Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klimpfjall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klimpfjall. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 32


       Kiedy już przestały mu się trząść nogi, a różdżka Pottera przyniosła mu ukojenie, Draco poszedł do skrzydła szpitalnego poradzić się pani Pomfrey. W końcu znalazł się w całkiem nowej sytuacji i musiał się czegoś dowiedzieć o tym jakże nietypowym dla faceta stanie.
       Sytuacja była w końcu poważna. Z Harrym na pewno nie mógł się nudzić. Było im razem cudownie. Draco uwielbiał się mu oddawać cały. Co prawda czasami Potter zagalopowywał się, zadając mu ból, ale Malfoy przyjmował to z radością. Za to, co robił w swoim poprzednim życiu, to i tak była niewystarczająca kara, a zresztą przyjemność w końcu nadchodziła, i to o wiele większa. Chłopak miał znacznie o wiele więcej fantazji i Draco wierzył, że jeszcze niejednym da się zaskoczyć. Przez parę ostatnich nocy nawet zdarzało się, że Harry dawał mu klapsa, krzycząc “Niegrzeczny chłopiec!” Dracona niesamowicie to kręciło. I teraz to wszystko miałoby się skończyć? Niee…
       Gdy w skrzydle szpitalnym powiedział, co mu jest, pielęgniarka przeżyła szok. Myślała, że Draco robi sobie z niej jaja, lecz potem spojrzała mu w oczy i po spojrzeniu Malfoya poznała, że mówi prawdę. Obadała go więc dokładnie i dogłębnie, po czym wygłosiła swoją diagnozę, a wtedy to Draco doznał szoku.
- Jak to? Znaczy, że nie jestem w ciąży? – oczy niemal wyszły mu na wierzch. – Ale przecież to wszystko…
- Wypił pan eliksir Pseudoprego – wyjaśniła pani Pomfrey.
- Pseudoprego? – zdziwił się Draco. – Nigdy nie słyszałem.
        Uzdrowicielka spojrzała nań zafrasowana.
- To mikstura wywołująca objawy ciąży - powiedziała. – Niezbyt dobrze się kojarzy, bo był, o ile wiem, używany do kompromitowania ludzi. Niejednej młodej czarownicy za jego pomocą złamano życie, niejeden ślub odwołano za jego sprawą. Do tej pory sądziłam, że receptura na ten eliksir zaginęła, ale widocznie ktoś wynalazł go na nowo…
Draco opuszczał skrzydło szpitalne, nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy smucić. Z jednej strony jednak nie zaszedł w ciążę, ale z drugiej strony – to, że miał ciążowe objawy, oznaczało, że ktoś mu coś wsypał do picia. Kto?
Możliwości było niewiele. Na wieczornej uczcie Kluchonów się nie pojawił, bo akurat leżał w łóżku, wyczerpany popołudniowymi igraszkami z Harrym. A obiad? Z kim siedział przy obiedzie? Z jednej strony miał Weasleya, który truł mu coś o poezji, z drugiej – koniec stołu, ale przyczepiła się Pansy i zaczęła go bombardować swoimi fantazjami. Oni oboje mogliby mieć swoje powody. Weasley, bo go nie lubił, a Pansy, bo z nią to w ogóle nie dojdziesz.
Kto jeszcze mógłby mieć motyw? Crabbe i Goyle? Nie, oni by czegoś takiego nie wymyślili… Czyli Roniec albo Pansy. Rudzielec jednak odpada, dlatego, że Draco przez cały posiłek miał go na oku, udając, że go słucha, bo Parkinson jednak ględziła jeszcze gorzej. A on demonstracyjnie się od niej odwrócił… Czy wtedy mogła mu czegoś dolać do kompotu? No pewnie, że mogła!
      Postanowił, że musi ją znaleźć, i natychmiast wybrał się na poszukiwania. Pansy była, a jakże, na dziedzińcu. Legiędziła coś z Cho Chang i tą Kasandrą – ciekawe, czyżby wciskała im jakiś nowy kit na jego, Dracona, temat? Podszedł bliżej i zażądał od Parkinson rozmowy na osobności.
- Spójrz mi w oczy, Pansy – wygarnął przez ogródek. – Pansy, spójrz mi w oczy. Co ty wykombinowałaś?
- Ja wykombinowałam? Niee… Nie wiem, o czym ty mówisz, Draco! – zajęczała Parkinson, wyraźnie zatrwożona.
- Wczoraj przy obiedzie – uściślił Malfoy. – Wlałaś mi coś do kompotu, prawda? Co wlałaś?!
      Twarz Pansy naciągnęła na siebie płaczliwy wyraz, który tylko przekonał Dracona, że jego podejrzenia są uzasadnione.
- No, przyznaj się, Pansy! – pokrzykiwał, aby tym pewniej wyciągnąć z niej informacje. – Spójrz mi w oczy! Co za świństwo mi dolałaś?
       Parkinson wybuchnęła łzami, w dłoniach twarz swoją skryła.
- Ja nie chciałam – buczała. – Bo ten chłopak powiedział… On powiedział, że no…
- Co znowu za chłopak? – wysyczał Draco bezwzględnie.
- Bo ja… ja… poszłam na kawę do pani Puddifoot… I tam był ten chłopak… Powiedział, że wyglądam na nieszczęśliwą i dał mi ten flakon… Mówił, że afrodyzjak… A ja tak bardzo chciałam zobaczyć, jak wy z Harrym to robicie… Błagam, Draco, nie rób mi krzywdy!
     Malfoy nie miał zamiaru robić Pansy krzywdy, chociaż z wściekłości był już gotów chodzić po ścianach.
- Idiotko! – warknął tylko. – Przecież to mogłaby być trucizna, nie pomyślałaś?
      Pansy spojrzała nań trwożliwie.
- Ale nic ci się nie stało? – zapytała z lękiem.
- Stało się: jestem wkuropatwiony jak jasny goblin. Gadaj, co to za chłopak, od którego dostałaś to paskudztwo.
- Już tam siedział, kiedy weszłam – załkała Pansy. – W kawiarni pani Puddifoot. Trochę niższy od ciebie, puciaty, ciemny blondyn w szarej tweedowej szacie.
- Ja mu pokażę! – zawołał Draco ekshibicjonistycznie i pognał natychmiast do sypialni prefektów Klimpfjallu.
W dalszym ciągu był wściekły. Jakiś obcy fąfel najwyraźniej miał zamiar zniszczyć jego związek z Potterem… Wpadł do sypialni jak burza, nie zastając zresztą Harry’ego. Błyskawicznie porwał swoją miotłę, wybiegł na mury Hogwartu i wzbiiiił się w powietrze, by na ostrej korbie popędzić do Hogsmeade. Zobaczysz, koleś, jakie są skutki, jak się natrafi na Malfoya w Alpach!

Wieczorem Kluchoni znowu mieli ucztę. Wspólne posiedzenia przy jedzeniu, piciu i muzyce rozgrywały się coraz częściej, choć miejsce namiętności zastąpiła na nich stabilizacja. W chwili bieżącej tylko Blaise Zabini kotłował jakąś byłą Ślizgonkę na skraju basenu, reszta uczniów spoczywała na arcywygodnych poduszkach. Za Hogwartem, na rozstajach, powiesił się Snape na jajach… - śpiewał ktoś ohydnym samczym głosem. Hermiona opowiadała Justinowi Finch-Fletchleyowi jakieś ciekawostki z historii Klimpfjallu, wyczytane w księgach, które ostatnio całymi dniami studiowała.
         Harry przełknął duży łyk wina, aż zakręciło mu się w głowie. Nie mógł zaprzeczać, że się martwił. Każdy by się martwił. Przypuszczalnie nawet Hermiona nie potrafiłaby szybko dojść do siebie, gdyby się teoretycznie dowiedziała, że jej chłopak jest w ciąży.
        A jeżeli jednak Draco nie był? Wtedy, gdy się zgadali, kazał Harry’emu nie myśleć, że chodzi o złapanie go na dziecko. Przecież nie istniała nawet taka potrzeba, skoro było im ze sobą tak dobrze, od kiedy Malfoy się zmienił. Ciągle powtarzał, że Harry świetnie całuje. Zgoda, jeżeli chodzi o całowanie w usta, ale Potter był zdania, że Draco fenomenalnie całuje ciało. Umiał zrobić tak, że od jednego pocałunku robiło mu się gorąco. Uff, te myśli nie dają mu spokoju…
        Tymczasem sprawa jest poważna. Chociaż niby to wszystko już sobie wyjaśnili, jednak Drakuś gdzieś zniknął. Kasandra wspominała, że widziała, jak zaraz po lekcjach, na zamkowym dziedzińcu, opieprzał gromko Pansy Parkinson, ale nie słuchała na tyle, żeby powiedzieć, o co chodzi.
- Czegoś taki smutny, Harry? – zapytał Weasley.
- Bo Malfoya wcięło – odrzekł Potter z troską. – Martwię się o niego.
- Co ty ostatnio z tym Malfoyem? – skrzywił się Ron. – Lepiej byś się jaką dziewczyną zainteresował.
- Dziewczyny są fajne – przyznał Harry. – Ale Draco to jednak Draco.
       Na scenie Theo Nott z wysiłkiem, acz bez większych skutków dął w obój, a Marietta punktowała jego wątpliwą muzykę srebrzystymi uderzeniami w triangiel. Podszedł Longbottom w rozchełstanej szacie, na której miał znaczek z tajemniczym napisem: „Lubisz Cycerona?”
- Pfff – odezwał się z niezadowoleniem, kiwając głową w kierunku Notta. – Fatalnie mu idzie na tym oboju.
- Nie mówi się „oboju”, tylko „obojgu” – poprawiła go Hermiona. Nie bez przyczyny nazywano ją Panną Wiem-Wszystko.
       Harry tymczasem słuchał oboju i nadal pogrążał się w niepokoju.
- Martwię się – powtarzał. – No dajcie spokój, martwię się i tyle.
- O Malfoya chodzi? – zainteresował się Neville. – Widziałem go jakąś godzinę temu, biegł z miotłą i wyglądał na nieźle wkurzonego.
       Pottera na tę wieść chwyciły ołowiane kleszcze lęku.
- Może miał jakąś sprawę do załatwienia – zauważyła Hermiona.
- Powiedziałby mi przecież – próbował argumentować Harry. – Jeżeli zamierzał zniknąć na dłużej, na pewno by mi powiedział. Przecież skoro mu na mnie zależy…
- Nie martw się, Harry – Granger objęła go uspokajająco. – Draco da sobie radę. Jest sprytny, przecież to były Ślizgon i po prostu Malfoy. A tak poza tym – gdyby stała mu się jakaś krzywda, przecież my wszyscy, Kluchoni, zaraz byśmy się o tym dowiedzieli, tak jak w przypadku Cho. A przecież żadne z nas nie słyszy tego kluchońskiego zewu pomocy.
      Harry poczuł się trochę uspokojony. Ale tylko trochę. Kiedy zaraz później Hermiona poszła do sowiarni, aby sprawdzić, czy nie nadszedł jakiś ważny list, na który czekała, Potter doznał napadu niesłychanego przerażenia, tak potężnego, że miał ochotę wpaść pod stół i zakryć głowę ramionami. Wiedział, że Draco jest w niebezpieczeństwie. Ale żaden z pozostałych Kluchonów nie odebrał tego sygnału…

Draco zbudził się w bardzo złym samopoczuciu. Wokół panowała całkowita ciemność. Nie wiedział, gdzie jest, nie mógł się ruszyć, ale nie widział żadnych więzów. Ktoś chyba rzucił na niego Drętwotę.
Co się stało? Poleciał wściekły do Hogsmeade i u pani Puddifoot odnalazł gościa, którego wygląd zgadzał się z rysopisem podanym przez Pansy. Chłopak na widok różdżki Malfoya zrobił się wyjątkowo skłonny do współpracy. Powiedział, że wstydzi się o tej sprawie rozmawiać przy ludziach, więc poszli do zaułka… I tyle. Film się Draconowi urwał gdzieś w tym momencie.
Leżał teraz całkiem nieruchomy i martwił się, co tak w ogóle jest grane. Jego wzrok zaczął rozróżniać w mroku jakieś niejasne kontury. Czy ciemność może wyglądać znajomo? W tym przypadku właśnie wyglądała. Mimo wszystko Draco nie potrafił jej zidentyfikować. Raczej na pewno nie był w lochach Hogwartu.
Gdzieś z boku skrzypnęły drzwi, wpuszczając do środka lekką poświatę oraz posągowo szczupłą  blondynkę w czarnej szacie. Dziewczyna stanęła nad unieruchomionym Malfoyem, spoglądając nań z rozbawieniem.
- Cześć, Draco – powiedziała, nonszalancko odgarniając dłonią kosmyk włosów.
- Coś ty za jedna? – zapytał Malfoy zdenerwowany. – I gdzie ja w ogóle jestem?
- Jestem Bernie – przedstawiła się dziewczyna. – Zawsze byłam twoją wielbicielką, ale w ostatnim czasie mnie rozczarowałeś, mój drogi…
       Tchórzofret westchnął. Tylko tego mu jeszcze brakowało, żeby wpadł w ręce psychofanki. To pewnie jedna z tych nawiedzonych panienek, które wysyłały mu horrendalne ilości poczty. Jak by tu do niej zagadać, żeby go uwolniła…?
      Bernie nie sprawiała jednak wrażenia, jakby łączyły ją z Draconem wspólne tematy konwersacji. Rozpięła natomiast jego koszulę, a w zasadzie rozerwała.
- Słyszałam, że masz chłopaka? - uśmiechnęła się drapieżnie. – No, no, ciekawe…
        Po czym ściągnęła mu także spodnie i przeszła do rzeczy. Draco nie chciał tego, ale z bezradnością patrzył, jak jego ciało (a przynajmniej jedna jego część) reaguje, zupełnie wbrew niemu…
- Ciekawe – blondynka spojrzała mu prosto w oczy, w dalszym ciągu darząc Malfoya ironiczno-pogardliwym uśmieszkiem – co powiedziałby twój słodki, kochany Harry, gdyby widział, jak zaraz się zeszmacisz…
      Draco płakał, kiedy Bernie Heckler, członkini Organizacji Zagranicznej Śmierciożerców, brutalnie go ujeżdżała.


piątek, 11 października 2013

Rozdział 26


      Draco leżał w białej, miękkiej, świeżej pościeli. Czuł się w pełni szczęśliwy, nie miał potrzeby iść gdziekolwiek czy cokolwiek robić. Potter przysunął się, obejmując go ramieniem. Draco przylgnął do niego jeszcze bliżej, poczuł ciepło jego ciała. Owinął talię Złotego Chłopca uściskiem swej ręki i spojrzał w jego zielone oczy.
- Kocham cię, Harry – powiedział.
- Ja też cię kocham, mój smoczusiu – odrzekł Potter, a Malfoy nagle poczuł coś, co przekonywało go, że jego uczucie jest ogromne.
      Ich usta się spotkały, namiętność wypełniła wszystko dookoła. Draco widział, że Harry tego chce. Ujął go dłońmi za twarz, zatopił się w pocałunku jeszcze głębiej. Wreszcie wsunął język. Usta Pottera były tak rozpalone… Dłonie Malfoya też nie wytrzymywały napięcia. Błądziły po ciele Złotego Chłopca, wędrowały coraz niżej… Draco naparł swoim spragnionym ciałem na Harry’ego…

      …I otworzył oczy. Kurde balans! To był tylko sen…
    Draco zwlekł się z łóżka i zaczął smętnie zakładać spodnie. Dzięki Szóstemu Domowi udało mu wyślizgnąć się ze szponów śmierciożerstwa. Ale co dalej? Niedawno sowa przyniosła mu list od rodziców. Powiadomili go oficjalnie, że został wydziedziczony, oraz z iście malfoyowską delikatnością dali mu do zrozumienia, żeby im się nie pokazywał na oczy. Nie, żeby nie przewidywał, że tak będzie.
       Ale Potter! Draco sądził, że przynajmniej Potter go przygarnie. Miał nadzieję, że się zgodzi, przecież w ostatnim czasie tyle ich łączyło… A Harry powiedział, że nie jest gotowy. Przez ostatni tydzień wręcz unikał towarzystwa Dracona. Ot i masz wychowanie Malfoyów! Draco był przyzwyczajony, że nikt mu nie odmawia, a tu nagle wystarczyło, żeby Harry odrzucił jego propozycję – i już świat wydawał się sypać w gruzy.
       Malfoy skończył się ubierać i poszedł na pierwszą lekcję, ze spuszczoną głową, powoli. Nie zostało mu już nic – ani rodziny, ani pieniędzy. Tylko miłość mogła go uratować…


Severus Snape siedział w swoim gabinecie. Miał właśnie okienko, więc mógł się spokojnie oddawać swojemu ulubionemu hobby – nurzaniu się we frustracji. Wyciągnął różdżkę i prasnął zaklęciem w stojący na najbliższym stole kociołek, aż wywinął młynka w powietrzu i spadł z brzękiem na podłogę. Snape przez dłuższą chwilę utrzymywał zaklęciem kociołek w stanie wirowania na płytach posadzki, a kiedy mu się znudziło, kopnął go w kąt gabinetu.
Już prawie się udało! Już Weasley i inni byli bliscy załamania na skutek jego przemyślnych prowokacji! Ale akurat wtedy, kiedy odkrycie tajemnicy ostatnich wydarzeń w Hogwarcie znalazło się w zasięgu ręki, Dumbledore wysłał go na L-4, psując cały plan w krytycznym momencie. Zaraz, a może dyrektor też jest w tym spisku? To bardzo możliwe… To by tylko jeszcze bardziej potwierdzało rzecz, której się Severus domyślił: w szkole istnieje jakaś tajna struktura i być może jest to reaktywowany Klimpfjall.
Stary Albus może myśleć, że jest sprytny, ale Snape nie zamierzał składać broni. Dojdzie do ukrytego sensu tego wszystkiego, co się ostatnio dzieje w Hogwarcie. Nobody fucks with the Severus!
Miał już przygotowaną kolejną prowokację. Napisał kredą na ścianie koło sali do transmutacji: „SNAP JEST GUPI I ZA JAJA GO”, tylko jeszcze nie wiedział, na kogo zwali winę. Weasley? Nie, wszyscy już i tak sądzą, że on się na Weasleya uwziął. A może by tak Malfoya? Też bez sensu. Wlepił mu już kilka szlabanów i nic… Trzeba uderzyć w kogoś mniej oczywistego.


        Na kolejnej przerwie Draco Malfoy znowu przemierzał dziedziniec Hogwartu. W ostatnich dniach lubił robić okrążenia. To go trochę uspokajało, chociaż nie rozwiązywało jego problemów.
      Miał już obsesję na punkcie Pottera. To była pod pewnymi względami bardzo fajna obsesja, ale z drugiej strony dość męcząca. Po prostu szaleńczo pragnął być z nim. Ale jak to zrobić?
        A gdyby tak zmienił się w dziewczynę? Na pewno istnieją jakieś zaklęcia albo eliksiry. Pewnie mało kto umie z nich korzystać, najpewniej są bardzo drogie, ale Draco mógłby oddać wiele, żeby tylko być z Potterem. Skoro nawet mugole potrafią zmienić faceta w babkę, to czarodzieje tym bardziej powinni mieć na to sposoby, i to jeszcze doskonalsze. Transmutacja? To hasło przywiodło mu na myśl postać Kasandry Swiftsure. Panna była w tym naprawdę dobra, ale biorąc pod uwagę, że kręci się wokół Pottera, zresztą dość nieudolnie, Malfoy nie powierzyłby jej tak delikatnego zadania. Jeszcze spędziłby resztę życia jako fretka… Zresztą porządna przemiana w dziewczynę to coś, czym na  pewno zajmują się wyspecjalizowani fachowcy. Draco miał pewność, że byłby cholernie seksowną dziewczyną. Ale co, jeśli Harry wolałby go takim, jakim jest? Przecież akceptacja to jedno z naczelnych haseł Szóstego Domu…
Krążył więc po dziedzińcu i naraz przed oczami stanęła mu zielona łąka pełna soczystej, smacznej trawy… Zaraz, smacznej? Nieważne… No i razem z Potterem, po tej łące, trzymają się za ręce i w podskokach, i Potter ma wianek na głowie… Że wizja ta jest przerażająco wręcz kiczowata? Kogo to obchodzi! To jest jego wizja, jego marzenie, którym nie zamierza się dzielić z nikim. Gdyby jednak jakimś cudem mu się udało być z Harrym, bieganie po łące będzie tylko jedną z możliwości spędzania wolnego czasu.
Aaah Harry… Chociaż już przynajmniej dwa razy byli ze sobą naprawdę bardzo blisko, Draco jeszcze nie miał okazji utrwalić sobie w pamięci jego ciała. Ciekawe, czy Potter czasami wyobrażał sobie jego? Czy w ogóle czasem o nim myślał pozytywnie? Powiedział, że nie jest gotowy na związek, ale może tylko tak mówił, bo sam się wystraszył…
Rozważania Smoka przerwał nagle Goyle, który wylazł na niego zza filaru.
- Tej, Malfoy, jest do ciebie interes – powiedział.
- Nie gadam z wami – Draco odwrócił się do niego plecami i poszedł dalej.
        Gregory jednak dogonił go, przecinając mu drogę.
- Słuchaj – powiedział. – Bo tu chodzi o ciebie.
- To wal, czego chcesz, Goyle – rzekł Malfoy zniecierpliwiony.
- Mamy z Crabbe’em taki maleńki biznes – Ślizgon potarł znacząco kciuk o palec wskazujący. – I chcemy, żebyś się dołożył.
- Dołożył? – z pogardą powtórzył Draco. – I co z tego będę miał?
- Milczenie – Goyle uśmiechnął się sprośnie.
- Co znowu za milczenie? I tak z wami nie gadam.
- Bo wisz, Draco – ciągnął pałkarz Slytherinu. – Ciekawe, co powiedziałby twój stary, gdyby usłyszał, że jesteś nie tylko zdrajcą krwi, ale w dodatku zwyczajną parówą. Więc dajesz nam dwieście funtów, a my milczymy w tym temacie. I co. Wchodzisz w to?
        Malfoy poczuł się lekko dotknięty tak jawną zdradą dawnych kumpli, ale tylko lekko, bo w sumie to się spodziewał, że kiedyś nastąpi. Nie wiedział tylko, w jakiej formie.
- Nieźle mi się odwdzięczacie. Pamiętaj, że to dzięki mnie w ogóle trafiliście do tej szkoły, ty i ten drugi przygłup – powiedział.
- Mnie to wali – skontrował Goyle. – Teraz mamy lepszych kumpli. To co, trzysta funtów? Bo inaczej powiemy twojemu staremu, jaki z ciebie nędzny kukurdydza.
- Aleś ty głupi – odrzekł Draco. Zupełnie stracił resztki ochoty na jakiekolwiek dyskusje ze swymi eksprzybocznymi i poszedł dalej.
- Do ch... Wacława! – ryknął Gregory, doganiając Malfoya. – Naprawdę chcesz, żeby ci się krzywda stała? Możemy ci to załatwić!
       I zaraz sięgnął po różdżkę. Draco jednak był szybszy. Walnął zaklęciem w Goyle’a, aż tamten poleciał dziesięć kroków do tyłu i wtarabanił się w krzak. Potem platynowy odwrócił się na pięcie i poszedł dalej w swoją stronę.
- Pożałujesz tego, Malfoy! – krzyczał za nim Goyle. – Utniemy ci jacusia!
        Ale Draco nie miał zamiaru się nim przejmować.

           
W ostatnim czasie Kasandra Swiftsure i Cho Chang mocno się zaprzyjaźniły. Cho nie należała do Klimpfjallu, więc nie mogła uczestniczyć w ucztach w pokoju wspólnym Kluchonów, ale dziewczyny spędzały razem sporo wolnego czasu. W weekend wychodziły do Hogsmeade, a wieczorami Kasandra odwiedzała Cho w osobnym dormitorium, które Krukonka otrzymała jako rekonwalescentka. Siedziały zatem na sfatygowanej kanapie, przy niskim stoliku, i opowiadały o swoim życiu. Cho raczyła się przy tym ilościami jedzenia, które Kasandrze wydawały się zupełnie niewiarygodne.
Panna Swiftsure musiała przyznać, że poza wszystkim innym zyskała w Hogwarcie autentyczną przyjaciółkę. Z Cho dało się pogadać o wszystkim. Krukonka zwierzała się jej z różnych problemów swojego życia. Opowiadała o bólu po śmierci Diggory’ego, o dość nieudanej próbie związku z Harrym, a także, oczywiście, o swoich ostatnich przeżyciach. Kazała też sobie opowiadać historię wyprawy ratunkowej, w której Kasandra przyczyniła się do odzyskania jej duszy.
- A tak przy okazji, muszę ci powiedzieć, że masz wspaniałe zęby – przyznała w pewnym momencie.
- Dzięki. – odparła Swiftsure. - Uwierzyłabyś, że na czwartym roku w Durmstrangu nosiłam aparat?
- Coś takiego…
- Dokuczali mi z tego powodu – uśmiech na twarzy Kasandry zgasł.
- Przez aparat? Głupie ludzie. Taka sympatyczna dziewczyna…
- Nie tylko przez to. Trzymałam się tak trochę z boku, byłam najlepsza w żeńskiej drużynie quidditcha, no i się doczepili.
- Durmstrang ma żeńską drużynę quidditcha?
        Kasandra nagle roześmiała się.
- Nikt mi nie wierzy, jak o tym mówię! Harry też był taki zdziwiony! Ale cóż poradzić… Męska drużyna całkowicie nas przyćmiewała, ale jakoś dawałyśmy radę.
- Czekaj – przerwała Cho. – Z chłopaków najlepszy jest Krum. Czy on też ci dokuczał?
- Myślisz, że zazdrościł mi sukcesów? – Kasandra odchyliła się na oparcie kanapy. – Nie, Wiktor był za bardzo zajęty byciem gwiazdą. Zresztą w ogóle za dużo z nim nie miałam do czynienia.
- To czemu się do ciebie przyczepili?
- Wiesz, jak to bywa. Banda takich, co uważają się za fajnych i chcą wdeptać w ziemię wszystkich, którzy wyglądają na fajniejszych od nich.
        Umilkła na chwilę, sięgnęła po herbatę.
- No i się uwzięli – powiedziała wreszcie. – Nie dawali mi spokoju przez dwa lata.
- Nie powiedziałaś dyrektorowi? – zdziwiła się Cho.
- Powiedziałam – przytaknęła Swiftsure. – I nic nie zrobił. Zresztą czego się spodziewać po kimś takim…
- Karkarow – Krukonka przypomniała sobie nazwisko dyrektora Durmstrangu. – On był śmierciożercą, nie?
- Żeby tylko to – westchnęła Kasandra. – Byłam kiedyś na wyjeździe szkolnym w Bułgarii. Były spotkania ze starymi czarodziejami, którzy odtwarzali struktury, bo za komuny magia była tam nielegalna. Dowiedziałam się wtedy, że Georgi Karkarow, pseudonim „Igor”,  był współpracownikiem bułgarskiej bezpieki. Donosił władzom na innych czarodziejów, niektórzy trafili przez to do więzienia albo byli zmuszani do służenia członkom partii.
- Kim trzeba być, żeby jednocześnie należeć do śmierciożerców i wysługiwać się mugolom? – rzekła zdumiona Cho.
- No widzisz – Kasandra wzruszyła ramionami. – W każdym razie nie mam z Durmstrangu miłych wspomnień. Cieszę się, że jestem z wami w Hogwarcie.


We czwartek Kluchoni urządzili kolejną ucztę. Ogromnym powodzeniem cieszył się sernik, na który przepis Parvati Patil podrzuciła do kuchni. Przyjmowała więc teraz hołdy od uczniów Klimpfjallu, wychwalających jej gust kulinarny. Nawet dziewczyny, które krzywo na nią patrzyły z powodu chodzenia z Murtazą, musiały przyznać, że sernik był przepyszny. Inni Kluchoni siedzieli, leżeli, kąpali się w basenie. Pokój wypełniała muzyka harfy i klarnetu, a Blaise Zabini śpiewał: „Zachodni wiatr spierniczył Snejpa z dachu”.
Draco siedział na stercie poduszek, oddalony nieco od Harry’ego i trójki jego przyjaciół. Z perwersyjną i bolesną fascynacją, tak, jak dotyka się rany, żeby sprawdzić, jak bardzo boli, przyglądał się Kasandrze Swiftsure, starając się ustalić, czy jest ona z Potterem, czy jednak nie. Rozmawiali normalnie, w towarzystwie Rona i Hermiony, ale Malfoy z drżeniem w sercu oczekiwał, że w końcu nadejdzie ten moment, kiedy zaczną w jakiś sposób okazywać sobie uczucia… Wtedy chyba pozostanie mu wyjść z pomieszczenia.
Nadszedł Neville Longbottom.
- A czemu ty, Malfoyu, ostatnio nie grasz na perkusji? – zapytał, siadając obok Dracona. – Całkiem nieźle ci szło.
- Wyszedłem z wprawy – Draco wzruszył ramionami. – Nie było kiedy ćwiczyć. Zresztą teraz mam co innego na głowie. Poza tym Theo Nott jest i tak lepszy.
- Ale nie na bębnach – sprzeciwił się Longbottom.
- Hej, Neville, ty nowy następco barda Beedle’a! – zawołał Ron. – Chodź no do płota, bo przeczytałem twoje najnowsze wypociny!
- Taak? – zapytał Longbottom ironicznie. – I cóż, waszmość Weasleyu, oszołomił cię mój talent?
- Spadłem z krzesła! – odparł rudy.
         Tymczasem do grupki ucztujących podeszła profesor de Volaille.
- Panie Potter, panno Swiftsure – przemówiła. – Czy mogę prosić o chwilę uwagi?
       I już po chwili Harry i Kasandra wstali z miejsc i poszli za Lukrecją. Draco, tknięty nagłym niepokojem, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i podążył za nimi korytarzem.
      Opiekunka Kluchonów wraz z obojgiem prefektów dotarła do zakątka, którego Malfoy zupełnie sobie nie kojarzył, chociaż musiał tamtędy przechodzić wiele razy. Coś mu się majaczyło, że do niedawna stał tam kredens, ale teraz mebel został wyniesiony, odsłaniając mahoniowe drzwi.
- Widzicie? – zapytała Lukrecja de Volaille. – Kiedy dyrektor kazał zabrać kredens do naprawy, okazało się, że są tu jakieś ukryte pokoje. To musi być sypialnia prefektów Szóstego Domu!
       Słysząc słowo „sypialnia”, podsłuchujący Draco o mało nie zemdlał. Można było łatwo przewidzieć, do czego to wszystko zmierza…
- I to znaczy… Że my tu będziemy mieszkać? – zapytał rozkojarzony Potter.
- Murtaza az-Zahri raczej nie spodziewa się wrócić na stanowisko – powiedziała nauczycielka. – To oznacza, że ten pokój jest wasz. Chodźcie, zobaczymy, jak to wygląda w środku.
      Wyjęła zza dekoltu klucz, otworzyła drzwi, po czym wpuściła Harry’ego i tę Gryfonkę do środka. Sama weszła na końcu. Trzask zamykanych drzwi do sypialni prefektów odezwał się głuchym grzmotem w slytherińskim sercu niewidzialnego Draco Malfoya…

Dziś mija rok od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu. Trudno uwierzyć, że udało mi się wytrzymać tak długo :D Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelniczek! :***

wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział 23

     Podążali przez ciemny korytarz Hogwartu. Luną się nie przejmowali – i tak jej nikt nie uwierzy. Było pusto, nikogo w zasięgu wzroku. Mimo wszystko musieli zachować ostrożność. Dopiero by było, gdyby po wyjściu cało z tych wszystkich przygód zarobili nagle szlaban u Snape’a…
Samotny zegar przy ścianie pokazywał drugą w nocy.
- Ciekawe – zauważył Harry. – Kiedy weszliśmy w tamten portal, było przed południem, a tu środek nocy.
- Czas u nich biegnie trochę inaczej niż u nas – Hermiona szybko znalazła wyjaśnienie.
- Zmęczony jestem – powiedział Malfoy. – Co robimy?
- Są trzy możliwości – zdecydował Potter. – Możemy się zdrzemnąć w pokoju wspólnym, rozejść się po dormitoriach albo od razu budzić Dumbledore’a. Ma ktoś inne propozycje?
- Wybieram trzecią – rzekła Granger. – W końcu tu chodzi o życie Cho.

      Dyrektor już na nich czekał, widocznie w jakiś sposób dowiedział się wcześniej.
- Cieszę się, że wam się udało, moi drodzy! – powiedział z niecierpliwością. – Gdzie jest artefakt z duszą Cho Chang?
- To ten miecz – Hermiona odpięła broń od paska. – Ostrożnie, może być bardzo niebezpieczny.
- Połóżcie go na biurku – nakazał Dumbledore.
- Jak wygląda sprawa z Cho? – zaniepokoił się Harry.
- Nie jest dobrze – dyrektor spuścił wzrok. – Dziewczyna niknie w oczach. Strasznie schudła, od kiedy wyruszyliście, uzdrowiciele od świętego Munga są bezradni.
- Teraz przynajmniej jest nadzieja – zauważyła Kasandra.
- Tak jest – dyrektor uśmiechnął się blado. – Nie wiem, co byśmy bez was zrobili. A teraz usiądźcie i opowiadajcie.
    Opowieść, w czasie której uczestnicy wyprawy raczyli się herbatą i szarlotką, podgrzanymi przez Dumbledore’a zaklęciem, trwała dobre kilka godzin. Dyrektor wypytywał o szczegóły podróży oraz walki w siedzibie rodu Dagoth, lecz, na szczęście dla Pottera i Malfoya, nie interesowały go bardziej przyziemne (czy raczej – podziemne) przygody.
- Dobrze – powiedział wreszcie. – Muszę teraz zabrać ten miecz do szpitala, a wy odpocznijcie. Zasłużyliście na to.
      Wieść jakoś się rozeszła, bo gdy Harry i spółka wracali od Dumbledore’a, nagle zostali obskoczeni przez grupę Kluchonów. Koledzy rzucali się im na szyję, klepali po plecach, przekrzykiwali się.
- Nareszcie! – cieszył się Ron Weasley. – Aleście pokazali tym cieciożercom!
- A ty skąd wiesz? – Harry był zdziwiony, że wiadomości doszły do przyjaciela, zanim jeszcze zdążył opowiedzieć komukolwiek poza dyrektorem.
- Przedwczoraj po południu pokazał się nam Obleśny Jermołaj – wyjaśnił Weasley. – Opowiedział nam o tym, jak leźliście przez pustynię, i o bitwie z nieprzyjacielem.
      Draco poczerwieniał na te słowa. Jeżeli bowiem duch Klimpfjallu towarzyszył im w podróży i wszystko widział, to widocznie widział także…
- Zaraz! Jak to przedwczoraj? – zdziwił się Potter. – Co dziś właściwie mamy?
- Niedzielę – powiedział zdezorientowany Ron. – A czemu pytasz?
- Wyruszyliśmy we środę wieczorem i byliśmy tam trzy noce – liczył Harry. – Czyli powinniśmy wrócić w sobotę, a jest niedziela?
- W takim razie cały dzień błąkaliśmy się gdzieś między światami – przyznała Hermiona. – Co prawda w ogóle tego nie pamiętam.
- Ja też nie – odezwał się Malfoy. – Ale to by wyjaśniało, czemu się czuję tak cholernie zmęczony.
- To chodźcie odpocząć do pokoju wspólnego – zaproponował Ron.
- Odpocząć? – zdziwiła się Hermiona. – A lekcje?
- Niedziela jest – przypomniał Weasley.

      Niedziela czy nie niedziela, personel szpitala św. Munga miał spore zadanie do wykonania. Dumbledore szedł w stronę sali operacyjnej wraz z Lukrecją de Volaille, która niosła na ramieniu Wybrańcobójcę. Oboje długo czekali na ten moment, kiedy będą mogli aportować się do szpitala.
- Czy na pewno dokładnie przestudiowała pani te księgi? – zapytał Lukrecję zaniepokojony. – Pewne elementy rytuału wydają mi się… cóż, dziwne.
- O co konkretnie panu chodzi, dyrektorze? – zapytała de Volaille.
- Cóż, jeżeli dobrze zrozumiałem ten skrót, który przedstawiła mi pani przed wyruszeniem, to rękojeść tego miecza trzeba będzie umieścić… - resztę zdania Dumbledore powiedział jej szeptem na ucho.
- Dyrektorze – żachnęła się opiekunka Klimpfjallu. – Nie czas się wstydzić, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie. Nigdy nie rozrywał pan nieprzytomnej kobiecie bluzki, żeby zrobić masaż serca?
- Hm… - zmieszał się Albus. – No cóż, nie.
- W takim razie proszę przyjąć, że to zabieg uzdrowicielski jak każdy inny.
- Ale to pani będzie wkładać ten miecz – rzucił Dumbledore surowo. – Żebym potem nie miał żadnych kłopotów.
       Weszli do sali. Czekała już tam na nich grupa uzdrowicieli, dobranych dokładnie według zaleceń de Volaille: sami najlepsi w swoich dziedzinach. Do tego, ze względu na ryzyko związane z Wybrańcobójcą, upewniono się, że żaden z członków zespołu nie jest główną postacią jakiejkolwiek przepowiedni.
Na środku pomieszczenia stał prosty stół operacyjny, a na nim leżała Cho przykryta białym prześcieradłem. Była niezwykle wychudzona, chociaż od ataku, w którym została skrzywdzona, minęło wcale nie tak wiele czasu. Tylko unosząca się nieznacznie pierś wskazywała, że dziewczyna w ogóle żyje.
- Już jesteśmy – powiedziała Lukrecja.
- Bardzo dobrze – potwierdził starszy uzdrowiciel chłodnym, profesjonalnym tonem. – Bierzmy się do roboty.
       Rytuał trwał pięć godzin z okładem. Dubmeldore (tak się zmęczył, że nie pamiętał, jak się nazywa) i Lukrecja pracowali wspólnie z uzdrowicielami. W pewnej chwili, gdzieś tak po dwóch godzinach, magiczny miecz rozjarzył się niczym mugolska jarzeniówka. Ciało Cho zaczęło drżeć, a w końcu miotać się w drgawkach, dziewczyna głęboko oddychała, ale to nawet nie była połowa operacji…
     Wreszcie światło, jakie emitował miecz, zgasło. De Volaille zabrała go ze stołu operacyjnego, a wówczas Cho Chang, po raz pierwszy od dwóch tygodni, przewróciła się z pleców na prawy bok, podkładając sobie rękę pod głowę.
- Zrobione – powiedział starszy uzdrowiciel.
- Zgotujcie rosołu – rzekła profesor Lukrecja. – Będzie głodna jak wilk, kiedy się obudzi.

     W Pokoju Wspólnym opowieściom nie było końca. Każdy chciał usłyszeć historię o wyprawie ratunkowej, więc Potter i przyjaciele musieli powtarzać ją wielokrotnie. Z drugiej strony Harry, Hermiona, Kasandra i Draco starali się dowiedzieć czegoś o tym, co się działo pod ich nieobecność. Okazało się, że w Hogsmeade miał miejsce pościg aurorów za niezidentyfikowanym śmierciożercą, a do samego zamku przeniknął tajemniczy zamachowiec, który upodobnił się do Draco Malfoya. Usiłował spetryfikować McGonagall, ale coś mu nie wyszło i sam się spetryfikował. Dyrektor kazał go postawić jako krasnala ogrodowego przed chatą Hagrida.
- W dodatku Filch napisał do Ministerstwa, żeby oddali mu kasę za zasikany dywan – dodał Weasley.
      Siedzieli przy stole na stercie miękkich poduszek, jedli sernik i popijali wino. Harry z przodu, Kasandra obok niego, Hermiona z drugiego końca stołu, a Draco nieco dalej, z uwagą popatrując, czy przypadkiem Swiftsure nie próbuje zanadto zbliżyć się do Pottera.
- A co ze Snape’em? – zapytał Harry. – Nadal się tak dziwnie zachowuje?
- Snape jest na zwolnieniu – Ron machnął ręką. – Trzmiel wysłał go na chorobowe po tym, jak któregoś dnia przyszedł na lekcję w stroju kangura. Teraz zastępuje go taki jeden śmieszny gość. Za wiele się nie nauczysz, ale za to lekcja szybko zleci.
 - Co za gość? – zapytała Hermiona, ale nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi, bo akurat nadszedł Blaise Zabini. Miał już solidną plerezę – krótko z przodu, długo z tyłu, pewnie wyhodował ją z pomocą magii. Ubrany był w skórzaną kurtkę, obcisłe dżinsy i srebrzyste kozaki, a pod szyją miał czerwoną bandanę.
- Żółwik, Smoku! – zawołał rozradowany do Malfoya.
- Człowieku, coś ty z siebie zrobił? – wykrzyknął zaszokowany Draco. – Milli Vanilli?
- Co, nie podoba ci się moja nowa powierzchowność? – Blaise zasymulował focha. – A tak w ogóle, to słyszałem co nieco o twojej rodzinie.
- Znaczy, co takiego? – zainteresował się Malfoy.
- Twój stary już chodzi na rzęsach – powiedział Zabini. – Nie dość, że ty zwiałeś, to jeszcze Sam-Wiesz-Kto zdążył mu już wyczyścić lodówkę i barek.
- Na pewno tam nie wrócę – Draco zaśmiał się bezsilnie.
- To co zrobisz w wakacje?
- Jeszcze nie wiem. Pójdę pod most, cokolwiek – rzekł tchórzofret. - Lepiej powiedz, co słychać w obozie Slytherinu.
- A po staremu – Zabini wzruszył ramionami, sięgając po fajkę wodną. – Crabbe i Goyle walą szlaban za szlabanem. Wiem z pewnych źródeł, że po twoim przeniesieniu pojawiło się spore rozczarowanie wobec Voldemorta. Teraz w domu jest znacznie mniej wannabe-śmierciożerców niż jeszcze w zeszłym roku. Zresztą zobacz sam.
      Pod przeciwległą ścianą pokoju grupa ex-Ślizgonów śpiewała pieśń o Voldemorcie:

Gdzie nie świeci słońce z rana,
Tam jest dom Czarnego Pana.
Tomasz Riddle tam przebywa,
Czarny paltot go okrywa.
Odtrącony i wyklęty,
Żądzą zemsty ogarnięty,
Upadł jemu koniec nosa,
Z oczów płynie krwawa rosa…

- Cały czas mnie zastanawia, kim był ten żebrak, który otworzył bramę między światami – powiedziała Kasandra Swiftsure. – Wyglądał jakoś znajomo…
- Przypomniałam sobie trochę z tych ksiąg, które czytałam przed wyprawą – stwierdziła Hermiona – i sądzę, że to był Sheggorath, Cukrowy Kocur. Tamtejszy bóg szaleństwa.
- To niech nas ma w opiece – powiedział Harry. – Bo to chyba jeszcze nie koniec.
- Chodźmy popływać – zaproponowała Kasandra, spoglądając zalotnie na Pottera.


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 12


       Harry obudził się z bólem głowy. Czuł chłód, bo leżał na posadzce, tylko jego głowa spoczywała na czyichś kolanach. Otwierając oczy, napotkał niekompletne spojrzenie Alastora Moody’ego. Zdziwił się, że Szalonooki trzyma sobie jego głowę na kolanach, lecz potem wróciła mu zdolność logicznego myślenia i zdał sobie sprawę, że jest to fizycznie niemożliwe, gdyż Moody siedzi w pewnej odległości od niego. Harry spojrzał w górę. Osobą wspierającą jego rozbity czerep była Kasandra Swiftsure. W jej oczach krył się smutek, który akurat w tych okolicznościach był całkiem na miejscu.
      Korytarz był cały zasłany zwłokami o szarej skórze. Filch wraz z kimś innym wynosił trupy napastników. Potter bez trudu dostrzegł, że zwycięstwo nie przyszło łatwo. Nieopodal leżała Krukonka, którą kojarzył z uczt jako malarkę; wpatrywała się w przestrzeń nieruchomym, szklistym spojrzeniem. Pod ścianą jakaś dziewczyna płakała rozdzierająco, a chłopak ciągnął potężnie z butelki, gdy pani Pomfrey zakładała mu opatrunek. W głębi ktoś próbował usunąć rozwalone meble i odstawić na miejsce te, które jeszcze się nadawały.
- Przyszedłeś do siebie, chłopcze – Moody spojrzał na Harry’ego swym okiem. – Miałeś dużo szczęścia. Tamto zaklęcie by cię zabiło, gdyby ta młoda dama nie odepchnęła cię z jego drogi.
      Kasandra lekko się zarumieniła, ewidentnie nie chciała, aby robiono z niej bohaterkę. Dłoń położyła na czole Pottera, ostrożnie, aby nie urazić guza.
Nadszedł Ron Weasley. Prawą rękę miał obandażowaną.
- Jesteś! – zawołał na widok Harry’ego. – Wszyscy się o ciebie martwiliśmy.
- Co z pozostałymi? – Potter nie pozwolił mu powiedzieć więcej. – Hermiona? Draco?
- Hermiona doznała lekkich odmrożeń – wyjaśnił Ron. – Malfoya cięli sztyletem po żebrach, ale powierzchownie, szata wyhamowała ostrze. Chyba nikt nie wyszedł z tej bitwy bez obrażeń.
- Co z Cho? – Harry nagle przypomniał sobie jej bolesny krzyk i powykręcane ciało.
- Niedobrze – Ron posmutniał. – Mocno oberwała, zawieźli ją do szpitala. Jest w śpiączce. Uzdrowiciele mówią, że jej stan jest ciężki, ale stabilny. Na razie nie potrafią nic więcej poradzić, mają pełne ręce roboty z innymi rannymi.
- Ale pokonaliśmy ich? – dopytywał się Harry.
- Tak, udało się – Weasley pokiwał głową. – Zaraz po tym, jak zaliczyłeś glebę, zrobiło się naprawdę niewesoło. Dzięki Merlinowi, że profesor Moody akurat był w szkole. Bez niego nie dalibyśmy rady. Zresztą i tak było ciężko, bo przeciwnicy ciągle dochodzili i dochodzili.
Harry stłumił chęć wygłoszenia nieprzyzwoitego kalamburu, który przywiodło mu na myśl ostatnie zdanie przyjaciela. Zamiast tego zwyczajnie zapytał, co było dalej.
Nawet po przybyciu Moody’ego sytuacja wyglądała poważnie. Na szczęście komuś udało się ocucić profesor de Volaille, a ona, jakimś cudem, zamknęła portal, przez który wpadali napastnicy. Szalonooki poprowadził obrońców do gwałtownego kontrataku i wyrzucił szaroskórych z zamku na błonia. Tam już Hagrid poszczuł napastników akromantulami. W końcu przeciwnik został zepchnięty do Zakazanego Lasu, gdzie już centaury i dementorzy mieli mu wyrobić papiery.
      Potter zaczął wstawać. Kasandra podtrzymywała go delikatnie, ale pewnie. Mimo wszystko zastanawiało go jeszcze jedno – to samo, co zapewne wszystkich innych:
- Ale kto to właściwie był?
- Wszyscy się nad tym zastanawiamy – rzekł Moody. – Profesor de Volaille mówi, że elfy.
- Bez jaj! – rzucił zszokowany Ron. – Nie powiecie mi, że to coś, co wyglądało jak kałamarnica w ornacie, to też elf.
- Nie wiem, co to było – pochylił głowę Szalonooki. – Ale to usmażyłem.
          Przybiegł Neville Longbottom.
- Wszyscy nasi do sali zaklęć! – zawołał. – Dumbledore nakazał zbiórkę!
          Harry smętnie szedł korytarzem, ciągle mając przed oczami Cho Chang, jej nienaturalnie wykręcone nogi i wyraz bólu na twarzy. Gdyby zareagował szybciej na wołanie o pomoc, może by ją uratował. A teraz wszystko w rękach uzdrowicieli…
       Z naprzeciwka nadszedł Draco Malfoy z Zabinim i Hermioną. Przez niedopiętą koszulę widać było zwoje bandaża. Draco, jakby bledszy niż zazwyczaj, podbiegł do Harry’ego, chwycił go w ramiona. Wobec ataku tajemniczych nieprzyjaciół scena taka nikogo właściwie nie dziwiła, zresztą Hermiona już czekała w kolejce.
- Cieszę się, że cię widzę, Potter – szepnął Malfoy, krzywiąc się z bólu od nacisku na ranę. – Nie możesz sobie wyobrazić, co czułem, kiedy straciłeś przytomność.
- Słyszałem, że też dostałeś – Harry obrzucił go wzrokiem.
         Draco wzruszył ramionami.
- Chętnie ci pokażę tę bliznę na osobności – zapowiedział, nonszalancko mrugając. – Oczywiście wtedy, kiedy to wszystko się uspokoi.
        Zaraz potem pochwycił ciężkie spojrzenie Kasandry i pod jego naporem odsunął się od Harry’ego, którego z kolei Hermiona złapała w ramiona.
- To desant z innego świata – powiedziała.
- Wiesz coś więcej? – Harry byłby w tej chwili gotów gołymi rękami rozwalić jakiś mur w zamian za informacje.
- Tylko tyle, co wspominała profesor de Volaille – oznajmiła Granger. – To wszystko się jakoś wiąże z mydłem słodowym.
- Co ty powiesz? – Kasandra podeszła bliżej, stając ostrożnie między Harrym a jego przyjaciółką. Potter zauważył, że jest jakby bardziej pewna siebie, niż przedtem.
- Wychodzi na to – ciągnęła Hermiona - że pomiędzy naszym światem a tym, z którego przybyli napastnicy, możliwe jest podróżowanie. Czasem małe szczelinki między światami powstają samorzutnie, i to właśnie przez nie wpadają te mydła. Zjawisko odnotowano co najmniej w trzech miejscach: u nas, w Bobatonie i gdzieś w Bułgarii. Odpowiednio wyszkolony czarodziej może otworzyć większy portal, chociaż to bardzo trudne. Przez taki zaatakowały elfy, o ile to rzeczywiście były elfy. Zresztą nasza opiekunka pewnie powie nam więcej.

        Lukrecja de Volaille, której ciągle kręciło się w głowie po tym, jak oberwała zaklęciem, podążała wraz z Albusem Dumbledore’em na miejsce zdarzenia. Wszyscy byli przybici zarówno nagłym atakiem, jak i poniesionymi przez Hogwart stratami wśród uczniów.
- Czworo zabitych – stwierdził ze smutkiem dyrektor. – Kilkanaście osób trafiło do św. Munga. Cena naszego zwycięstwa była za wysoka…
     Jakby sama śmierć nie była wystarczającym nieszczęściem, czeka go jeszcze rozmowa z rodzinami zabitych i rannych, organizacja pogrzebu, stworzenie oficjalnej wersji wydarzeń dla opinii publicznej… Potoczył wzrokiem po ścianach pokrytych sadzą i krwią.
- Do tego trzeba doliczyć koszty remontu – zauważył, byle tylko zająć myśli czymś innym. – Odnowienie ścian i podłogi, zakup nowych mebli…
- I jeden z nich nasikał na dywan! – wtrącił się wściekły Filch.
       Weszli do sali zaklęć: Dumbledore, de Volaille oraz Moody. Woźny został na korytarzu i pilnował drzwi. W środku zgromadzony był już prawie cały Klimpfjall. Czekać na resztę? Nie, przypomniał sobie dyrektor. Reszta to straty.
- Drodzy Kluchoni – westchnął. – Nie zamierzam wam ogłaszać, że Hogwart został zaatakowany, skoro, jako jego obrońcy, wiecie o tym najlepiej. Właściwie produkować się tu będzie głównie profesor de Volaille. Mam tylko jedną prośbę, a w zasadzie nakaz: o tym, co tu zostanie powiedziane, nie powinien się dowiedzieć nikt oprócz tych, którzy i tak wiedzą o istnieniu Szóstego Domu. Profesor Umbridge, mimo wszystko, także nie powinna. Profesor Moody miał również pozostawać w niewiedzy, ale tak się złożyło, że dowiedział się o tym, że tak powiem, na ostro. Pani profesor…
        Dumbledore usunął się na bok, a Lukrecja stanęła na środku pomieszczenia.
- Zapewne niektórzy z was już słyszeli, że napastnikami były elfy – zaczęła. – I w dodatku przybysze z innego świata. Z tym się wiąże druga rola Szóstego Domu. Mieliśmy nadzieję, że na razie nie będzie potrzebna. Cóż, okazało się inaczej. Zwróćcie uwagę: wiedzieliście od razu, w którym miejscu zamku nastąpił atak?
      Wśród uczniów dał się słyszeć szum. Rzeczywiście, wszyscy niemal równocześnie usłyszeli wołanie o pomoc i pobiegli w odpowiednie miejsce.
- Zaczęło się to wieki temu – ciągnęła de Volaille. Widać było, że mówi mało składnie, jest poruszona tym, co się zdarzyło – W innym świecie była wyspa zwana Porannym Wiatrem…
- Co za idiotyczna nazwa – szepnął Ron.
- Nie bardziej, niż Wieprzowe Kurzajki – odpowiedział mu Harry i wrócił do słuchania nauczycielki.
- …zamieszkana przez elfy o szarej skórze i czerwonych oczach. Rządziło nimi pięć wielkich rodów. Szósty, ród Dagoth, dążył do pokonania pozostałych przez mord, zdradę i odrażające, zakazane rytuały. Był w nim jednak młody elf, Dagoth Dreyfus, który miał dość zła czynionego przez swoich krewniaków. Chciał tylko żyć pełnią życia, zaspokajać pragnienia swoje i innych. Zerwał więzi z rodem Dagoth i uciekł przez portal do naszego świata. Akurat w sam raz, by spotkać założycieli Hogwartu. Stał się najlepszym przyjacielem Klausa Klimpfjalla, który, jak pamiętacie, o mało nie został narzeczonym Helgi Hufflepuff. Okazało się jednak, że słudzy rodu Dagoth przekroczyli granicę światów, by ukarać odstępcę.
Wtedy Dreyfus i Klimpfjall postanowili utworzyć dodatkowy, tajny dom w Hogwarcie. Szósty Dom jako przeciwieństwo Szóstego Rodu, zresztą w niektórych językach te pojęcia brzmią tak samo. Z jednej strony służący hedonizmowi i samorealizacji, ale o tym już wiecie, a z drugiej – będący linią obrony na wypadek, gdyby słudzy rodu Dagoth znów wdarli się do naszego świata. Jak widać, już się wdarli, i są poważne podstawy, aby sądzić, że działali w sojuszu z Voldemortem.
Zapanowała konsternacja, jednak gwar szybko ucichł, bo wszyscy chcieli się dowiedzieć więcej.
- Jako uczniowie Szóstego Domu, błyskawicznie zareagowaliście na atak – powiedziała de Volaille. – Tak miało być. Kiedykolwiek najeźdźcy z rodu Dagoth znowu wejdą do naszego świata, Kluchoni dowiedzą się pierwsi.
        Spojrzała na Dumbledore’a, jakby szukając potwierdzenia.
- Atak już nastąpił, ale w każdej chwili może dojść do kolejnego – przestrzegła Kluchonów. – W związku z tym, korzystając z pełnomocnictw, które otrzymałam w Ministerstwie Magii, nadaję wam wszystkim status aurorów pomocniczych. Na naszych barkach spoczywa ochrona Hogwartu przed rodem Dagoth. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte.
        Tym razem wzrok Lukrecji zatrzymał się na Harrym.
- Niestety, wasz prefekt Murtaza został poważnie ranny i trafił do szpitala – powiadomiła. Kilka dziewczyn załkało. – W związku z tym mianuję nowych prefektów. Panie Potter, panno Swiftsure, mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie. A właściwie nas wszystkich.
        Na koniec jeszcze zabrał głos Dumbledore.
- Moi drodzy, bardzo ważna rzecz. Nie dajmy się zastraszyć. Trzeba zwiększyć czujność, ale niech to was nie odwiedzie od normalnego szkolnego bytowania. Niech przeciwnik widzi, że nie jest łatwo nas złamać.

środa, 21 listopada 2012

Rozdział 9


       Draco obudził się z szumem w głowie, świstem w uszach i poważnie obolałym tyłasem. Czuł pod sobą ciepło czyjegoś ciała i ruch unoszącej się klatki piersiowej. Poruszył ręką, a jego żywy materac niewyraźnie mruknął i wypuścił go z objęć.
       Tchórzofret otworzył przekrwione, bycze oczy i cokolwiek przymulony rozejrzał się wokoło. To na pewno nie było jego dormitorium. No tak, faktycznie, pokój wspólny Kluchonów. Właściwie ranek jak co dzień, tylko na kim on, do jasnej anielki, spoczywa?!
       Uniósł się na łokciach i spojrzał w dół. Jasssne łany, to przecież Potter.
     Nieważne, jak bardzo Malfoy był zaćmiony po całonocnej imprezie – błyskawicznie dodał dwa do dwóch. Wynik tego działania zupełnie mu się nie spodobał. Draco zerwał się na równe nogi i natychmiast po oczyszczającym rzygu zaczął przeglądać pobojowisko w poszukiwaniu bokserek. Kiedy je w końcu znalazł, kilka minut zajęły mu próby wciśnięcia się w nie. Dopiero potem dotarła do niego straszna świadomość, że to nie jego bokserki. W zasadzie to w ogóle nie były bokserki, tylko reformy damskie.
Z irytacją założył je Potterowi na głowę. Potem poszedł za bar i zobaczył, co jeszcze pozostało po wczorajszej uczcie. Znalazł bitą śmietanę w szpreju oraz słoik dżemu. Z wrednym uśmiechem podszedł do Harry’ego i całego natarł dżemem. Ponieważ był to dżem brzoskwiniowy, określenie „Złoty Chłopiec” nigdy przedtem nie było bardziej adekwatne. Śmietanę natomiast wprykował mu do oczodołów i na rzepki.
- See what happens, Harry? – powiedział z sarkazmem. – This is what happens when you find a stranger in the Alps!
       Zarzucił pierwszą lepszą kapotę, jaka na niego mniej więcej pasowała, zgarnął pod pachę w miarę pełną butelkę burbona i poszedł na chwiejnych nogach do swego dormitorium.

       Harry obudził się godzinę później. Przetarł oczy, obecność w nich bitej śmietany jakoś mu umknęła. Pobojowisko w pokoju wspólnym nadal trwało. Znistek i Żabulec, skrzaty odpowiedzialne za utrzymanie porządku, nie chciały się narzucać i zabierały się do roboty dopiero wtedy, gdy wszyscy Kluchoni opuścili już pomieszczenie.
      Potter szybko założył koszulę i dopiero kiedy ją zapiął, zorientował się, że jest cały udżemiony. Wzruszył ramionami. Cóż, różne są oblicza kultywowania więzi społecznych. Poszedł do łazienki pomieszczonej przy pokoju wspólnym. Jak na miejsce, w którym odbywały się takie orgie, wręcz lśniła czystością. Harry szybko doprowadził się do porządku, chociaż musiał pożyczyć koszulę innego ucznia. Potem przerzucił sobie przez ramię nieprzytomnego Rona i udali się do dormitorium. Do lekcji nie pozostało wiele czasu.
     Po trzech lekcjach Harry, Ron i Hermiona zostali wezwani w pilnej sprawie do gabinetu Dumbledore’a. Sprawa dotyczyła Zakonu Feliksa. Ten mugolski gang nadal sprawiał kłopoty, psując Hogwartowi opinię, a „trójka Pottera” otrzymała zadanie zrobienia z nim porządku. Co prawda nie do końca było wiadomo, dlaczego mugolskimi chuliganami nie mogliby się zająć mugole, ale przyjaciele udali się za chatę Hagrida, aby ich nikt nie zauważył, a potem świstoklikiem przenieśli się do mugolskiego Londynu.
      Pozerzy urządzili akurat rozróbę w jakimś McDonaldzie. Twierdzili, że walczą ze śmieciożercami. Harry z Weasleyem i Hermioną wkroczyli energicznie do baru, zastając Zakon Feliksa w pełnym składzie: sześciu chłopaków i trzy dziewczyny. Ubrani byli w stroje imitujące mundurki Hogwartu oraz czerwono-żółte szaliki. Mieli przy sobie miotły oraz różdżki, które bardziej niż do czarów nadawały się do gry w baseball. Lider nosił okrągłe okulary bez szkieł, na czole miał wycięty żyletką piorun. Inny chuligan był ufarbowany na rudo, a na jego ramieniu spoczywała sowa z papier-mâché.
- Czego, k#%@$, chcecie? – wydarł się fałszywy okularnik.
      Kiedy Harry wyjął swoją różdżkę, dziewczyny zemdlały, a chłopaki zaczęli kląć. Uciszył ich jednak Ron, puszczając taką wiązankę, że pobledli.
    Dalej wystarczyło trochę perswazji słownej, nawet nie trzeba było używać zaklęć, aby Zakon Feliksa uciekł jak niepyszny, porzucając swe narzędzia. Harry i towarzysze weszli więc do ciemnego zaułka i wrócili świstoklikiem do Hogwartu.
    Jak powszechnie wiadomo, chociaż niektórzy zapominają, do zamku nie można się teleportować. Ostatnio jednak odkryto dziurę w tym zabezpieczeniu. Okazało się, że bariera przeciw teleportacji nie obejmuje jednego z kątów we wschodnim skrzydle. Prawdopodobnie jej założenie w tym miejscu było niemożliwe ze względów technicznych, z uwagi na krzywo postawione ściany. Dyrektor dla pewności kazał zastawić szafą, ale nikomu nie przyszło do głowy, że można po prostu wejść do szafy. Aż do teraz.
       Harry nagle znalazł się w szafie, wśród woniejących naftaliną szat, z nosem w plecach Hermiony, a z łokciem Weasleya w swoim oku. Przez chwilę wyobraził sobie, jak to by było, gdyby trafił do tej szafy z Kasandrą… Jednak trzeba już było iść się odmeldować Trzmielowi.
Dumbledore był zadowolony. Na razie problemy z mugolami miał z głowy, tym bardziej, że nauczyciel literatury mugolskiej, którego Knot chciał wcisnąć do Hogwartu, został zatrzymany przez policję pod zarzutem zabicia żony i sąsiadów oraz utrudniania śledztwa policji przez wrzucenie dmuchanej lali do wykopu na budowie. Harry i reszta poszli zatem śpiesznie na lekcję transmutacji.
Po kilku minutach zajęć Minerwa McGonnagall sięgnęła po coś do szuflady i z dużym zaskoczeniem dostrzegła tam coś, co wyglądało jak kostka mydła.
- Słuchajcie, moi drodzy, kto był tak mądry? – zapytała surowo, pokazując uczniom swe znalezisko. Kostka była wielkości dłoni, kolor miała szaroróżowy, zmieniający się w zależności od światła. Nikt się jednak nie przyznał.
- Cóż, nikt się nie przyznaje? – McGonnagall zamyśliła się. – Panno Swiftsure, panna pozwoli.
       Kasandra wstała niepewnie, zaniepokojona, nie domyślając się, co nauczycielka może mieć na myśli.
- Proszę pójść do Mistrza Eliksirów – nakazała Minerwa, wpatrując się jednym okiem w Kasandrę, a drugim w mydło. – Niech ustali, co to właściwie jest.
- Ja mogę iść! – zgłosił się Ron.
- Spokojnie, panie Weasley – odrzekła McGonnagall. – Panna Swiftsure należy akurat do tych ludzi, którym chwila nieobecności na lekcji nie przyniesie szkody.
           
     Severus Snape siedział w swojej komnacie, sfrustrowany. Sytuacja w Hogwarcie była dzika i paradoksalna, a jego nikt nie raczył nawet poinformować, o co chodzi. Próbował przesłuchiwać Pottera i jego kumpli, a oni nic. Udają głupka, na pewno coś jest na rzeczy. W dodatku kiedy rankiem zakradł się do kuchni w poszukiwaniu jakiegoś żeru, Pani Norris ugryzła go w tyłek.
          Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść – polecił Mistrz Eliksirów. Do pomieszczenia weszła Swiftsure. Była niezła z eliksirów, ale budziła jego ostrożność.
- W jakiej sprawie zaszczyca mnie panna Kasandra Swiftsure? – smarkastycznie zapytał Snape, obrzucając niepewnym spojrzeniem szaroróżową kostkę w jej dłoni. – Z tego, co wiem, nie masz w tej chwili żadnego szlabanu. Nauka całkiem dobrze ci idzie… Naturalnie, jak na gryfonkę.
       Kasandra czuła ciężar w brzuchu, onieśmielona spojrzeniem Severusa. W końcu odważyła się odezwać.
- Profesor McGonnagall kazała mi to przynieść, aby pan ustalił, co to jest – wręczyła mu to coś.
Wyglądało jak mydło, ale nie do końca. Snape skrzywił się. Brak wytłoczonych napisów wskazywał, że to nie jest mydło mugolskie. Mało, że kostka wydawała się zmieniać kolor w zależności od kąta patrzenia, to jeszcze miała specyficzny zapach. Trochę piżmo, trochę jakby piwo… Nie miał pojęcia, co to jest.
- Poczekaj tu, sprawdzę w moich księgach – zapowiedział, kierując się do regału z literaturą przedmiotu. Też coś. Jakby mało było tego całego bajzlu, to jeszcze dają mu zagadki do rozwiązania. Wcale by się nie zdziwił, gdyby to był jakiś kamuflaż…
        W końcu, po jakimś czasie, znalazł to, czego szukał.
- To jest mydło słodowe – oznajmił.
- Dlaczego słodowe? – zdziwiła się Kasandra.
- Bo ktoś zrobił je sam – mruknął Snape. – Można je znaleźć w szafkach, szufladach, beczkach i innych pojemnikach, do których nikt dawno nie zaglądał. Nie wiadomo, skąd się tam biorą, są różne teorie… Co jeszcze profesor McGonnagall chciałaby wiedzieć?
- Do czego ono służy? – zapytała Swiftsure przytomnie. – Po zapachu nie wygląda jak coś do mycia.
- Tego do końca nie wiadomo – Severus rozkojarzony wodził wzrokiem po linijkach księgi. – Tu piszą, że dawniej było poszukiwane przez wędrowców, którzy wyruszali w daleką podróż, bo dało się z niego robić niskoprocentowy napój alkoholowy. Gotujesz trochę wody, wrzucasz kawałek – i masz coś w rodzaju piwa. Poza tym bardzo pomaga na cerę, chociaż tobie, Swiftsure, raczej nie trzeba pomagać.
      Kiedy Kasandra wracała korytarzem na zajęcia z transmutacji, cały czas się zastanawiała, czy Snape chciał ją skomplementować, czy obrazić…

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 8


      Po kilku tygodniach uczniowie Klimpfjallu przyzwyczaili się już do specyficznych warunków panujących w ich ukrytym domu. Kluchoni ze stoickim spokojem znosili punkty karne oraz ewentualne szlabany. Coraz mniej też dziwił wszystkich fakt, że niektórzy uczniowie lubią latać nad Zakazanym Lasem. Każdy taki przypadek był zgłaszany do dyrektora, Dumbledore zaś załatwiał sprawę dyskretnie – Kluchonów zwalniał ze szlabanu, a pozostałych nie. Lukrecja de Volaille udzielała swoim podopiecznym dodatkowych lekcji, na których uczyła ich specjalnych zaklęć oraz alternatywnych zastosowań dla tych już znanych, na przykład, jak używać Patronusa do zwalczania depresji.
     Nie wszystko jednak było normalnie. Co jakiś czas dochodziło do konfliktów pomiędzy uczniami przydzielonymi do Szóstego Domu a ich kolegami z poprzednich domów. Draco Malfoy unikał Crabbe’a i Goyle’a, a raz nawet otwarcie na nich nawrzeszczał. Harry nie wiedział, czy Draco rzeczywiście chciał z nimi zerwać, czy raczej miał do nich pretensje, że psują mu kamuflaż.
Snape też zachowywał się jak nie on. Po Hogwarcie zaczęła chodzić plotka, że pójdzie na urlop zdrowotny, a w jego zastępstwie nowym opiekunem Slytherinu ma zostać niejaki Rosół.
Pogłosek było tyle, że w końcu Rita Skeeter zainteresowała się sytuacją w Hogwarcie. W ostatnich dniach często kręciła się w okolicy zamku, a nawet zdarzało się widzieć ją wewnątrz.
- Tylko patrzeć, jak ta pismaczka dogrzebie się do tajemnicy Szóstego Domu – mruknął Ron Weasley. Niezbyt rad widział Skeeter, ponieważ w ostatnich latach często zaczepiała go na korytarzu, zadając głupawe pytania. W dodatku mieli z nią do czynienia jego bracia: próbowała poderwać Charliego, a Percy’emu wypiła piwo, gdy w pubie „Pod Trzema Miotłami” nieopatrznie odwrócił się plecami do kontuaru.
- Nie ma obawy – pocieszyła go Hermiona. – Klimpfjall istniał przez setki lat, miał teraz kilka dekad przerwy. Gdyby to było takie łatwe…
- Przypomniało mi się – oznajmił w pewnym momencie Ron. – Któregoś razu szedłem korytarzem, a tu stoi Kasandra i skrobie w notesie. Pamiętałem, co bredził Malfoy, i… no, samo się spojrzało jej przez ramię. Ona pisze wiersze!
       Harry i Hermiona wręcz zamarli.
- No widzisz – uśmiechnęła się Granger. – Malfoy ze wszystkiego robi spisek.
- Tak go wychowali – uznał Weasley. – Nie wpatrywałem się jakoś szczególnie, ale wiersze! Nie dość, że ma te swoje zęby, to jeszcze poetka!
      Harry zamyślił się. Wyglądało na to, że Swiftsure wpadła w oko także i Ronowi, zaś Potter nie czuł się z tym zbyt komfortowo. I to, że się tak czuł, było dla niego pewnym zaskoczeniem…

      Wieczorem znów odbyła się uczta w pokoju wspólnym. Harry tym razem przyszedł lekko spóźniony po jakimś szlabanie. Pod sufitem lewitował przebudzony po siedemdziesięcioletniej przerwie Obleśny Jermołaj, duch Szóstego Domu – cień wielkiego, barczystego brodacza w rozchełstanej na piersiach koszuli. Po ścianie spływała kaskada wina, z której Kluchoni nabierali kielichami.
    Prefekt Murtaza siedział na szczycie sterty poduch sięgającej prawie pod sufit i z radością obejmował pękaty dzban. Parvati Patil – Harry nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest Kluchonką – leżała na podłodze, bezwładnie przewalając się z boku na bok i bełkocząc przekleństwa w języku angielskim, szkockim, bułgarskim i gudźarackim. Zabini tym razem miał wolne od grania i gdzieś z boku brutalnie eksplorował czyjąś kobiecość, za to na scenie stała Marietta Edgecombe z fletem poprzecznym i jakiś Krukon ubrany jedynie w muszkę i akompaniujący na wiolonczeli. Muzyka była łagodna, nie dawała tak do pieca jak wyczyny Malfoya i jego bandu. Niektórzy uczniowie próbowali śpiewać do muzyki, ale nie mogli się zgodzić co do słów i melodii, i tak Theo Nott śpiewał: „I’ll make love to you in all good places, under black mountains, in open spaces”, a równocześnie Justin Finch-Fletchley darł się: „Evo zore, evo dana, evo Jure i Bobana”.
Hermiona nabrała nagle smaku na owoce. Podeszła do stołu zastawionego kryształowymi paterami i zaczęła z apetytem wcinać jabłka, śliwki, czereśnie, gruszki, pomarańcze, gejfruty, brzoskwinie, nektarynki, arbuzy, awokada, marakuje, pitangi i jambosy. Ron nalał sobie żołądkowej gorzkiej, zaś Harry zaczął się rozglądać, czy gdzieś tu przypadkiem nie ma Kasandry.
Od strony korytarza przyszła Lukrecja de Volaille ubrana w czarny żakiet i brązowe spodnie. Jej pełny biust falował niczym Dunaj, włosy po lewej stronie były czarne jak smoła, a po prawej przypominały odcieniem autentyczną wiewiórkę. Stanęła na środku pomieszczenia i wyjęła różdżkę.
- To dla was, moi Kluchoni! – zapowiedziała. – Oby nic nie powstrzymało waszego dążenia do szczęścia!
       Wycelowała różdżką w ścianę, a wówczas spory fragment odsunął się, odsłaniając… basen. Utrzymany w estetycznym śliwkowym kolorze, wypełnion był on parującą wodą z gorących źródeł.
       Na ten widok Kluchoni zaczęli skakać do wody. Prawie nikt nie spodziewał się takiej atrakcji, więc nikt nie miał kostiumu kąpielowego, ale mało komu to przeszkadzało. Jedni rozebrali się błyskawicznie, drudzy już przedtem byli rozebrani, a byli i tacy, którzy radośnie wskakiwali do basenu w ubraniu. Uczniowie Szóstego Domu zaczęli się taplać, brzechtać, pływać, a nawet poznawać w gorącej wodzie. Niektórzy kładli tace na brzegu i kontynuowali suty posiłek. Murtaza az-Zahri znów zmienił się w ośmiornicę, ale dla odmiany, zamiast obmacywać, czy wręcz obmackowywać koleżanki, pruł sobie rekreacyjnie z jednego końca basenu na drugi, po drodze pilnując, czy ktoś się nie topi, lub pomagając kolegom w otwieraniu słoików z konfiturami.
Nie wszyscy wskoczyli do wody. Na brzegu, przy stole, Ron kłócił się z Longbottomem.
- Mówię ci, Neville, że ohydne jest śpiewanie „Wina, wina, wina, wina dajcie” zamiast „Wina, wina, wina, dajcie” – argumentował.
- No jak to? – Longbottom był zdziwiony. – Przecież im więcej wina, tym lepiej.
- Nie ilość, lecz jakość – powiedział Weasley. – Cztery razy nie brzmi.
- Ale powinno być cztery razy „wina”, bo są cztery domy w Hogwarcie.
- Po pierwsze, jest pięć – Ron był nieubłagany. – Po drugie, wsadź se ideologię, gdyż przy śpiewaniu cztery razy „wina” robi się z tego jakiś rap, a nie ukraińska nuta dzika, zapomnianej dumy echo, która cieszy serce samotnika i błogą, rajską tchnie pociechą.
- Nie, Ron, ty się nie znasz na muzyce.
- Wręcz przeciwnie, Longbottom, to ty się nie znasz na literaturze. Założę się, że nawet nie odróżniasz narratora od podmiotu lirycznego.
- Cooo, jaaa?! – Neville poczuł się urażony. – I kto to mówi, jak ty nie masz zielonego pojęcia o poezji. Jak ostatnio na orgii dyskutowaliśmy o twórczości tego białoruskiego poety Apollinaire’a, to bredziłeś jakieś kompletne lukumony na temat interpretacji!
- Bo istnieje tylko jeden klucz do jego poezji, i każdy z nas ma go między nogami! – Ron nie ustępował. – Maniaku Calderona! A jakim prawem ty twierdzisz, mać twoją za nogę, że znasz jedyną właściwą interpretację? No, sturba twoja zagwazdrana glątwa, skąd ty to wiesz, że moja jest gorsza od twojej?
- Słuchaj, Ron, nie chcę wywoływać żadnej świętej wojny, ale formalizm się skończył pół wieku temu – zauważył Neville. – Dziś mamy o wiele lepsze metody krytyki literatury niż w twoim ukochanym dwudziestoleciu!
- Powiedział, co wiedział. Robisz z siebie wielkiego znawcę poezji, a byle haiku nie umiesz napisać!
- Znalazł się fachowiec! Twoim zdaniem „Proust” rymuje się z „Faust”!
- E? Nie rozpoznałbyś klasycznego czterowiersza nawet, gdyby cię ugryzł w tyłek! Może jeszcze wyślesz te swoje wypociny do „Proroka Codziennego”?
- Ty cycu!
- Ty grajdole!
- Ty brandzlu!
- Ty zbuku gęsi!
- Ty snopowiązało!
- Ty flecie!
- Ty pierniku ty!
     Dyskusję o literaturze przerwał Murtaza, który wyczarował dla nich pętel kiełbasy na zgodę. Natomiast w basenie Justin Finch-Fletchley prowadził z Malfoyem wysoce erudycyjną i pouczającą konwersację o cyckach Parkinson. Draco zdecydowanie zgadzał się co do tego, że warto się na nie gapić, choćby po to, żeby nie patrzeć na jej twarz. Tymczasem Nott opił się eliksiru wieloskokowego i gwałtownie odbijał się między podłogą a sufitem niczym kauczukowa piłka. W pewnej chwili wpadł na estradę, potrącając Mariettę Edgecombe, która upadła na ziemię, a wiolonczelista z Ravenclawu puścił ohydnego koguta, jakby ktoś przejechał gwoździem po talerzu.
- Za karę dajesz mi gołego człona do ręki – powiedziała Marietta. Trudno powiedzieć, czy do Theo, czy do Krukona, ale raczej do tego drugiego, bo Nott tymczasem zdążył już kicnąć do basenu.
     Harry spoglądał na to z fascynacją, ale jakoś nie chciało mu się wchodzić do wody. Za to dostrzegł Kasandrę siedzącą na leżaku gdzieś pod ścianą. Jadła drożdżówkę, zatopiona w swoich myślach. Przysiadł się do niej.
- Cześć – zagadał. – Co słychać?
       Swiftsure uśmiechnęła się.
- W porządku – odpowiedziała. – Jeśli ci chodzi o tych łobuzów, to już się odczepili.
- Nie kąpiesz się?
- Nie lubię takiego owczego pędu – przyznała. – Może wejdę, jak się zrobi mniejszy tłok.
     Harry zauważył, że dziewczyna obraca coś w dłoni. Był to czarny, sękaty pręcik. Kasandra zauważyła jego spojrzenie.
- Moja różdżka – wyjaśniła. – Tarnina, dostałam w Durmstrangu za dobre wyniki w nauce.
- Z tarniny? – zdziwił się Harry. – Wygląda na dość niewygodną z tymi wszystkimi sękami.
- Kwestia praktyki – Swiftsure zakręciła różdżką młyńca. – Lepiej pomyśl, jak niewygodnie byłoby latać na tarninowej miotle.
- A wiesz, że widziałem taką – Potter przypomniał sobie wizytę w sklepie z miotłami na Pokątnej. – Produkcji irlandzkiej, nazywała się chyba Shillelagh-98. To musiał być produkt dla kolekcjonerów, a nie do latania. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto przy zdrowych zmysłach wsiadłby na taką miotłę. Chyba, że w bardzo, bardzo grubych wełnianych gaciach.
     Kasandra znów się uśmiechnęła. Właściwie mogłaby to robić cały czas. Mogłaby być zapięta pod samą szyję – a nie była, bo jednak górny guzik miała rozpięty – a i tak samym uśmiechem była w stanie wzburzyć krew Pottera.
- Może, jak będzie mniej ludzi w basenie – zaproponował Harry – wejdziemy razem?
- Idź pierwszy, ja do ciebie dołączę – odrzekła Swiftsure.
    Wymierzyła w niego różdżkę i zanim Złoty Chłopiec zdążył się zorientować, był już w powietrzu, a chwilę później chlupnął do basenu, przerywając Malfoyowi i Justinowi jakże pasjonującą konwersację. Zza pleców usłyszał śmiech jak srebrne dzwoneczki. Na brodę Merlina, to był JEJ śmiech… Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dotąd go jeszcze nie słyszał…

piątek, 19 października 2012

Rozdział 5


      Harry obudził się w swoim dormitorium w Hufflepuffie. Zupełnie nie pamiętał, żeby wczoraj pokonywał do niego drogę powrotną z pokoju wspólnego Kluchonów. Prawdę mówiąc, nie pamiętał też kilku innych rzeczy.
    Ron niedawno wstał i teraz siedział na łóżku. Nie wyglądał najlepiej: zmierzwione włosy, wykrzywiona twarz, czerwone i podkrążone oczy. Harry szybko doprowadził się do pionu.
- Ciebie też boli głowa? – Weasley spojrzał na Harry’ego z grymasem bólu, trzymając się za czoło.
- Wiesz, że nawet nie – Potter z niejakim zdumieniem zaobserwował, że raczej powinna.
- Nie na darmo nazywają cię Chłopcem, Który Przeżył – powiedział Ron z uznaniem, szukając w szafce soku pomidorowego.
     Kac, nie kac, na lekcje iść było trzeba. Później, na jednej z przerw, okazało się jednak, że Lukrecja de Volaille jest również uzdrowicielką. Kluchoni, których męczył ból głowy, ustawili się zatem w kolejce i opiekunka Szóstego Domu bez większego trudu pozbawiła wszystkich potrzebujących syndromu dnia następnego.
- Kac jest negatywem upojenia, tak jak każda przyjemność na tym świecie ma swój przykry rewers – powiedziała. – Do was, którzy kontynuujecie tradycje Klausa Klimpfjalla, należy znajdowanie sposobów, aby maksymalizować to, co przyjemne, a zmniejszać, co nieprzyjemne.
      W czasie lekcji Harry zastanawiał się, czy Kasandra Swiftsure też brała udział w uczcie. Jakoś jej wtedy nie widział… Z drugiej strony nie pamiętał też kłótni z Malfoyem, a dopiero Hermiona mu przypomniała, że coś takiego miało miejsce. Harry odkrył zresztą, że wspomnienia wczorajszego wieczoru docierają do niego z opóźnieniem, ale i tak doszedł do wniosku, że Swiftsure nie rzuciła mu się w oczy.
      Kasandra mu się podobała, nie było co do tego wątpliwości. Miała w sobie to coś, i na pewno nie chodziło tylko o urodę. Harry czuł, że jeżeli uda mu się odnaleźć klucz do tej tajemniczej dziewczyny, to oboje nie będą mieli czego żałować. Tylko jak to zrobić? I co właściwie miał na myśli Malfoy, oskarżając ją o szpiegostwo?
       Po lekcjach profesor de Volaille zabrała Kluchonów do Hogsmeade. Wyjaśniła, że ze względu na profil Szóstego Domu zezwala im się, w drodze wyjątku, latać na miotłach nad Zakazanym Lasem, ale tylko w wyznaczonych korytarzach powietrznych. Zaraz też zabrała ze sobą grupę z Ronem na czele, aby zademonstrować te szlaki. Harry nie mógł nie dostrzec, że Kasandra radzi sobie z miotłą równie dobrze jak Weasley. Podleciał do niej.
- Świetnie latasz – zagadnął.
- Dzięki – odpowiedziała Swiftsure. – W Durmstrangu byłam w drużynie quidditcha.
- Nie wiedziałem, że w Durmstrangu w ogóle dziewczyny grają w quidditcha – przyznał Harry z zawstydzeniem, przyglądając się dementorowi sunącemu gdzieś daleko pod nimi.
- A widzisz? – uśmiechnęła się Kasandra. – Latałam kilka razy nawet w śnieżycy. Nie jest to przyjemne doświadczenie, ale daję sobie radę!
- Czego Malfoy od ciebie chciał? – Harry zmienił temat, starając się wypaść w miarę obojętnie. – Zresztą nieważne, nie przejmuj się nim. W każdej szkole taki typ się trafia.
- Wiem… - spojrzenie Kasandry pociemniało, nie chciała mówić więcej. Zresztą nadeszła pora zawracania. Wykonali zwrot i wraz z innymi opuścili korytarz powietrzny, siadając na błoniach przed Hogwartem.

      Następnego dnia znowu odbyła się uczta. Chodziło o to, by Kluchoni realizowali swoje powołanie najczęściej, jak to możliwe. Tym razem Harry z Ronem i Hermioną przyszli w porę. Draco Malfoy znowu grał na perkusji i znowu był ubrany jedynie w bokserki i czapkę kolejarza, chociaż tym razem rozmieszczenie tych elementów było odwrotne. Harry od razu skierował kroki do stołu.
      Wyżerka była wspaniała. Tym razem Hermiona wrzuciła risotto, a Ron wziął dużą grubą porcję spaghetti. Harry zadowolił się tylko małą porcją pieczeni, bo jego uwagę przyciągnęły słodycze i ciasta. Praliny, trufle, orzechy w czekoladzie, orzechy bez czekolady, sernik, makowiec, tort z niezidentyfikowanym, ale bardzo dobrym różowym kremem… Nawet Draco skusił się na kawałek tortu, pozostawiając Diabła na estradzie z jego saksofonem.
- Coś mi gorąco – powiedziała Hermiona.
- To się rozbierz – odparł Weasley dosyć bezmyślnie, bo akurat był całkowicie pochłonięty jedzeniem, a właściwie odwrotnie - to on je pochłaniał.
        Hermiona wzięła jego uwagę na poważnie. Bardzo szybko zrzuciła cały strój i tak stanęła przed stołem. Zaraz dobrał się do niej jakiś osobnik, który miał na sobie jedynie fantazyjnie związany szalik Hufflepuffu. Wzięli się za uprawianie od tyłu, a Draco zasiadł za perkusją i zaczął bębnić im do rytmu. Ron patrzył na to przepełniony żalem i smutkiem, ale zaraz podszedł Neville Longbottom i podał mu szklankę pirytusu. Weasley przechylił jednym szybkim ruchem, po czym równie szybko przyjął ogórka. Tymczasem Hermiona ewidentnie zaczynała dochodzić. Na przeszkodzie stanął jej wszelako Finch.
- Chodź już, grzaniec ci stygnie! – zawołał do uprawcy i wyciągnął go z Granger. Sytuację natychmiast wykorzystała Marietta, która z wielkim znawstwem zaczęła się dobierać do Rudej. Harry patrzył na to z niedowierzaniem. W pewnej chwili wyobraził sobie na jej miejscu Umbridge  i poczuł, że w jego spodniach stanowczo brakuje miejsca. Dobrze mówił az-Zahri, nie było po co zakładać ich z powrotem. Harry już zaczął rozpinać pasek, gdy nagle zbliżył się do niego Teodor Nott z zapaloną sziszą.
- Buchnij se – zaproponował uprzejmie i podał Potterowi ustnik. Harry zaciągnął się dymem, a potem wypuścił go z płuc, z wielkim zainteresowaniem obserwując chmurkę dymu i kształt, jaki przybierała. Gdzieś tam w głębi dostrzegł Kasandrę Swiftsure. Siedziała pod ścianą i wolno sączyła drinka, nie rozmawiając z nikim. Wydawało mu się to trochę niepokojące, ale w sumie obserwacja dymu z sziszy bardziej go absorbowała. W dodatku po trzecim machu poczuł, że ktoś go łapie za kurczę…
      W tym czasie zespół wpadł w trans improwizacji, Malfoy łamał rytmy, wprowadzając coraz to bardziej skomplikowane podziały, a Zabini na saksofonie grał rzeczy wydawałoby się niemożliwe do zagrania. Ron, otumaniony spirytem, szybko pocieszył się po tym, co zobaczył, zatapiając twarz w dekolcie Lukrecji de Volaille, która przyszła sprawdzić, czy wszystko przebiega jak należy. Murtaza, wykorzystując animagię, transmutował się w ośmiornicę, dzięki czemu mógł dostarczyć rozrywki trzem dziewczynom jednocześnie. Wiły się wyuzdanie pośród lśniących, wilgotnych macek, wydając z siebie przepełnione podnieceniem odgłosy, które w przybliżeniu brzmiały jak „yoyoyooh, saa... hicha hicha gucha gucha, yuchyuu chyu guzu guzu suu suuu....". Przez muzykę przebijały się szalone śmiechy, radosne okrzyki karciarzy, a także dyskretne psykanie otwieranych puszek z piwem kremowym i znacznie głośniejsze puknięcia korków od szampana…