już się otrząsnąć po szlabanie i zaczął sobie przypominać, jak dawniej bywało.
-  Któregoś razu Fred i George równocześnie dali się złapać Severusowi – opowiadał. – Powiedział, że mają szlaban u niego w gabinecie. I co zrobili? Polecieli do Hogsmeade, zdemontowali szlaban z przejścia przez tory Hogwart Expressu i przytachali go do Snape’a. Dałbym wiele, żeby zobaczyć jego minę.
         Nagle zobaczyli nadchodzącego Malfoya. Był zgrzany i najwyraźniej mocno zdenerwowany.
- Potter, muszę z tobą pilnie pogadać – powiedział.
- Za chwilę, Malfoyu – odrzekł Harry.
- Nie – sprzeciwił się Draco. – Ja muszę teraz. To sprawa, od której wiele zależy.
- No dobra – Złoty Chłopiec miał kwaśną minę. – O co chodzi?
- Nie tutaj – powiedział Malfoy. – Musimy pomówić w cztery oczy.
    Z pewnym ociąganiem Harry poszedł więc na za platynowym, aż wreszcie wyszli na dziedziniec i zatrzymali się w mało uczęszczanym zakątku.
- No więc? – zapytał.
          Draco spojrzał na niego poważnie.
- Mam do ciebie bardzo ważne pytanie – powiedział wreszcie.
      Na moment zapadła głucha cisza. Malfoy zaczął obserwować czubki swoich butów, a kiedy z powrotem zwrócił twarz w kierunku Pottera, ten patrzył nań pytająco i z jakimś niepokojem.
- Harry… - odezwał się Draco. – Czy chcesz ze mną chodzić?
- Co? – odparł Potter inteligentnie.
- Chodzić – Malfoy powtórzył powoli i wyraźnie. – Być parą. Co o tym myślisz?
        Zastygł w oczekiwaniu na odpowiedź Złotego Chłopca. Jego serce biło jak oszalałe. Tymczasem Harry popatrzył na Dracona, na ścianę i znowu na Dracona. Potem jeszcze raz spojrzał na ścianę i wydał westchnienie z głębi płuc. Widać było, że toczy się w nim wewnętrzna walka.
- Postawię sprawę wprost – wyszeptał Malfoy. – Bardzo pragnę, abyś był moim chłopakiem.
       Spojrzał Potterowi błagalnie w oczy, co nie było łatwe, bo tamten ciągle uciekał wzrokiem, i dalej czekał na odpowiedź. Harry chrząknął cicho, rozejrzał się dookoła, czy nikt za bardzo się im nie przygląda, po czym popatrzył poważnie na Malfoya.
- Nie czuję się gotowy na związek – powiedział. – Chcę, abyśmy zostali przyjaciółmi.
          Draco miał wrażenie, że zaraz zacznie płakać. Zacisnął zęby i zaatakował jeszcze raz.
- Jeżeli nie chcesz, abym był twoim chłopakiem, to zostanę twoim niewolnikiem – zaproponował. – Będziesz mógł mnie brać gdzie chcesz i kiedy chcesz. Nawet na lekcji.
- Dopiero by nam poleciały punkty – uśmiechnął się Harry i uspokajająco pogłaskał Malfoya po policzku.
- No więc jak będzie? – Draco rozejrzał się z dezorientacją. – Jaka jest twoja odpowiedź?
          Potter wykrzywił się, jak gdyby właśnie wypił szklaneczkę soku cytrynowego.
- Wiesz – powiedział. – To jest tak, że ja… Nie traktuj tego tak, jakbym ja kategorycznie mówił „nie”, ale tego… No… Gotowy się za bardzo nie czuję. Tak.
         Malfoyowi przyszła do głowy odpowiedź na ten argument i już otwierał usta, aby wygłosić te słowa, które ostatecznie przekonają Pottera, gdy nagle rozległ się głos:
- Cześć, chłopaki. Co porabiacie?
Harry i Draco odwrócili się w tamtą stronę. Pod filarem stała Pansy Parkinson z pełnym fascynacji uśmiechem.
- Rozmawiamy – powiedział Malfoy, zdenerwowany, że przerwano mu w tak kluczowym momencie. – Chyba jeszcze wolno, nie?
- A wiecie, bo ja słyszałam, że ty… Znaczy wy…
- A gdyby nawet, to co cię to obchodzi?
- Draco, mam do was prośbę – powiedziała Pansy zaintrygowana. – Pokochajcie się trochę przy mnie, bardzo proszę!
- Masz na myśli… stosunek? – upewnił się Harry.
- A po jaką akromantulę mielibyśmy to robić? – zapytał Malfoy surowo.
- Chciałabym popatrzyć, to takie słodkie! – uśmiechnęła się Parkinson.
- Nie masz poczucia, że trochę się tak jakby wtrącasz?
          Pansy zrobiła urażoną minę.
- To przynajmniej powiedzcie mi, który z was jest seme, a który uke – nalegała.
- Ja pierniczę, Pansy, coś ty przyćpała? – westchnął Malfoy i odwrócił się do Parkinson plecami. – Chrzanić to, Harry. Chodźmy na quidditcha.

środa, 21 sierpnia 2013

Rozdział 24


        Harry obudził się i z zadowoleniem stwierdził, że leży w łóżku w puchońskim dormitorium. Czuł, jak wypełniają go nowe siły. Tak wypoczęty nie był już od bardzo dawna, a nawet od dwóch tygodni. Cóż, w ostatnim czasie tyle się działo, a on sypiał w tak dziwnych miejscach i o tak dziwnych porach, że zupełnie rozregulował mu się rytm dobowy. Całe szczęście, że wrócili do Hogwartu w niedzielę…
          Zaraz! Jeżeli wczoraj była niedziela, to znaczy…
      Potter zerwał się na równe nogi, przywdział coś, co leżało zwinięte obok łóżka, a potem zaczął potrząsać Weasleyem spoczywającym na sąsiednim posłaniu.
- Obudź się, Ronno! – wykrzykiwał. – Spóźnimy się na lekcję!
           Ron przeciągnął się, poprawił zmierzwioną czuprynę. Na jego twarzy rysował się wyraz bólu.
- Ale była impreza – przyznał. – Cały Klimpfjall się za wami stęsknił. Tylko ta głowa…
       Harry, widząc stan przyjaciela, wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie, którego tydzień przed wyjazdem nauczyła Kluchonów Lukrecja de Volaille.
- Impendeo! – zadźwięczał jego głos. Z głowy Rona wyskoczył szarawy pierścień dymu i rozpłynął się w powietrzu.
- Niezły efekt – uśmiechnął się Weasley. – I od razu lepiej.
          Szli korytarzem na lekcję transmutacji, która tego dnia rozpoczynała zajęcia.
- Dlaczego Filch tak się piekli o tamten dywan? – dziwił się Harry. – Prościej by było, gdyby po prostu go uprał.
- Tu musi chodzić o zasady – powiedział Ron. – Albo po prostu ten dywan naprawdę pasował do wnętrza.
          Spojrzał na Pottera z uwagą.
- A jak tam Kasandra? – zapytał z jakąś taką niepewnością. – Zauważyłem, że jest znacznie pewniejsza siebie, niż kiedy do nas przyszła.
- No tak – Potter pokiwał głową. – Wyrobiła się.
          Spuścił na chwilę wzrok.
- Nie wiem, co z nią zrobić – przyznał.
- Jak to nie wiesz? – zdziwił się Weasley. – Wydawało mi się, że masz niezłe doświadczenie.
- Nie w takim sensie, zboczuchu! – ofuknął go Złoty Chłopiec. – Nie bardzo wiem, jak ją traktować. Czasem wydaje mi się, że ona ma mnie na uwadze, a czasem, że po prostu traktuje mnie jak przyjaciela.
- No to spoko – stwierdził Ron. – Przecież ona ma śliczne zęby…
- Nie chcę jej rozczarowywać – Potter wzruszył ramionami.
- A dawałeś jej w ogóle coś do zrozumienia?
- E-e – zaprzeczył Harry. – Tylko ja nie wiem, czy ona sobie czegoś nie dopowiada.
- Aczkolwiek ów Malfoy też czuje do ciebie miętę – zauważył Weasley.
          Harry tylko skinął głową na tak oczywistą konstatację.
- Myślałem, że to jakiś podstęp, żeby wkraść się w twoje łaski, ale teraz widzę, że on nie udaje – ciągnął Ron. – On autentycznie na ciebie leci.
- Widocznie Szósty Dom jemu też zmienił charakter – rzekł Potter. – Ja tam nie narzekam.
- No wiesz?
- Bez niego nie dalibyśmy rady uratować Cho. Nie wiem, dlaczego wszystkim Kluchonom tak się zmienia osobowość, ale mam nadzieję, że jeszcze będą z niego ludzie.
- Oby – sarknął Ron.
          Machnął dłonią Marietcie Edgecombe, która wyłoniła się zza rogu korytarza.
- Nie żebym go zaraz zaczął lubić – zastrzegł. – Nadal uważam go za buca, tyle że teraz akurat jest po naszej stronie. Stracił kasę od starych, to pali mu się grunt pod nogami.
- Ale zauważ, że już od dawna nikomu nie dokuczał – stwierdził Harry. – Kasandra była ostatnia.
- Myślisz, że był zazdrosny? – u Weasleya w dalszym ciągu wizja autentycznie zakochanego Dracona wywoływała lekki ból muzgó. – Ja bym jednak na niego uważał.
- Moim zdaniem nie ma się czego obawiać, Ronno.
- Co kto lubi… Co prawda już lepiej, żeby leciał na ciebie, niż żeby się kręcił koło mojej siostry.
- A co tam u Ginny? Przecież pojechała na wieś.
- Rehabilitacja się przeciąga – Weasley uciekł spojrzeniem. – Ledwo zdążyła wyjść z choroby, a koń ją kopnął.

        Na transmutacji Harry siedział z Kasandrą. Starał się zachowywać naturalnie, ona chyba też, w każdym razie nie doszło do żadnych krępujących sytuacji, a nawet Swiftsure wykazała się zaskakującą uwagą i przygotowywaniem.
- Czy ty… - wybełkotał Potter, gdy McGonnagall akurat nie patrzyła. – Czy ty się uczyłaś dzisiaj w nocy?
- Wzięłam notatki od dziewczyn – przyznała Kasandra z uśmiechem, a Harry jeszcze raz musiał przyznać Ronowi rację – zęby miała wprost wspaniałe.
       Ogólnie na lekcjach Harry starał się nie wychylać, wiedząc, że ma pewne braki w materiale z ostatniego tygodnia. Swiftsure w jakimś tam stopniu go osłaniała, ściągając na siebie uwagę nauczycieli, ale okazało się, że pary, a pewnie i czasu, nie starczyło jej na wiele więcej oprócz samej transmutacji, więc na zielarstwie nie popisała się najlepiej.
Były też eliksiry. Ponieważ Snape w dalszym ciągu był na urlopie, lekcję prowadził nauczyciel przybyły na zastępstwo: w średnim wieku, z włosami do ramion i bródką. Miał na sobie beżowy sweter w indiańskie wzorki, rozciągnięty do tego stopnia, że mógł spokojnie uchodzić za szatę. Pedagog był z niego marny, a już zupełnie sobie nie radził z utrzymaniem dyscypliny, tak że rozmowy międzyuczniowskie trwały w najlepsze, a Ron z Longbottomem grali w karty. W nielicznych momentach, kiedy nauczyciel próbował zrobić coś konkretnego, wychodził mu eliksir białawej, a może jasnobeżowej barwy, którego skutkiem był nagły przypływ optymizmu i wyluzowania, połączony jednak z nagłym odpływem sił i utratą równowagi. Po zakończeniu lekcji ledwo trzymał się na nogach i trzeba było zawołać Filcha, żeby go wyniósł.
Ostatnie tego dnia były zaklęcia, prowadzone oczywiście przez Lukrecję de Volaille. Po zakończeniu opiekunka Klimpfjallu wyszła przywitać się z uczestnikami wyprawy. Uścisnęła Harry’ego i Kasandrę, cmoknęła Hermionę w policzek, Malfoya pogładziła po głowie.
- Wiedziałam, że wam się uda! – mówiła podekscytowana. – Duch Szóstego Domu znów tryumfuje!
- Jak się czuje Cho? – zapytała Hermiona.
- Wybudziła się, nabiera sił i jutro ma wyjść ze szpitala – wyjaśniła profesor de Volaille. – A ja wciąż nie mogę uwierzyć w to, czego wspólnie dokonaliśmy. Byliście pierwszymi ludźmi, którzy przedostali się z naszego świata do tamtego, od trzystu trzydziestu czterech lat!
- No, to jest osiągnięcie – podsumował Potter.
- Czy to znaczy, że niebezpieczeństwo minęło? – Granger pozostawała ostrożna. – I nie będzie więcej ataków z tamtej strony?
- Na Hogwart bezpośrednio? Nie – wyjaśniła Lukrecja. – Założyliśmy zaporę, która uniemożliwia otwieranie portali w zamku i jego okolicach. Poza tym wszystko wskazuje na to, że dzięki waszej interwencji Szósty Ród otrzymał potężny cios, z którego szybko nie wyjdzie, a może nawet Dagoth Ur zerwie stosunki z Voldemortem…
- Hura – zauważył Ron, który też uczestniczył w rozmowie. – To znaczy, że możemy na razie przerwać patrolowanie Hogwartu?
       De Volaille popatrzyła na nich ponuro.
- Stan wyjątkowy pozostaje w mocy – powiedziała. – Przeciwnik może mieć jeszcze inne sztuczki w zanadrzu…

Kilka godzin wcześniej profesor de Volaille poprosiła Dumbledore’a o rozmowę. Gdy przyszła do gabinetu, dyrektor spoglądał na nią rozpromieniony.
- Pani jest prawdziwym skarbem dla całego Hogwartu – powiedział. – Co prawda wszyscy już się przyzwyczaili, że Potter i jego towarzysze umieją dokonać niemożliwego, ale jednak taki wyczyn… Proszę się poczęstować.
         Lukrecja usiadła, przysunęła sobie herbatę, poczęstowała się herbatnikami.
- Moja zasługa polegała tylko na tym, że pokazałam im drogę – powiedziała. – Reszty dokonali oni sami.
- Więc dlaczego się pani nie rozchmurzy? – zdziwił się Dumbledore. – Herbata za słodka? Czy za mało? A może wie pani coś o nowych kłopotach?
         Opiekunka Klimpfjallu pokiwała głową.
- Przez kanały ministerialne doszły mnie pewne słuchy – stwierdziła. - Czy mówi coś panu nazwisko Synchroniusz Walruss, dyrektorze?
- Nigdy go wcześniej nie słyszałem – rzekł Albus. – Ale z mrocznego tonu, jakim pani je wymawia, wnioskuję, że to pewnie jakiś śmierciożerca.
- Nie inaczej. – Lukrecja machinalnie pomieszała herbatę. – To sługa Voldemorta, do tej pory dość nisko postawiony, ale ostatnio musiał zyskać na znaczeniu.
         Dumbledore przetarł okulary.
- Czy to jeszcze jeden zwykły miłośnik czarnej magii zasilający szeregi Sama-Pani-Wie-Kogo, czy należy się spodziewać z jego strony jakiegoś konkretnego zagrożenia?
- Służby wzięły go pod obserwację – wyjaśniła de Volaille. - Ukrywał się po tym, jak pewien czas temu zamordował w Manchesterze aurorkę Petulę Petelenz, ale ostatnio widywano go, jak podróżował po Europie i pojawiał się w towarzystwie młodzieży zafascynowanej czarną magią. Według informacji wywiadowczych, stoi on na czele ugrupowania znanego jako „Śmierciożercy - Organizacja Zagraniczna”.
- To brzmi poważnie – Dumbledore pokiwał głową. – Wiadomo o nich coś więcej?
- Wyrzutki z Durmstrangu, Bobatona i paru innych szkół, znani ze swego, mówiąc oględnie, nieodpowiedniego zachowania i wielkiej pychy – wyjaśniła Lukrecja. – Idealny materiał na nowe pokolenie sług Voldemorta. Udało nam się ustalić nazwiska niektórych z nich: to Wolfram Wulff, Bernadetta Heckler, Sylvain Corneille-Noir, Zdenek Slanina i Pablo Angostura.
- Są niebezpieczni?
- Walruss nie dobierał ich przypadkowo. Wiadomo, że Wulff był jednym z najlepszych graczy w quidditcha w całym Durmstrangu, ustępując jedynie Wiktorowi Krumowi. Natomiast Zdenek Slanina jest podobno niezarejestrowanym nigdzie animagiem, zmienia się w kangura. Na temat pozostałych nic nie wiem, ale zapewne są równie niebezpieczni.
- I mogą zaatakować akurat nas? – upewnił się dyrektor.
- Mogą – potwierdziła profesor de Volaille. – Synchroniusz Walruss poddaje ich silnej indoktrynacji antyhogwarckiej. Na szczęście my mamy Kluchonów…



wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział 23

     Podążali przez ciemny korytarz Hogwartu. Luną się nie przejmowali – i tak jej nikt nie uwierzy. Było pusto, nikogo w zasięgu wzroku. Mimo wszystko musieli zachować ostrożność. Dopiero by było, gdyby po wyjściu cało z tych wszystkich przygód zarobili nagle szlaban u Snape’a…
Samotny zegar przy ścianie pokazywał drugą w nocy.
- Ciekawe – zauważył Harry. – Kiedy weszliśmy w tamten portal, było przed południem, a tu środek nocy.
- Czas u nich biegnie trochę inaczej niż u nas – Hermiona szybko znalazła wyjaśnienie.
- Zmęczony jestem – powiedział Malfoy. – Co robimy?
- Są trzy możliwości – zdecydował Potter. – Możemy się zdrzemnąć w pokoju wspólnym, rozejść się po dormitoriach albo od razu budzić Dumbledore’a. Ma ktoś inne propozycje?
- Wybieram trzecią – rzekła Granger. – W końcu tu chodzi o życie Cho.

      Dyrektor już na nich czekał, widocznie w jakiś sposób dowiedział się wcześniej.
- Cieszę się, że wam się udało, moi drodzy! – powiedział z niecierpliwością. – Gdzie jest artefakt z duszą Cho Chang?
- To ten miecz – Hermiona odpięła broń od paska. – Ostrożnie, może być bardzo niebezpieczny.
- Połóżcie go na biurku – nakazał Dumbledore.
- Jak wygląda sprawa z Cho? – zaniepokoił się Harry.
- Nie jest dobrze – dyrektor spuścił wzrok. – Dziewczyna niknie w oczach. Strasznie schudła, od kiedy wyruszyliście, uzdrowiciele od świętego Munga są bezradni.
- Teraz przynajmniej jest nadzieja – zauważyła Kasandra.
- Tak jest – dyrektor uśmiechnął się blado. – Nie wiem, co byśmy bez was zrobili. A teraz usiądźcie i opowiadajcie.
    Opowieść, w czasie której uczestnicy wyprawy raczyli się herbatą i szarlotką, podgrzanymi przez Dumbledore’a zaklęciem, trwała dobre kilka godzin. Dyrektor wypytywał o szczegóły podróży oraz walki w siedzibie rodu Dagoth, lecz, na szczęście dla Pottera i Malfoya, nie interesowały go bardziej przyziemne (czy raczej – podziemne) przygody.
- Dobrze – powiedział wreszcie. – Muszę teraz zabrać ten miecz do szpitala, a wy odpocznijcie. Zasłużyliście na to.
      Wieść jakoś się rozeszła, bo gdy Harry i spółka wracali od Dumbledore’a, nagle zostali obskoczeni przez grupę Kluchonów. Koledzy rzucali się im na szyję, klepali po plecach, przekrzykiwali się.
- Nareszcie! – cieszył się Ron Weasley. – Aleście pokazali tym cieciożercom!
- A ty skąd wiesz? – Harry był zdziwiony, że wiadomości doszły do przyjaciela, zanim jeszcze zdążył opowiedzieć komukolwiek poza dyrektorem.
- Przedwczoraj po południu pokazał się nam Obleśny Jermołaj – wyjaśnił Weasley. – Opowiedział nam o tym, jak leźliście przez pustynię, i o bitwie z nieprzyjacielem.
      Draco poczerwieniał na te słowa. Jeżeli bowiem duch Klimpfjallu towarzyszył im w podróży i wszystko widział, to widocznie widział także…
- Zaraz! Jak to przedwczoraj? – zdziwił się Potter. – Co dziś właściwie mamy?
- Niedzielę – powiedział zdezorientowany Ron. – A czemu pytasz?
- Wyruszyliśmy we środę wieczorem i byliśmy tam trzy noce – liczył Harry. – Czyli powinniśmy wrócić w sobotę, a jest niedziela?
- W takim razie cały dzień błąkaliśmy się gdzieś między światami – przyznała Hermiona. – Co prawda w ogóle tego nie pamiętam.
- Ja też nie – odezwał się Malfoy. – Ale to by wyjaśniało, czemu się czuję tak cholernie zmęczony.
- To chodźcie odpocząć do pokoju wspólnego – zaproponował Ron.
- Odpocząć? – zdziwiła się Hermiona. – A lekcje?
- Niedziela jest – przypomniał Weasley.

      Niedziela czy nie niedziela, personel szpitala św. Munga miał spore zadanie do wykonania. Dumbledore szedł w stronę sali operacyjnej wraz z Lukrecją de Volaille, która niosła na ramieniu Wybrańcobójcę. Oboje długo czekali na ten moment, kiedy będą mogli aportować się do szpitala.
- Czy na pewno dokładnie przestudiowała pani te księgi? – zapytał Lukrecję zaniepokojony. – Pewne elementy rytuału wydają mi się… cóż, dziwne.
- O co konkretnie panu chodzi, dyrektorze? – zapytała de Volaille.
- Cóż, jeżeli dobrze zrozumiałem ten skrót, który przedstawiła mi pani przed wyruszeniem, to rękojeść tego miecza trzeba będzie umieścić… - resztę zdania Dumbledore powiedział jej szeptem na ucho.
- Dyrektorze – żachnęła się opiekunka Klimpfjallu. – Nie czas się wstydzić, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie. Nigdy nie rozrywał pan nieprzytomnej kobiecie bluzki, żeby zrobić masaż serca?
- Hm… - zmieszał się Albus. – No cóż, nie.
- W takim razie proszę przyjąć, że to zabieg uzdrowicielski jak każdy inny.
- Ale to pani będzie wkładać ten miecz – rzucił Dumbledore surowo. – Żebym potem nie miał żadnych kłopotów.
       Weszli do sali. Czekała już tam na nich grupa uzdrowicieli, dobranych dokładnie według zaleceń de Volaille: sami najlepsi w swoich dziedzinach. Do tego, ze względu na ryzyko związane z Wybrańcobójcą, upewniono się, że żaden z członków zespołu nie jest główną postacią jakiejkolwiek przepowiedni.
Na środku pomieszczenia stał prosty stół operacyjny, a na nim leżała Cho przykryta białym prześcieradłem. Była niezwykle wychudzona, chociaż od ataku, w którym została skrzywdzona, minęło wcale nie tak wiele czasu. Tylko unosząca się nieznacznie pierś wskazywała, że dziewczyna w ogóle żyje.
- Już jesteśmy – powiedziała Lukrecja.
- Bardzo dobrze – potwierdził starszy uzdrowiciel chłodnym, profesjonalnym tonem. – Bierzmy się do roboty.
       Rytuał trwał pięć godzin z okładem. Dubmeldore (tak się zmęczył, że nie pamiętał, jak się nazywa) i Lukrecja pracowali wspólnie z uzdrowicielami. W pewnej chwili, gdzieś tak po dwóch godzinach, magiczny miecz rozjarzył się niczym mugolska jarzeniówka. Ciało Cho zaczęło drżeć, a w końcu miotać się w drgawkach, dziewczyna głęboko oddychała, ale to nawet nie była połowa operacji…
     Wreszcie światło, jakie emitował miecz, zgasło. De Volaille zabrała go ze stołu operacyjnego, a wówczas Cho Chang, po raz pierwszy od dwóch tygodni, przewróciła się z pleców na prawy bok, podkładając sobie rękę pod głowę.
- Zrobione – powiedział starszy uzdrowiciel.
- Zgotujcie rosołu – rzekła profesor Lukrecja. – Będzie głodna jak wilk, kiedy się obudzi.

     W Pokoju Wspólnym opowieściom nie było końca. Każdy chciał usłyszeć historię o wyprawie ratunkowej, więc Potter i przyjaciele musieli powtarzać ją wielokrotnie. Z drugiej strony Harry, Hermiona, Kasandra i Draco starali się dowiedzieć czegoś o tym, co się działo pod ich nieobecność. Okazało się, że w Hogsmeade miał miejsce pościg aurorów za niezidentyfikowanym śmierciożercą, a do samego zamku przeniknął tajemniczy zamachowiec, który upodobnił się do Draco Malfoya. Usiłował spetryfikować McGonagall, ale coś mu nie wyszło i sam się spetryfikował. Dyrektor kazał go postawić jako krasnala ogrodowego przed chatą Hagrida.
- W dodatku Filch napisał do Ministerstwa, żeby oddali mu kasę za zasikany dywan – dodał Weasley.
      Siedzieli przy stole na stercie miękkich poduszek, jedli sernik i popijali wino. Harry z przodu, Kasandra obok niego, Hermiona z drugiego końca stołu, a Draco nieco dalej, z uwagą popatrując, czy przypadkiem Swiftsure nie próbuje zanadto zbliżyć się do Pottera.
- A co ze Snape’em? – zapytał Harry. – Nadal się tak dziwnie zachowuje?
- Snape jest na zwolnieniu – Ron machnął ręką. – Trzmiel wysłał go na chorobowe po tym, jak któregoś dnia przyszedł na lekcję w stroju kangura. Teraz zastępuje go taki jeden śmieszny gość. Za wiele się nie nauczysz, ale za to lekcja szybko zleci.
 - Co za gość? – zapytała Hermiona, ale nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi, bo akurat nadszedł Blaise Zabini. Miał już solidną plerezę – krótko z przodu, długo z tyłu, pewnie wyhodował ją z pomocą magii. Ubrany był w skórzaną kurtkę, obcisłe dżinsy i srebrzyste kozaki, a pod szyją miał czerwoną bandanę.
- Żółwik, Smoku! – zawołał rozradowany do Malfoya.
- Człowieku, coś ty z siebie zrobił? – wykrzyknął zaszokowany Draco. – Milli Vanilli?
- Co, nie podoba ci się moja nowa powierzchowność? – Blaise zasymulował focha. – A tak w ogóle, to słyszałem co nieco o twojej rodzinie.
- Znaczy, co takiego? – zainteresował się Malfoy.
- Twój stary już chodzi na rzęsach – powiedział Zabini. – Nie dość, że ty zwiałeś, to jeszcze Sam-Wiesz-Kto zdążył mu już wyczyścić lodówkę i barek.
- Na pewno tam nie wrócę – Draco zaśmiał się bezsilnie.
- To co zrobisz w wakacje?
- Jeszcze nie wiem. Pójdę pod most, cokolwiek – rzekł tchórzofret. - Lepiej powiedz, co słychać w obozie Slytherinu.
- A po staremu – Zabini wzruszył ramionami, sięgając po fajkę wodną. – Crabbe i Goyle walą szlaban za szlabanem. Wiem z pewnych źródeł, że po twoim przeniesieniu pojawiło się spore rozczarowanie wobec Voldemorta. Teraz w domu jest znacznie mniej wannabe-śmierciożerców niż jeszcze w zeszłym roku. Zresztą zobacz sam.
      Pod przeciwległą ścianą pokoju grupa ex-Ślizgonów śpiewała pieśń o Voldemorcie:

Gdzie nie świeci słońce z rana,
Tam jest dom Czarnego Pana.
Tomasz Riddle tam przebywa,
Czarny paltot go okrywa.
Odtrącony i wyklęty,
Żądzą zemsty ogarnięty,
Upadł jemu koniec nosa,
Z oczów płynie krwawa rosa…

- Cały czas mnie zastanawia, kim był ten żebrak, który otworzył bramę między światami – powiedziała Kasandra Swiftsure. – Wyglądał jakoś znajomo…
- Przypomniałam sobie trochę z tych ksiąg, które czytałam przed wyprawą – stwierdziła Hermiona – i sądzę, że to był Sheggorath, Cukrowy Kocur. Tamtejszy bóg szaleństwa.
- To niech nas ma w opiece – powiedział Harry. – Bo to chyba jeszcze nie koniec.
- Chodźmy popływać – zaproponowała Kasandra, spoglądając zalotnie na Pottera.