Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Severus Snape. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Severus Snape. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 30


   Była już późna i ciemna noc, kiedy Hermiona szła korytarzem w stronę dormitorium, wracając z kluchońskiej uczty. Musiała wyjść wcześniej, żeby porządnie się wyspać, bo następnego dnia czekała ją porządna szychta w bibliotece.
    Niektórzy mówili na nią „Panna Wiem-To-Wszystko”. Wszystkiego to może nie, ale biorąc udział w intensywnych sesjach bibliotecznych z profesor de Volaille, z pewnością wiedziała więcej niż przeciętny uczeń Hogwartu. Zwłaszcza w kwestii Szóstego Domu. To, że Klimpfjall nie jest po prostu miejscem, gdzie się odbywały orgie, ale ma stanowić potężną linię obrony przed zagrożeniami związanymi z rodem Dagoth i nie tylko, wiedzieli już prawie wszyscy Kluchoni. Hermiona jednak wiedziała także inne rzeczy. Wiedziała o tym, że cały ten tachel z Kapeluszem Przydziału na rozpoczęciu roku to był kamuflaż: z Tiarą było wszystko w porządku, a chodziło o to, żeby zamaskować selekcję do Szóstego Domu.
Wiedziała już także, że Klimpfjall jest także domem ucieczki, stanowiącym wybawienie dla tych, którzy próbują wyzwolić się od zła, ale sami nie mają siły. Taka właśnie była przyczyna zaskakującej zmiany charakteru Draco Malfoya. Granger mocno kibicowała jego związkowi z Harrym – wydawało się wręcz, że każdy z nich w osobie drugiego odnalazł idealnego partnera. Potter jej się trochę podobał – komu zresztą się mógł nie podobać, poza Crabbem i Goyle’em? - i dobrze wspominała te momenty, kiedy podczas kluchońskich orgii raz czy drugi na niego trafiła. Ale teraz, gdy średni popęd uczniów Szóstego Domu nieco opadł, bo wielu z nich utworzyło mniej więcej stałe związki i na ucztach większość zajmowała się przede wszystkim jedzeniem i piciem, Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc Malfoya i Harry’ego obcmokujących się na przerwie, a czasem niemalże na lekcji.
Ale Hermiona wiedziała również, że nie jest bezpiecznie. Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, jakie dla świata czarodziejów stanowią Śmierciożercy – Organizacja Zagraniczna. Poprzedniego dnia profesor de Volaille pokazała jej niepokojący artykuł w „Proroku Codziennym”: „Wspólna akcja aurorów i mugolskiej policji! Rozbito gang Hun-w-Octów!” W gazecie stało, że lider gangu, znany jako Syriusz Żółty, przyznał na przesłuchaniu, że on i jego chuligani otrzymywali wsparcie od człowieka, którym mógł być Synchroniusz Walruss. Profesor de Volaille podejrzewała, że akcja z rozrzucaniem ulotek propagandowych, do której doszło wkrótce po ataku na Hogwart, była także jego dziełem.
Opiekunka Kluchonów zaangażowała więc Hermionę do pracy wywiadowczej. Miała się zająć poszukiwaniem i weryfikacją wszelkich możliwych danych o członkach Organizacji Zagranicznej, żeby potem dało się spokojnie przechwytywać jednego po drugim. Hermiona odniosła już pierwszy sukces. Za pośrednictwem Cardiusa, puszczyka do zadań specjalnych, nawiązała kontakt korespondencyjny z Pablo Angosturą, podając się za uczennicę pragnącą dołączyć do młodego ugrupowania śmierciożerców. Chłopak wyraził zainteresowanie, więc Granger poszła za ciosem i teraz właśnie szła do sowiarni, aby sprawdzić, czy Angostura przysłał już jakąś odpowiedź.
I nagle zza rogu korytarza wylazł Severus Snape.
- Panno Granger, co pani tu robi o tej porze? – zapytał ironicznie.
- Potrzebowałam wyjść – odrzekła ironicznie Hermiona.
       Snape podszedł bliżej, w jego oczach zabłysło coś, co napełniło Hermionę niepokojem.
- Dziwne rzeczy się ostatnio dzieją w szkole – powiedział rozedrganym głosem. – Bardzo dziwne.
- C… co pan ma na myśli, profesorze? – zapytała Hermiona z przestrachem.
- Ty dobrze wiesz, co mam na myśli, Granger. I ty mi powiesz, co mam na myśli.
- Profesorze? Czy wszystko z panem w porządku?
      Severus stał już o krok od Hermiony, potem o pół kroku. Wyciągnął ręce i złapał dziewczynę za biodra.
- Wszystko mi powiesz, prawda? Pewnie, że mi wszystko powiesz. Wszyściusieńko, do ostatniego szczegółu.
- Niech pan mnie puści – powiedziała Hermiona, czując narastającą panikę.
     Tymczasem jedna z dłoni Snape’a powędrowała w górę i zajęła się międleniem łopatki Hermiony, a druga zsunęła się na jej kolano.
- Nie ma powodu, żeby cokolwiek ukrywać, Granger – wyrzęził Mistrz Eliksirów. – Nie ma powodu. Ty nic przede mną nie ukryjesz, ja też przed tobą niczego nie będę.
      I na potwierdzenie swoich słów zaczął jedną ręką rozpinać szatę, podczas gdy druga trekkingowała po udzie Hermiony. Granger krzyknęła, ale na korytarzu nikogo nie było.
- Panie profesorze! – Szarpnęła się w jego ramionach. – Co pan robi? Tak nie wolno!
- Wszystko mi powiesz i nie pożałujesz – Severus zaczął się ślinić, łapiąc Hermionę za najniższą część pleców.  – Ja muszę wiedzieć, ja nie jestem głupi. Prawda, że nie, Granger? Może nie taki mądry i wszechwiedzący jak ty, ale na pewno nie głupi!
Przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, a potem chwycił od dołu za kolano, zarzucając sobie jej nogę na biodro. Hermiona próbowała go odpychać, ale był silniejszy.
- Niech pan tego nie robi – powtarzała. – Naprawdę, niech pan tego nie robi.
      Ale Snape już nie słuchał, tylko zaczął miętosić jej biust.
- Wow, Hermiona taka Granger, wow, pani taka sprytna, wow, sekrety takie sekretne, wow, ciało takie jędrne, wow, piersi takie soczyste, wow, różdżka taka twarda, uszanowanko… - mamrotał obłąkańczo pod nosem.
- Viscodigitus! – krzyknęła nagle Hermiona. Snape próbował zjechać jedną z rąk na jej brzuch i jeszcze niżej, lecz wtem zauważył, że nie może nic zrobić. Jego ręce przykleiły się do szaty panny Granger. A Hermiona natychmiast przypomniała sobie zajęcia dodatkowe dla Kluchonów z Lukrecją de Volaille.
- Zapamiętajcie raz na zawsze, że nikt nie może was dotykać bez waszej zgody – powiedziała wówczas nauczycielka. – Za zgodą to co innego. A już jeśli sami się dotykacie, to jest zupełnie w porządku i nikt nie ma prawa się tego czepiać, o ile nie czynicie tego publicznie.
     I zaraz nauczyła Kluchonów zaklęcia Viscodigitus, mającego zastosowanie w obronie przed obleśnymi obmacywaczami. Gdy bowiem dłonie napastnika zostaną unieruchomione, ofiara może zrzucić albo rozerwać daną część odzieży i wyślizgnąć się molestatorowi. Co prawda zaklęcie to nie było idealne, bo na przykład Hermiona miała na sobie dość wąską szatę z dobrego materiału, której nie mogła ani łatwo zdjąć, ani rozpruć… Ale wystarczyło, żeby niecny Severus został przyłapany na gorącym uczynku przez Neville’a Longbottoma i Murtazę az-Zahriego, którzy przybiegli na pomoc, odczuwając kluchoński zew zagrożenia.
- No panie profesorze… - Longbottom pokręcił głową. – Mam przynajmniej nadzieję, że pan to robi za obustronną zgodą…
- Nawet gdyby tu była zgoda, to i tak jest nie w porządku - odezwał się Murtaza. – Dlatego, że stosunek podległości.
       Zaraz za uczniami z ciemności korytarza wychynęła Lukrecja de Volaille. Na widok Snape’a z dłońmi na piersiach Hermiony na jej twarzy wykwitł gniew, który szybko jednak ustąpił chłodnej determinacji.
- Widzę, profesorze, że się pan mocno zagubił – powiedziała lodowatym tonem.
Podeszła do Snape’a, wyciągnęła różdżkę i dała mu nią po łapach, wyswobadzając tym samym Hermionę, która natychmiast odskoczyła i pobiegła do sowiarni.
      Severus wyglądał równie żałośnie jak spaniel zbity przez właściciela za to, że wytarzał się w bagnie.
- Ja… tylko chciałem się dowiedzieć – wymamrotał drżąco. – Poznać odpowiedzi…
- Zaraz się pan wszystkiego dowie! – Lukrecja uśmiechnęła się mściwie. – A nawet jeszcze więcej!
       Złapała Snape’a za kołnierz i bez trudu zaciągnęła go w stronę najbliższych drzwi. Zamachał bezradnie rękami, znikając w głębi pomieszczenia. Szczęknął przekręcany klucz.
- Idziemy? – zapytał Murtaza. – Od tej pory to raczej nie nasza sprawa.
- Aha – potwierdził Neville. W głowie układał już czastuszkę o tym wydarzeniu, aby na następnej uczcie zaskoczyć Weasleya. Ciekawe, co wówczas powie ten wybitny poeta Hogwartu.


       Draco Malfoy obudził się jeszcze przed świtem – niewielkie osiągnięcie zważywszy, że był już grudzień, więc słońce wstawało później niż większość uczniów. Ale nie o to chodzi. Nawet na tle uczniów wstających o normalnej porze, chociaż w grudniu było jeszcze ciemno, Draco obudził się grubo wcześniej i miał po temu znaczące powody.
Nie czuł się dobrze. Jego żołądek sprawiał wrażenie, jakby chciał zrobić dziurę w brzuchu, wyskoczyć na zewnątrz i uciec w siną dal. Draco podniósł się na łokciach i rozejrzał się w poszukiwaniu Harry’ego, ale go nie zobaczył: Potter najwyraźniej pełnił obowiązki gdzieś w zamku. Szkoda, poprzedniego wieczoru tak fajnie mu się napierało na Dracona…
Malfoy gwałtownie wykicnął z łóżka, aż zajęczały sprężyny, i kucgalopkiem pobiegł do łazienki.
      No, rzygło mu się. Ale właściwie dlaczego? Przecież aż tyle nie wypił. Prawdę mówiąc, poprzedniego wieczoru w ogóle nie pił… Draco spojrzał w lustro. Sam sobie wydał się trochę dziwny.

     Zamknął za sobą drzwi, rozebrał się i stanął przed lustrem. Cholera, brzuch miał jakby trochę większy…
- O żeż w mordeczkę – przemówił do swojego odbicia w lustrze.
    A potem poczuł, że uginają się pod nim nogi. Musiał usiąść na brzegu wanny, pomyśleć i się pozbierać. Czyż trzy tygodnie temu Harry nie potraktował go w łóżku szczególnie dobrze? Kto by pomyślał, że taki mógł być tego skutek… Fakt, że Draco był facetem, nie miał większego znaczenia. W końcu kiedy w grę wchodzi magia, różne rzeczy się zdarzają.
- Masz ci los – mruknął. – Zachciało mi się przemiany w dziewczynę, no to zacząłem. Szkoda, że od dupy strony…
    Draco wstał i założył górę od piżamy. Chciał wracać do łóżka, żeby przespać jeszcze te dwie godziny, które mu zostały do pobudki, ale nie mógł zmrużyć oka. Cały czas przez jego głowę przesuwały się ponure wizje. Merlinie! Co powie Harry, jak się dowie? A może teraz go zostawi?


piątek, 11 października 2013

Rozdział 26


      Draco leżał w białej, miękkiej, świeżej pościeli. Czuł się w pełni szczęśliwy, nie miał potrzeby iść gdziekolwiek czy cokolwiek robić. Potter przysunął się, obejmując go ramieniem. Draco przylgnął do niego jeszcze bliżej, poczuł ciepło jego ciała. Owinął talię Złotego Chłopca uściskiem swej ręki i spojrzał w jego zielone oczy.
- Kocham cię, Harry – powiedział.
- Ja też cię kocham, mój smoczusiu – odrzekł Potter, a Malfoy nagle poczuł coś, co przekonywało go, że jego uczucie jest ogromne.
      Ich usta się spotkały, namiętność wypełniła wszystko dookoła. Draco widział, że Harry tego chce. Ujął go dłońmi za twarz, zatopił się w pocałunku jeszcze głębiej. Wreszcie wsunął język. Usta Pottera były tak rozpalone… Dłonie Malfoya też nie wytrzymywały napięcia. Błądziły po ciele Złotego Chłopca, wędrowały coraz niżej… Draco naparł swoim spragnionym ciałem na Harry’ego…

      …I otworzył oczy. Kurde balans! To był tylko sen…
    Draco zwlekł się z łóżka i zaczął smętnie zakładać spodnie. Dzięki Szóstemu Domowi udało mu wyślizgnąć się ze szponów śmierciożerstwa. Ale co dalej? Niedawno sowa przyniosła mu list od rodziców. Powiadomili go oficjalnie, że został wydziedziczony, oraz z iście malfoyowską delikatnością dali mu do zrozumienia, żeby im się nie pokazywał na oczy. Nie, żeby nie przewidywał, że tak będzie.
       Ale Potter! Draco sądził, że przynajmniej Potter go przygarnie. Miał nadzieję, że się zgodzi, przecież w ostatnim czasie tyle ich łączyło… A Harry powiedział, że nie jest gotowy. Przez ostatni tydzień wręcz unikał towarzystwa Dracona. Ot i masz wychowanie Malfoyów! Draco był przyzwyczajony, że nikt mu nie odmawia, a tu nagle wystarczyło, żeby Harry odrzucił jego propozycję – i już świat wydawał się sypać w gruzy.
       Malfoy skończył się ubierać i poszedł na pierwszą lekcję, ze spuszczoną głową, powoli. Nie zostało mu już nic – ani rodziny, ani pieniędzy. Tylko miłość mogła go uratować…


Severus Snape siedział w swoim gabinecie. Miał właśnie okienko, więc mógł się spokojnie oddawać swojemu ulubionemu hobby – nurzaniu się we frustracji. Wyciągnął różdżkę i prasnął zaklęciem w stojący na najbliższym stole kociołek, aż wywinął młynka w powietrzu i spadł z brzękiem na podłogę. Snape przez dłuższą chwilę utrzymywał zaklęciem kociołek w stanie wirowania na płytach posadzki, a kiedy mu się znudziło, kopnął go w kąt gabinetu.
Już prawie się udało! Już Weasley i inni byli bliscy załamania na skutek jego przemyślnych prowokacji! Ale akurat wtedy, kiedy odkrycie tajemnicy ostatnich wydarzeń w Hogwarcie znalazło się w zasięgu ręki, Dumbledore wysłał go na L-4, psując cały plan w krytycznym momencie. Zaraz, a może dyrektor też jest w tym spisku? To bardzo możliwe… To by tylko jeszcze bardziej potwierdzało rzecz, której się Severus domyślił: w szkole istnieje jakaś tajna struktura i być może jest to reaktywowany Klimpfjall.
Stary Albus może myśleć, że jest sprytny, ale Snape nie zamierzał składać broni. Dojdzie do ukrytego sensu tego wszystkiego, co się ostatnio dzieje w Hogwarcie. Nobody fucks with the Severus!
Miał już przygotowaną kolejną prowokację. Napisał kredą na ścianie koło sali do transmutacji: „SNAP JEST GUPI I ZA JAJA GO”, tylko jeszcze nie wiedział, na kogo zwali winę. Weasley? Nie, wszyscy już i tak sądzą, że on się na Weasleya uwziął. A może by tak Malfoya? Też bez sensu. Wlepił mu już kilka szlabanów i nic… Trzeba uderzyć w kogoś mniej oczywistego.


        Na kolejnej przerwie Draco Malfoy znowu przemierzał dziedziniec Hogwartu. W ostatnich dniach lubił robić okrążenia. To go trochę uspokajało, chociaż nie rozwiązywało jego problemów.
      Miał już obsesję na punkcie Pottera. To była pod pewnymi względami bardzo fajna obsesja, ale z drugiej strony dość męcząca. Po prostu szaleńczo pragnął być z nim. Ale jak to zrobić?
        A gdyby tak zmienił się w dziewczynę? Na pewno istnieją jakieś zaklęcia albo eliksiry. Pewnie mało kto umie z nich korzystać, najpewniej są bardzo drogie, ale Draco mógłby oddać wiele, żeby tylko być z Potterem. Skoro nawet mugole potrafią zmienić faceta w babkę, to czarodzieje tym bardziej powinni mieć na to sposoby, i to jeszcze doskonalsze. Transmutacja? To hasło przywiodło mu na myśl postać Kasandry Swiftsure. Panna była w tym naprawdę dobra, ale biorąc pod uwagę, że kręci się wokół Pottera, zresztą dość nieudolnie, Malfoy nie powierzyłby jej tak delikatnego zadania. Jeszcze spędziłby resztę życia jako fretka… Zresztą porządna przemiana w dziewczynę to coś, czym na  pewno zajmują się wyspecjalizowani fachowcy. Draco miał pewność, że byłby cholernie seksowną dziewczyną. Ale co, jeśli Harry wolałby go takim, jakim jest? Przecież akceptacja to jedno z naczelnych haseł Szóstego Domu…
Krążył więc po dziedzińcu i naraz przed oczami stanęła mu zielona łąka pełna soczystej, smacznej trawy… Zaraz, smacznej? Nieważne… No i razem z Potterem, po tej łące, trzymają się za ręce i w podskokach, i Potter ma wianek na głowie… Że wizja ta jest przerażająco wręcz kiczowata? Kogo to obchodzi! To jest jego wizja, jego marzenie, którym nie zamierza się dzielić z nikim. Gdyby jednak jakimś cudem mu się udało być z Harrym, bieganie po łące będzie tylko jedną z możliwości spędzania wolnego czasu.
Aaah Harry… Chociaż już przynajmniej dwa razy byli ze sobą naprawdę bardzo blisko, Draco jeszcze nie miał okazji utrwalić sobie w pamięci jego ciała. Ciekawe, czy Potter czasami wyobrażał sobie jego? Czy w ogóle czasem o nim myślał pozytywnie? Powiedział, że nie jest gotowy na związek, ale może tylko tak mówił, bo sam się wystraszył…
Rozważania Smoka przerwał nagle Goyle, który wylazł na niego zza filaru.
- Tej, Malfoy, jest do ciebie interes – powiedział.
- Nie gadam z wami – Draco odwrócił się do niego plecami i poszedł dalej.
        Gregory jednak dogonił go, przecinając mu drogę.
- Słuchaj – powiedział. – Bo tu chodzi o ciebie.
- To wal, czego chcesz, Goyle – rzekł Malfoy zniecierpliwiony.
- Mamy z Crabbe’em taki maleńki biznes – Ślizgon potarł znacząco kciuk o palec wskazujący. – I chcemy, żebyś się dołożył.
- Dołożył? – z pogardą powtórzył Draco. – I co z tego będę miał?
- Milczenie – Goyle uśmiechnął się sprośnie.
- Co znowu za milczenie? I tak z wami nie gadam.
- Bo wisz, Draco – ciągnął pałkarz Slytherinu. – Ciekawe, co powiedziałby twój stary, gdyby usłyszał, że jesteś nie tylko zdrajcą krwi, ale w dodatku zwyczajną parówą. Więc dajesz nam dwieście funtów, a my milczymy w tym temacie. I co. Wchodzisz w to?
        Malfoy poczuł się lekko dotknięty tak jawną zdradą dawnych kumpli, ale tylko lekko, bo w sumie to się spodziewał, że kiedyś nastąpi. Nie wiedział tylko, w jakiej formie.
- Nieźle mi się odwdzięczacie. Pamiętaj, że to dzięki mnie w ogóle trafiliście do tej szkoły, ty i ten drugi przygłup – powiedział.
- Mnie to wali – skontrował Goyle. – Teraz mamy lepszych kumpli. To co, trzysta funtów? Bo inaczej powiemy twojemu staremu, jaki z ciebie nędzny kukurdydza.
- Aleś ty głupi – odrzekł Draco. Zupełnie stracił resztki ochoty na jakiekolwiek dyskusje ze swymi eksprzybocznymi i poszedł dalej.
- Do ch... Wacława! – ryknął Gregory, doganiając Malfoya. – Naprawdę chcesz, żeby ci się krzywda stała? Możemy ci to załatwić!
       I zaraz sięgnął po różdżkę. Draco jednak był szybszy. Walnął zaklęciem w Goyle’a, aż tamten poleciał dziesięć kroków do tyłu i wtarabanił się w krzak. Potem platynowy odwrócił się na pięcie i poszedł dalej w swoją stronę.
- Pożałujesz tego, Malfoy! – krzyczał za nim Goyle. – Utniemy ci jacusia!
        Ale Draco nie miał zamiaru się nim przejmować.

           
W ostatnim czasie Kasandra Swiftsure i Cho Chang mocno się zaprzyjaźniły. Cho nie należała do Klimpfjallu, więc nie mogła uczestniczyć w ucztach w pokoju wspólnym Kluchonów, ale dziewczyny spędzały razem sporo wolnego czasu. W weekend wychodziły do Hogsmeade, a wieczorami Kasandra odwiedzała Cho w osobnym dormitorium, które Krukonka otrzymała jako rekonwalescentka. Siedziały zatem na sfatygowanej kanapie, przy niskim stoliku, i opowiadały o swoim życiu. Cho raczyła się przy tym ilościami jedzenia, które Kasandrze wydawały się zupełnie niewiarygodne.
Panna Swiftsure musiała przyznać, że poza wszystkim innym zyskała w Hogwarcie autentyczną przyjaciółkę. Z Cho dało się pogadać o wszystkim. Krukonka zwierzała się jej z różnych problemów swojego życia. Opowiadała o bólu po śmierci Diggory’ego, o dość nieudanej próbie związku z Harrym, a także, oczywiście, o swoich ostatnich przeżyciach. Kazała też sobie opowiadać historię wyprawy ratunkowej, w której Kasandra przyczyniła się do odzyskania jej duszy.
- A tak przy okazji, muszę ci powiedzieć, że masz wspaniałe zęby – przyznała w pewnym momencie.
- Dzięki. – odparła Swiftsure. - Uwierzyłabyś, że na czwartym roku w Durmstrangu nosiłam aparat?
- Coś takiego…
- Dokuczali mi z tego powodu – uśmiech na twarzy Kasandry zgasł.
- Przez aparat? Głupie ludzie. Taka sympatyczna dziewczyna…
- Nie tylko przez to. Trzymałam się tak trochę z boku, byłam najlepsza w żeńskiej drużynie quidditcha, no i się doczepili.
- Durmstrang ma żeńską drużynę quidditcha?
        Kasandra nagle roześmiała się.
- Nikt mi nie wierzy, jak o tym mówię! Harry też był taki zdziwiony! Ale cóż poradzić… Męska drużyna całkowicie nas przyćmiewała, ale jakoś dawałyśmy radę.
- Czekaj – przerwała Cho. – Z chłopaków najlepszy jest Krum. Czy on też ci dokuczał?
- Myślisz, że zazdrościł mi sukcesów? – Kasandra odchyliła się na oparcie kanapy. – Nie, Wiktor był za bardzo zajęty byciem gwiazdą. Zresztą w ogóle za dużo z nim nie miałam do czynienia.
- To czemu się do ciebie przyczepili?
- Wiesz, jak to bywa. Banda takich, co uważają się za fajnych i chcą wdeptać w ziemię wszystkich, którzy wyglądają na fajniejszych od nich.
        Umilkła na chwilę, sięgnęła po herbatę.
- No i się uwzięli – powiedziała wreszcie. – Nie dawali mi spokoju przez dwa lata.
- Nie powiedziałaś dyrektorowi? – zdziwiła się Cho.
- Powiedziałam – przytaknęła Swiftsure. – I nic nie zrobił. Zresztą czego się spodziewać po kimś takim…
- Karkarow – Krukonka przypomniała sobie nazwisko dyrektora Durmstrangu. – On był śmierciożercą, nie?
- Żeby tylko to – westchnęła Kasandra. – Byłam kiedyś na wyjeździe szkolnym w Bułgarii. Były spotkania ze starymi czarodziejami, którzy odtwarzali struktury, bo za komuny magia była tam nielegalna. Dowiedziałam się wtedy, że Georgi Karkarow, pseudonim „Igor”,  był współpracownikiem bułgarskiej bezpieki. Donosił władzom na innych czarodziejów, niektórzy trafili przez to do więzienia albo byli zmuszani do służenia członkom partii.
- Kim trzeba być, żeby jednocześnie należeć do śmierciożerców i wysługiwać się mugolom? – rzekła zdumiona Cho.
- No widzisz – Kasandra wzruszyła ramionami. – W każdym razie nie mam z Durmstrangu miłych wspomnień. Cieszę się, że jestem z wami w Hogwarcie.


We czwartek Kluchoni urządzili kolejną ucztę. Ogromnym powodzeniem cieszył się sernik, na który przepis Parvati Patil podrzuciła do kuchni. Przyjmowała więc teraz hołdy od uczniów Klimpfjallu, wychwalających jej gust kulinarny. Nawet dziewczyny, które krzywo na nią patrzyły z powodu chodzenia z Murtazą, musiały przyznać, że sernik był przepyszny. Inni Kluchoni siedzieli, leżeli, kąpali się w basenie. Pokój wypełniała muzyka harfy i klarnetu, a Blaise Zabini śpiewał: „Zachodni wiatr spierniczył Snejpa z dachu”.
Draco siedział na stercie poduszek, oddalony nieco od Harry’ego i trójki jego przyjaciół. Z perwersyjną i bolesną fascynacją, tak, jak dotyka się rany, żeby sprawdzić, jak bardzo boli, przyglądał się Kasandrze Swiftsure, starając się ustalić, czy jest ona z Potterem, czy jednak nie. Rozmawiali normalnie, w towarzystwie Rona i Hermiony, ale Malfoy z drżeniem w sercu oczekiwał, że w końcu nadejdzie ten moment, kiedy zaczną w jakiś sposób okazywać sobie uczucia… Wtedy chyba pozostanie mu wyjść z pomieszczenia.
Nadszedł Neville Longbottom.
- A czemu ty, Malfoyu, ostatnio nie grasz na perkusji? – zapytał, siadając obok Dracona. – Całkiem nieźle ci szło.
- Wyszedłem z wprawy – Draco wzruszył ramionami. – Nie było kiedy ćwiczyć. Zresztą teraz mam co innego na głowie. Poza tym Theo Nott jest i tak lepszy.
- Ale nie na bębnach – sprzeciwił się Longbottom.
- Hej, Neville, ty nowy następco barda Beedle’a! – zawołał Ron. – Chodź no do płota, bo przeczytałem twoje najnowsze wypociny!
- Taak? – zapytał Longbottom ironicznie. – I cóż, waszmość Weasleyu, oszołomił cię mój talent?
- Spadłem z krzesła! – odparł rudy.
         Tymczasem do grupki ucztujących podeszła profesor de Volaille.
- Panie Potter, panno Swiftsure – przemówiła. – Czy mogę prosić o chwilę uwagi?
       I już po chwili Harry i Kasandra wstali z miejsc i poszli za Lukrecją. Draco, tknięty nagłym niepokojem, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i podążył za nimi korytarzem.
      Opiekunka Kluchonów wraz z obojgiem prefektów dotarła do zakątka, którego Malfoy zupełnie sobie nie kojarzył, chociaż musiał tamtędy przechodzić wiele razy. Coś mu się majaczyło, że do niedawna stał tam kredens, ale teraz mebel został wyniesiony, odsłaniając mahoniowe drzwi.
- Widzicie? – zapytała Lukrecja de Volaille. – Kiedy dyrektor kazał zabrać kredens do naprawy, okazało się, że są tu jakieś ukryte pokoje. To musi być sypialnia prefektów Szóstego Domu!
       Słysząc słowo „sypialnia”, podsłuchujący Draco o mało nie zemdlał. Można było łatwo przewidzieć, do czego to wszystko zmierza…
- I to znaczy… Że my tu będziemy mieszkać? – zapytał rozkojarzony Potter.
- Murtaza az-Zahri raczej nie spodziewa się wrócić na stanowisko – powiedziała nauczycielka. – To oznacza, że ten pokój jest wasz. Chodźcie, zobaczymy, jak to wygląda w środku.
      Wyjęła zza dekoltu klucz, otworzyła drzwi, po czym wpuściła Harry’ego i tę Gryfonkę do środka. Sama weszła na końcu. Trzask zamykanych drzwi do sypialni prefektów odezwał się głuchym grzmotem w slytherińskim sercu niewidzialnego Draco Malfoya…

Dziś mija rok od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu. Trudno uwierzyć, że udało mi się wytrzymać tak długo :D Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelniczek! :***

czwartek, 19 września 2013

Rozdział 25


Kasandra Swiftsure leciała na miotle ponad błoniami Hogwartu. Miotła była taka sobie. Lekka, łatwa w prowadzeniu, ale za bardzo poddawała się podmuchom listopadowego wiatru. Znosiło ją w prawo i Kasandra musiała trochę się wysilać, żeby utrzymać kurs. Dobrze, że tym razem chociaż nie padało.
        Przeleciała nad płaszczyzną błoń, zbliżyła się do zamkowego muru. Dwadzieścia stóp z lewej jakiś kształt zerwał się spomiędzy blanków. Spokojnie, to tylko Zabini leci ją zmienić.
           Kasandra wylądowała na szczycie muru i przez chwilę stała wpatrzona w ciemną ścianę Zakazanego Lasu. Przypomniało jej się, jak Crabbe i Goyle ścigali ją w powietrzu, jak ściskał ją żołądek i jak rozkleiła się później pod ramieniem Pottera… Co się zmieniło od tego czasu? Cóż, z pewnością była o wiele bardziej zdecydowana i odważna, nie była już tą rzygającą mimozą, którą kojarzono w Durmstrangu.
      Czyli ogólnie przeniesienie do Hogwartu wyszło jej na zdrowie. Inna sprawa, że przenosząc się do nowej szkoły, spodziewała się, że odegra nie wiadomo jaką rolę, a tymczasem wszyscy najwyraźniej dawali sobie radę bez niej. W dodatku się zakochała, nie wiadomo, czy bez wzajemności, ale na pewno bez sensu…
- Czemu taka smutna? – usłyszała głos za plecami. Odwróciła się. Stała za nią Cho Chang.
- Nie, nic – Swiftsure pokręciła głową.
- Dzięki za ratunek – uśmiechnęła się Cho.
- To nic takiego – Kasandra spuściła oczy. – Byłam tylko jedną z czworga.
- Ale ludzie mówią, że bez ciebie by sobie nie poradzili.
- To dobrze – westchnęła Kasandra.
- Jestem wam naprawdę wdzięczna – ciągnęła Chang.
- Ale nie ma za co – stwierdziła Swiftsure. – Tylko wykonywaliśmy swój obowiązek.
         Cho zaśmiała się dyskretnie.
- Od razu widać, że jesteś z Gryffindoru.
         Kasandra oparła się o miotłę.
- Słuchaj, Cho… - powiedziała. – Co się z tobą działo, kiedy… No, kiedy cię nie było?
- Nie wiem – Krukonka spojrzała smutno na młodszą koleżankę. – Nic nie pamiętam. Kompletna pustka. Pamiętam tylko tamtego potwora, ból… a potem obudziłam się u Munga, strasznie głodna. Nie wiem, co się ze mną działo i w ogóle jakoś nie mogę się pozbierać.
- No tak – Kasandra pokiwała głową. – Ty masz naprawdę poważne problemy, nie to, co ja.
         Chang spojrzała na nią z uwagą.
- A o co chodzi? Może mogłabym pomóc? Nosi mnie po prostu, od kiedy doszłam do siebie. Koniecznie chcę się do czegoś przydać, a jestem ciągle jeszcze za słaba. I cały czas strasznie chce mi się jeść.
- To już będą ponad dwa tygodnie, prawda? – upewniła się Kasandra.
- Zgadza się – potwierdziła Cho. – Pani Pomfrey powiedziała, że aż do świąt mogę jeść, ile wlezie, bez obawy o figurę. A w zasadzie muszę, żeby utrzymać dotychczasową wagę, bo inaczej znowu zacznę chudnąć.
         Swiftsure zarzuciła miotłę na ramię i powlekły się w stronę najbliższych drzwi.
- No więc co cię trapi? – zapytała w końcu Cho Chang.
- Nic takiego, w porównaniu – odrzekła Swiftsure. – Takie tam. Harry i w ogóle.
- Który Harry? Potter?
- No – potwierdziła Kasandra. – Tak trochę się zakochałam.
- Trochę? Tylko trochę? – Cho uśmiechnęła się. – Ja też. Kiedyś, dawne dzieje.
         Gryfonka spojrzała na nią z niepokojem. To się dopiero wpakowała!
- Chcesz o tym pogadać? – zapytała Cho. – Albo o czymkolwiek innym? Od tamtego czasu cierpię na bezsenność, więc potrzebuję kogoś, żeby pogadać. Nie chcę zostać alkoholiczką.
         Dziewczyny weszły do środka i przemierzały łagodnie oświetlony korytarz.
- Możemy pogadać – rzekła Kasandra.
- To wpadaj do mnie, kiedy chcesz.

W ciągu tych dwóch tygodni sprawy w Hogwarcie jakoś tam doszły do normy. Nie powtórzyły się żadne ataki na szkołę, Cho stopniowo dochodziła do siebie (chociaż skrzaty kuchenne narzekały, że pochłania straszne ilości jedzenia), euforia po sukcesie ekspedycji ratunkowej też jakoś opadła. Snape wrócił i od razu wziął się do gnębienia uczniów. Dla żeńskiej części Hogwartu dobrą wiadomość stanowił powrót Murtazy az-Zahriego ze szpitala. Uczennice przeżyły jednak pewien zawód, gdy okazało się, że Murtaza najwyraźniej chodzi z Parvati Patil. „To tylko tymczasowo, na pewno im nie wyjdzie” – pocieszały się, a na widok Parvati szeptały: „Skuś baba na dziada”. Przy tym wszystkim az-Zahri nie wrócił na stanowisko prefekta, bo ponoć Potter i Swiftsure radzili sobie całkiem nieźle, i nie miał żadnych zastrzeżeń pod tym względem.
         Któregoś dnia Hermiona podzieliła się z Ronem i Harrym odkryciem, które wyczytała w kluchońskich zbiorach biblioteki.
- Słuchajcie! – powiedziała. – Już wiem, dlaczego wszyscy uczniowie w Klimpfjallu zachowują się jak nie oni.
- Jak to nie oni? – obruszył się Weasley. – Ja nie widzę nic szczególnego w moim zachowaniu!
- Przestań, Ronnie – skarciła go Hermiona. – To jest tak: ród Dagoth i jego zwolennicy mieli w zwyczaju odprawiać straszliwe rytuały, aby osiągnąć większą moc. Przy okazji zmieniały się ich ciała – na przykład w takie istoty, które napadły na Hogwart i z którymi walczyliśmy w ich cytadeli. Jednym przemiana się udawała, inni nie mieli tyle szczęścia i zmieniali się w obłąkane stwory pokryte odrażającymi naroślami.
- Czy to znaczy, że my też… - powiedział Ron zszokowany.
- Nie przerywaj! – rzekła Granger. – Jak wiadomo, Dagoth Dreyfus, obrzydzony praktykami swoich krewniaków, uciekł od nich do naszego świata. Zakładając w Hogwarcie Szósty Dom, postarał się, aby stanowił on jakby lustrzane odbicie tamtego. Ciała tamtych zmieniają się w okropny sposób, za to u Kluchonów zmienia się charakter, i to zwykle na lepsze. To jest potwierdzony fakt, który szczegółowo opisał opiekun Klimpfjallu w 1627 roku.
- A więc to Klimpfjall tak zmienił Malfoya – zauważył Harry.
- Widzisz? Mówiłem ci, że on tak na poważnie… – skomentował Ron.

         Draco siedział w ławce i ze smutkiem patrzył na Pottera. Wiedział, że choć miał na to wielką ochotę, nie będzie mógł siedzieć obok niego. Gdyby usiedli w jednej ławce, Malfoy nie powstrzymałby się przed okazywaniem Harry’emu uczuć, a to – przy całej klasie – było już niedopuszczalne.
         W dodatku od czasu wyprawy dostawał kilogramy listów od wielbicielek, wśród których, o zgrozo, nie brakowało mugolek. Były tak namolne, że Hagrid musiał na dwa dni w tygodniu zamykać sowiarnię, bo inaczej sowy padłyby z wyczerpania. Malfoy dawał listy do przeczytania skrzatowi, który wyrzucał osiemdziesiąt procent; a były one straszne. Wśród standardowych wyznań miłości, próśb o autografy oraz propozycji oprowadzenia Dracona po rodzinnym mieście, mugolki czasami posuwały się (bardzo trafne określenie) do pisania listów, które nawet jego, przedstawiciela rodu Malfoyów i świadka, a czasem i uczestnika wielu orgii, przyprawiały o głęboki rumieniec oraz spurpurowienie uszu, po którym następowała kaskada soczystych i wyrafinowanych bluźnierstw. Jedna z nich, przykładowo, opisała Draconowi, jak sobie wyobraża ich wspólną noc poślubną. Ze szczegółami. Bardzo wyrazistymi i barwnymi.
       Ale Draco w ostatnim czasie niespecjalnie miał ochotę zacieśniać więzi z dziewczynami, i to jeszcze mugolskimi. Całą jego uwagę absorbował pewien czarnowłosy i zielonooki eks-Gryfon z blizną na czole. Malfoy siedział więc w ławce i zamiast słuchać, co nawija Snape, zastanawiał się, jaka ta blizna właściwie jest w dotyku, czy dałby radę ją rozpoznać swoimi wargami… Potterowi też miał pokazać w końcu swoją bliznę po sztylecie, już prawie się zagoiła. I zanurzyć dłonie w te ciemne włosy, zjechać niżej, pociągnąć go za płatki uszu… Nie rozumiał, dlaczego w ostatnich dniach Harry nie zwracał na niego większej uwagi. Przecież od dawna powinno być mu wiadome, że Draco zrobiłby dla niego wszystko, a nawet jeszcze więcej, a wręcz nawet wprost zgoła oddałby mu połowę siebie. No, Harry, czemu na mnie choć raz nie spojrzysz? Przecież ja cię tak bardzo pragnę, ty jesteś mój najdroższy Gryfonek, moje słoneczko, mój trzminorek, mój zielonooki jeżyk…
- Mój króliczek, mój słodki, kochany króliczek, moja wiewióreczka… – Draco nagle ze zgrozą zdał sobie sprawę, że mówi to na głos.
- Panie Malfoy, to nie są zajęcia z opieki nad stworzeniami – skarcił go Snape głosem pozornie beznamiętnym, ale w jego półtonach dało się usłyszeć zwiastun tego, że już wkrótce pęknie mu uszczelka. Wyglądało na to, że urlop dla poratowania zdrowia nie na wiele się zdał.
       No i Draco znowu dostał szlaban. Tym razem spędził go razem z tym głupim Weasleyem, który musiał podpaść Severusowi w inny sposób. Snape oczywiście przychrzaniał się do nich obu o jakieś drobiazgi, zadawał pytania, które nie miały związku jedno z drugim, a potem zagonił ich do roboty Czyścili więc kociołki i inne tam retorty, zmywali sadzę ze ścian, nie odzywając się do siebie. Ron już wiedział, że to sam Szósty Dom warunkuje zmiany w charakterze uczniów, ale i tak ciągle nie widział powodu, żeby lubić Malfoya, a Draco nie zamierzał się przed nim tłumaczyć. Za to kiedy tylko udało się doczekać końca, wybiegł na dziedziniec i zrobił kilkanaście okrążeń, aby zebrać myśli. Kiedy wreszcie się zmęczył, doszedł do wniosku, że musi działać natychmiast.

       Harry i kompania stali na korytarzu, dyskutując o wydarzeniach tego dnia. Hermiona z kwaśną miną narzekała na kolejną nudną lekcję u Trelawney, zamiast której mogliby dać w programie więcej zaklęć, a Ron zdążył już się otrząsnąć po szlabanie i zaczął sobie przypominać, jak dawniej bywało.
-  Któregoś razu Fred i George równocześnie dali się złapać Severusowi – opowiadał. – Powiedział, że mają szlaban u niego w gabinecie. I co zrobili? Polecieli do Hogsmeade, zdemontowali szlaban z przejścia przez tory Hogwart Expressu i przytachali go do Snape’a. Dałbym wiele, żeby zobaczyć jego minę.
         Nagle zobaczyli nadchodzącego Malfoya. Był zgrzany i najwyraźniej mocno zdenerwowany.
- Potter, muszę z tobą pilnie pogadać – powiedział.
- Za chwilę, Malfoyu – odrzekł Harry.
- Nie – sprzeciwił się Draco. – Ja muszę teraz. To sprawa, od której wiele zależy.
- No dobra – Złoty Chłopiec miał kwaśną minę. – O co chodzi?
- Nie tutaj – powiedział Malfoy. – Musimy pomówić w cztery oczy.
    Z pewnym ociąganiem Harry poszedł więc na za platynowym, aż wreszcie wyszli na dziedziniec i zatrzymali się w mało uczęszczanym zakątku.
- No więc? – zapytał.
          Draco spojrzał na niego poważnie.
- Mam do ciebie bardzo ważne pytanie – powiedział wreszcie.
      Na moment zapadła głucha cisza. Malfoy zaczął obserwować czubki swoich butów, a kiedy z powrotem zwrócił twarz w kierunku Pottera, ten patrzył nań pytająco i z jakimś niepokojem.
- Harry… - odezwał się Draco. – Czy chcesz ze mną chodzić?
- Co? – odparł Potter inteligentnie.
- Chodzić – Malfoy powtórzył powoli i wyraźnie. – Być parą. Co o tym myślisz?
        Zastygł w oczekiwaniu na odpowiedź Złotego Chłopca. Jego serce biło jak oszalałe. Tymczasem Harry popatrzył na Dracona, na ścianę i znowu na Dracona. Potem jeszcze raz spojrzał na ścianę i wydał westchnienie z głębi płuc. Widać było, że toczy się w nim wewnętrzna walka.
- Postawię sprawę wprost – wyszeptał Malfoy. – Bardzo pragnę, abyś był moim chłopakiem.
       Spojrzał Potterowi błagalnie w oczy, co nie było łatwe, bo tamten ciągle uciekał wzrokiem, i dalej czekał na odpowiedź. Harry chrząknął cicho, rozejrzał się dookoła, czy nikt za bardzo się im nie przygląda, po czym popatrzył poważnie na Malfoya.
- Nie czuję się gotowy na związek – powiedział. – Chcę, abyśmy zostali przyjaciółmi.
          Draco miał wrażenie, że zaraz zacznie płakać. Zacisnął zęby i zaatakował jeszcze raz.
- Jeżeli nie chcesz, abym był twoim chłopakiem, to zostanę twoim niewolnikiem – zaproponował. – Będziesz mógł mnie brać gdzie chcesz i kiedy chcesz. Nawet na lekcji.
- Dopiero by nam poleciały punkty – uśmiechnął się Harry i uspokajająco pogłaskał Malfoya po policzku.
- No więc jak będzie? – Draco rozejrzał się z dezorientacją. – Jaka jest twoja odpowiedź?
          Potter wykrzywił się, jak gdyby właśnie wypił szklaneczkę soku cytrynowego.
- Wiesz – powiedział. – To jest tak, że ja… Nie traktuj tego tak, jakbym ja kategorycznie mówił „nie”, ale tego… No… Gotowy się za bardzo nie czuję. Tak.
         Malfoyowi przyszła do głowy odpowiedź na ten argument i już otwierał usta, aby wygłosić te słowa, które ostatecznie przekonają Pottera, gdy nagle rozległ się głos:
- Cześć, chłopaki. Co porabiacie?
Harry i Draco odwrócili się w tamtą stronę. Pod filarem stała Pansy Parkinson z pełnym fascynacji uśmiechem.
- Rozmawiamy – powiedział Malfoy, zdenerwowany, że przerwano mu w tak kluczowym momencie. – Chyba jeszcze wolno, nie?
- A wiecie, bo ja słyszałam, że ty… Znaczy wy…
- A gdyby nawet, to co cię to obchodzi?
- Draco, mam do was prośbę – powiedziała Pansy zaintrygowana. – Pokochajcie się trochę przy mnie, bardzo proszę!
- Masz na myśli… stosunek? – upewnił się Harry.
- A po jaką akromantulę mielibyśmy to robić? – zapytał Malfoy surowo.
- Chciałabym popatrzyć, to takie słodkie! – uśmiechnęła się Parkinson.
- Nie masz poczucia, że trochę się tak jakby wtrącasz?
          Pansy zrobiła urażoną minę.
- To przynajmniej powiedzcie mi, który z was jest seme, a który uke – nalegała.
- Ja pierniczę, Pansy, coś ty przyćpała? – westchnął Malfoy i odwrócił się do Parkinson plecami. – Chrzanić to, Harry. Chodźmy na quidditcha.

piątek, 21 grudnia 2012

Rozdział 13


    Minęło kilka dni. Pierwszy szok minął, poległym obrońcom Hogwartu urządzono uroczysty pogrzeb, większość rannych wyszła ze szpitala. Uczniowie Klimpjallu na zmianę patrolowali teren wokół zamku, jak i samą szkołę (mieli nadzwyczajne pełnomocnictwa, które pozwalały im wydawać polecenia prefektom z innych domów).
Mimo wszystko Hogwart huczał od opowieści i plotek. Szeptem przekazywano sobie stwierdzenia, że ten i ów był poprzedniego dnia przed atakiem widziany w jakimś nietypowym miejscu. Tych, którzy brali udział w obronie, bez ustanku molestowano o szczegółowe opowieści. Nawet ich wersje znacznie się różniły. Ktoś stwierdził, że Potter osobiście zabił wodza napastników, albo że profesor de Volaille walczyła nago. Niektórzy rzekomo dostrzegli pomiędzy szaroskórymi samego Voldemorta. Inni mówili, że widzieli wśród obrońców elegancko ubranego brodacza z laską, który z obłąkańczym chichotem ciskał w napastników kule ognia, palącego ich samych, ale nie tykającego sprzętów.
Wieść, że napastnikami były elfy, rozeszła się szybko. Wielu uczniów kojarzyło elfy ze skrzatami, więc Zgredek i reszta ciągle musieli udowadniać, że nie są wielbłądem. Plotkowano wszędzie: w dormitoriach, na przerwach, a zwłaszcza na błoniach Hogwartu, skąd w dalszym ciągu było widać resztki stosu, na którym spalono zwłoki napastników. Tego dnia była ładna pogoda, więc uczniowie wylegli na dwór, wpatrując się w resztki pobojowiska, to znów w wybranych Kluchonów patrolujących na miotłach przestrzeń dookoła zamku. Harry akurat miał wolne, za to czekała go dziś nocna zmiana, więc korzystał z wolnego czasu, wylegując się na trawie. Tymczasem Hermiona wraz z opiekunką domu przesiadywała w bibliotece, usiłując odnaleźć w na wpół zapomnianej części zbiorów informacje o innym świecie i tworzeniu portali do niego.
Atak na Hogwart był niezwykle doniosłym wydarzeniem, ale nie tylko o nim dyskutowano. Na drugim końcu błoń, w grupce uczniów Slytherinu, ktoś wykrztusił zaszokowany:
- A wiecie, że Draco i Potter… eee… no wiecie?
      Ślizgoni na tę wieść zareagowali silnym dysonansem poznawczym. Taka postawa ich drogiego przywódcy Malfoya nie mieściła im się w głowie, więc zaczęli kląć i spluwać z obrzydzeniem. Tylko jedna Pansy Parkinson zmrużyła oczy i jęknęła: - Jakie to słodkie!
        Wtem nadleciało ogromne stado kruków. Ptaszyska zaczęły zrzucać na uczniów ulotki. Harry podniósł jedną. Tekst stwierdzał, że uczniowie Hogwartu nie mają się czego bać, albowiem ród Dagoth jest ich sprzymierzeńcem i został wezwany na pomoc, aby obalić krwawą tyranię Dumbledore’a. Można się było dowiedzieć, że stary Drops bez przerwy daje w żyłę i chleje whisky wiadrami, w dodatku mugolską. Syriusz Black został tylko ranny w bitwie w Ministerstwie Magii, ale dobił go Dumbledore jako naocznego świadka swoich licznych zbrodni, bo się wystraszył, że Black zacznie sypać. Co więcej, Lord Voldemort zawsze miał na uwadze tylko i wyłącznie dobro Hogwartu i całego świata czarodziejów i nigdy nikogo nie napadł, a Cedryk Diggory został zabity w obronie własnej, bo to był skrytobójca nasłany przez Dumbla. Krótko mówiąc, ulotki zawierały tak prymitywną voldemortystowską propagandę, że tylko najbardziej ograniczeni i zacietrzewieni Ślizgoni, tudzież Pomyluna, mogli ją wziąć na poważnie. Brakowało tylko stwierdzenia, że Dumbledore zarżnął własną babkę oraz że jada na obiad małe dzieci i jest masonem.
       Harry zgniótł ulotkę i wytarł nią sobie buty. Ciekawa sprawa, od czasu ataku nie widział Kasandry… to znaczy nie, na którychś zajęciach była, ale generalnie nie rzucała się za bardzo w oczy pewnie bardzo przeżywa na brodę Merlina cała łąka zasłana ulotkami i kto to teraz posprząta Filch dostanie cholery jak zobaczy żeby tylko nie było tak że to prefekci będą musieli wszystko pozbierać a może by tak wyskoczyć na sobotę do Hogsmeade czemu ci Ślizgoni tam się tak żołądkują jeśli chodzi o te ataki i tak gorzej nie będzie a Cho dalej w śpiączce wypadałoby iść do Munga raczej w piątek a w czwartek przyłożyć się do nauki zjadłbym rogalika z dżemem…
       Harry obrócił się na drugi bok i spróbował zażyć więcej relaksu, dopóki jeszcze miał czas.

Tymczasem Draco, zupełnie nieświadomy konsternacji, jaką wywołał wśród swoich ekswspółdomowiczów, udał się do Hogsmeade pozałatwiać różne sprawy.
Najpierw zamówił u krawca nową szatę na miejsce tej, którą mu rozcięli napastnicy w czasie obrony Hogwartu. Zajrzał do Miodowego Królestwa, wysłał kilka listów sowią pocztą, w tym anonimowe łajnobomby do znajomych śmierciożerców. W innym sklepie oglądał różdżki i zastanawiał się, na którą z nich będzie go stać. Zaopatrzył się także w butelkę oliwki, z pewnym niepokojem konstatując, że nie bardzo wie, po co. Przejrzał świeżego „Proroka Codziennego”, w którym pojawiła się ciekawa informacja. Zakon Feliksa, ów gang mugolskich pozerów, po pacyfikacji przeprowadzonej przez Pottera rozpadł się, tworząc dwa nowe gangi: Whorecrooks oraz Hunów-w-Occie.
Draco zgłodniał. Poszedł do nowo otwartej jadłodajni „GoBlin” i zamówił zupę ogonową. Od czasu wstąpienia do Szóstego Domu cenił sobie prostą kuchnię i raczej unikał wymyślnych potraw.
Zjadł ze smakiem i z grzankami. Odniósł talerz i odwrócił się w stronę wyjścia, gdy ktoś nagle wyrósł tuż przed nim.
- Draco! – zawołała Bellatrix Lestrange. – Czemu się tyle czasu nie odzywasz?!
        Malfoy z początku się wystraszył, lecz zaraz obrzucił ciotkę obojętnym spojrzeniem i milcząco ustąpił w bok.
- Toczymy teraz wojnę i Czarny Pan żąda posłuszeństwa – rzekła Bellatrix. – Jeżeli w niedzielę nie stawisz się przed jego obliczem w Malfoy Manor, to zostaniesz potraktowany jak dezerter. A przecież wszyscy wiedzą, co się na wojnie robi z dezerterami.
        Draco popatrzył na nią skupionym wzrokiem, jakby nie rozumiał, co ona mówi.
- Aj kent help ju – powiedział, po czym, żeby jeszcze bardziej sprawiać wrażenie cudzoziemca, tylko z wyglądu podobnego do Malfoya, wybełkotał kilka tureckich przekleństw, których nauczył się kiedyś od Wiktora Kruma. Odwrócił się i wyszedł.
- Pożałujesz tego, Draco! – krzyknęła Lestrange do jego pleców. – Nasz nowy sojusznik jest niezwyciężony!
Malfoy nie raczył się nawet obejrzeć, więc Bellatrix wyciągnęła różdżkę i wycelowała w jego zad. Z wielkiego zdenerwowania zamiast „Crucio” zawołała „Ciucro!” – i spadł na nią deszcz kiszonej kapusty. Tymczasem bufetowy bardzo starannie nic nie zauważał.

Kiedy Malfoy wyszedł na ulicę, oddalił się na bezpieczną odległość i upewnił, że ciotka go nie śledzi. Potem wstąpił do sklepu. Stał przez chwilę, wodząc po półkach zamyślonym wzrokiem, aż wreszcie zdecydował się na zakup dużego pluszowego misia. W tym przypadku określenie „duży” oznaczało, że sięgał Draconowi do piersi i ważył dobre siedemdziesiąt funtów; ale za to był w promocji. Dopiero po zapłaceniu przyszło Malfoyowi do głowy, że odtransportowanie niedźwiedzia do Hogwartu będzie dość problematyczną sprawą. I dość męczącą.
Przez moment miał zamiar pożyczyć od kogoś miotłę i polecieć na niej do zamku z misiem uwiązanym na linie. Zdał sobie jednak sprawę, że mógłby w ten sposób spowodować trudne do oszacowania szkody, a nie spodziewał się w najbliższym czasie zbyt wysokiego kieszonkowego. Zresztą i tak dzisiejsze zakupy były w pewnym sensie szaleństwem.
Wtedy Draco przypomniał sobie, że Kluchoni mogą się teleportować do szafy w korytarzu, która zasłania lukę w zabezpieczeniu. Co prawda z misiem może być ciężko się zmieścić, ale trzeba spróbować…
Skręcił w zaułek, wyjął z kieszeni świstoklika w postaci podeszwy od trampka, mocno przytulił monstrualnego pluszaka – i już go nie było.

Zasadniczo transport misia świstoklikiem się udał. Jednakże Malfoy, decydując się na taki sposób transportu, nie przewidział jednej rzeczy, mianowicie Snape’a, który w ramach frustracji schował się do tej właśnie szafy, nie wiedząc o jej związku z teleportacją. Siedział tam i rozmyślał nad metodami przyszpilenia podejrzanie się zachowujących uczniów, gdy nagle na jego plecach wylądowało coś ciężkiego i puchatego. Draco, ściśnięty w rezultacie między misiem a ściankami szafy, stęknął potężnie i nabił sobie guza. Severus poznał go po głosie i tym samym koncepcja wyślizgnięcia się z szafy, zanim nauczyciel się zorientuje, szybko się zdezaktualizowała.
Draco dostał szlaban. Głowa go bolała, więc niezbyt jasno szło mu wymyślanie przekonywającej odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się nagle w szafie. Wahał się pomiędzy „ktoś rzucił na mnie Imperiusa” a „byłem tam już wcześniej, tylko pan mnie nie zauważył”. O dziwo, Snape szybko porzucił ten wątek i wypytywał Malfoya głównie o to, czy w czasie bitwy rzucał zaklęcia niewybaczalne, czy widział, żeby ktoś inny je rzucał, oraz co na to dyrektor. Potem kazał posprzątać klasopracownię od eliksirów.
Kiedy już było po wszystkim, zdążyło się ściemnić. Draco wrócił do szafy, po drodze napotykając patrolującą Mariettę Edgecombe. Połowa Klimpfjallu miała dziś w nocy ucztę, reszta albo pełniła służbę, albo już poszła się kimnąć.
Marietta zniknęła za rogiem korytarza, a Malfoy otworzył szafę, ostrożnie sprawdzając, czy nie ma w niej znowu Snape’a. Był w niej tylko pluszowy miś, więc Draco zarzucił go sobie na plecy i pobrnął w kierunku wieży Ravenclawu.
Tu okazało się, że wciągnięcie pluszaka na górę do dormitorium też nie było bułką z masłem. Misio był po prostu niemiłosiernie ciężki. Tchórzofret początkowo niósł go na plecach, ale się zmęczył. Ledwo zrzucił niedźwiedzia z grzbietu, a już musiał na gwałt przytrzymywać go, aby nie potoczył się po schodach na dół. No syzyfowa praca, kurde balans! Jak kogoś spotka na tych schodach, to umarł w butach…
Teraz Malfoy zastosował inną technikę. Postawił misia i krótkimi zrywami podnosił go o dwa, trzy stopnie, pomagając sobie nogą. Za którymś razem podniósł go na tyle wysoko, że stracił równowagę i w ostatniej chwili udało mu się złapać poręcz, aby nie pokoziołkować w dół. Później próbował po prostu wtaczać pluszaka pod górę. To rozwiązanie było dość bezpieczne, ale strasznie powolne. Kiedy wreszcie Draco znalazł się w dormitorium Ravenclawu, sam nie pamiętał, jak się nazywa.
Postawił misia w kącie i przykrył kocem, żeby jego krukońscy współspacze nie zauważyli. Potem wysłuchał raportu skrzata, który miał za zadanie czytać wszystkie listy przychodzące do Malfoya, aby ten ostatni się nie denerwował, a następnie mocno zmachany poszedł spać.

środa, 21 listopada 2012

Rozdział 9


       Draco obudził się z szumem w głowie, świstem w uszach i poważnie obolałym tyłasem. Czuł pod sobą ciepło czyjegoś ciała i ruch unoszącej się klatki piersiowej. Poruszył ręką, a jego żywy materac niewyraźnie mruknął i wypuścił go z objęć.
       Tchórzofret otworzył przekrwione, bycze oczy i cokolwiek przymulony rozejrzał się wokoło. To na pewno nie było jego dormitorium. No tak, faktycznie, pokój wspólny Kluchonów. Właściwie ranek jak co dzień, tylko na kim on, do jasnej anielki, spoczywa?!
       Uniósł się na łokciach i spojrzał w dół. Jasssne łany, to przecież Potter.
     Nieważne, jak bardzo Malfoy był zaćmiony po całonocnej imprezie – błyskawicznie dodał dwa do dwóch. Wynik tego działania zupełnie mu się nie spodobał. Draco zerwał się na równe nogi i natychmiast po oczyszczającym rzygu zaczął przeglądać pobojowisko w poszukiwaniu bokserek. Kiedy je w końcu znalazł, kilka minut zajęły mu próby wciśnięcia się w nie. Dopiero potem dotarła do niego straszna świadomość, że to nie jego bokserki. W zasadzie to w ogóle nie były bokserki, tylko reformy damskie.
Z irytacją założył je Potterowi na głowę. Potem poszedł za bar i zobaczył, co jeszcze pozostało po wczorajszej uczcie. Znalazł bitą śmietanę w szpreju oraz słoik dżemu. Z wrednym uśmiechem podszedł do Harry’ego i całego natarł dżemem. Ponieważ był to dżem brzoskwiniowy, określenie „Złoty Chłopiec” nigdy przedtem nie było bardziej adekwatne. Śmietanę natomiast wprykował mu do oczodołów i na rzepki.
- See what happens, Harry? – powiedział z sarkazmem. – This is what happens when you find a stranger in the Alps!
       Zarzucił pierwszą lepszą kapotę, jaka na niego mniej więcej pasowała, zgarnął pod pachę w miarę pełną butelkę burbona i poszedł na chwiejnych nogach do swego dormitorium.

       Harry obudził się godzinę później. Przetarł oczy, obecność w nich bitej śmietany jakoś mu umknęła. Pobojowisko w pokoju wspólnym nadal trwało. Znistek i Żabulec, skrzaty odpowiedzialne za utrzymanie porządku, nie chciały się narzucać i zabierały się do roboty dopiero wtedy, gdy wszyscy Kluchoni opuścili już pomieszczenie.
      Potter szybko założył koszulę i dopiero kiedy ją zapiął, zorientował się, że jest cały udżemiony. Wzruszył ramionami. Cóż, różne są oblicza kultywowania więzi społecznych. Poszedł do łazienki pomieszczonej przy pokoju wspólnym. Jak na miejsce, w którym odbywały się takie orgie, wręcz lśniła czystością. Harry szybko doprowadził się do porządku, chociaż musiał pożyczyć koszulę innego ucznia. Potem przerzucił sobie przez ramię nieprzytomnego Rona i udali się do dormitorium. Do lekcji nie pozostało wiele czasu.
     Po trzech lekcjach Harry, Ron i Hermiona zostali wezwani w pilnej sprawie do gabinetu Dumbledore’a. Sprawa dotyczyła Zakonu Feliksa. Ten mugolski gang nadal sprawiał kłopoty, psując Hogwartowi opinię, a „trójka Pottera” otrzymała zadanie zrobienia z nim porządku. Co prawda nie do końca było wiadomo, dlaczego mugolskimi chuliganami nie mogliby się zająć mugole, ale przyjaciele udali się za chatę Hagrida, aby ich nikt nie zauważył, a potem świstoklikiem przenieśli się do mugolskiego Londynu.
      Pozerzy urządzili akurat rozróbę w jakimś McDonaldzie. Twierdzili, że walczą ze śmieciożercami. Harry z Weasleyem i Hermioną wkroczyli energicznie do baru, zastając Zakon Feliksa w pełnym składzie: sześciu chłopaków i trzy dziewczyny. Ubrani byli w stroje imitujące mundurki Hogwartu oraz czerwono-żółte szaliki. Mieli przy sobie miotły oraz różdżki, które bardziej niż do czarów nadawały się do gry w baseball. Lider nosił okrągłe okulary bez szkieł, na czole miał wycięty żyletką piorun. Inny chuligan był ufarbowany na rudo, a na jego ramieniu spoczywała sowa z papier-mâché.
- Czego, k#%@$, chcecie? – wydarł się fałszywy okularnik.
      Kiedy Harry wyjął swoją różdżkę, dziewczyny zemdlały, a chłopaki zaczęli kląć. Uciszył ich jednak Ron, puszczając taką wiązankę, że pobledli.
    Dalej wystarczyło trochę perswazji słownej, nawet nie trzeba było używać zaklęć, aby Zakon Feliksa uciekł jak niepyszny, porzucając swe narzędzia. Harry i towarzysze weszli więc do ciemnego zaułka i wrócili świstoklikiem do Hogwartu.
    Jak powszechnie wiadomo, chociaż niektórzy zapominają, do zamku nie można się teleportować. Ostatnio jednak odkryto dziurę w tym zabezpieczeniu. Okazało się, że bariera przeciw teleportacji nie obejmuje jednego z kątów we wschodnim skrzydle. Prawdopodobnie jej założenie w tym miejscu było niemożliwe ze względów technicznych, z uwagi na krzywo postawione ściany. Dyrektor dla pewności kazał zastawić szafą, ale nikomu nie przyszło do głowy, że można po prostu wejść do szafy. Aż do teraz.
       Harry nagle znalazł się w szafie, wśród woniejących naftaliną szat, z nosem w plecach Hermiony, a z łokciem Weasleya w swoim oku. Przez chwilę wyobraził sobie, jak to by było, gdyby trafił do tej szafy z Kasandrą… Jednak trzeba już było iść się odmeldować Trzmielowi.
Dumbledore był zadowolony. Na razie problemy z mugolami miał z głowy, tym bardziej, że nauczyciel literatury mugolskiej, którego Knot chciał wcisnąć do Hogwartu, został zatrzymany przez policję pod zarzutem zabicia żony i sąsiadów oraz utrudniania śledztwa policji przez wrzucenie dmuchanej lali do wykopu na budowie. Harry i reszta poszli zatem śpiesznie na lekcję transmutacji.
Po kilku minutach zajęć Minerwa McGonnagall sięgnęła po coś do szuflady i z dużym zaskoczeniem dostrzegła tam coś, co wyglądało jak kostka mydła.
- Słuchajcie, moi drodzy, kto był tak mądry? – zapytała surowo, pokazując uczniom swe znalezisko. Kostka była wielkości dłoni, kolor miała szaroróżowy, zmieniający się w zależności od światła. Nikt się jednak nie przyznał.
- Cóż, nikt się nie przyznaje? – McGonnagall zamyśliła się. – Panno Swiftsure, panna pozwoli.
       Kasandra wstała niepewnie, zaniepokojona, nie domyślając się, co nauczycielka może mieć na myśli.
- Proszę pójść do Mistrza Eliksirów – nakazała Minerwa, wpatrując się jednym okiem w Kasandrę, a drugim w mydło. – Niech ustali, co to właściwie jest.
- Ja mogę iść! – zgłosił się Ron.
- Spokojnie, panie Weasley – odrzekła McGonnagall. – Panna Swiftsure należy akurat do tych ludzi, którym chwila nieobecności na lekcji nie przyniesie szkody.
           
     Severus Snape siedział w swojej komnacie, sfrustrowany. Sytuacja w Hogwarcie była dzika i paradoksalna, a jego nikt nie raczył nawet poinformować, o co chodzi. Próbował przesłuchiwać Pottera i jego kumpli, a oni nic. Udają głupka, na pewno coś jest na rzeczy. W dodatku kiedy rankiem zakradł się do kuchni w poszukiwaniu jakiegoś żeru, Pani Norris ugryzła go w tyłek.
          Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść – polecił Mistrz Eliksirów. Do pomieszczenia weszła Swiftsure. Była niezła z eliksirów, ale budziła jego ostrożność.
- W jakiej sprawie zaszczyca mnie panna Kasandra Swiftsure? – smarkastycznie zapytał Snape, obrzucając niepewnym spojrzeniem szaroróżową kostkę w jej dłoni. – Z tego, co wiem, nie masz w tej chwili żadnego szlabanu. Nauka całkiem dobrze ci idzie… Naturalnie, jak na gryfonkę.
       Kasandra czuła ciężar w brzuchu, onieśmielona spojrzeniem Severusa. W końcu odważyła się odezwać.
- Profesor McGonnagall kazała mi to przynieść, aby pan ustalił, co to jest – wręczyła mu to coś.
Wyglądało jak mydło, ale nie do końca. Snape skrzywił się. Brak wytłoczonych napisów wskazywał, że to nie jest mydło mugolskie. Mało, że kostka wydawała się zmieniać kolor w zależności od kąta patrzenia, to jeszcze miała specyficzny zapach. Trochę piżmo, trochę jakby piwo… Nie miał pojęcia, co to jest.
- Poczekaj tu, sprawdzę w moich księgach – zapowiedział, kierując się do regału z literaturą przedmiotu. Też coś. Jakby mało było tego całego bajzlu, to jeszcze dają mu zagadki do rozwiązania. Wcale by się nie zdziwił, gdyby to był jakiś kamuflaż…
        W końcu, po jakimś czasie, znalazł to, czego szukał.
- To jest mydło słodowe – oznajmił.
- Dlaczego słodowe? – zdziwiła się Kasandra.
- Bo ktoś zrobił je sam – mruknął Snape. – Można je znaleźć w szafkach, szufladach, beczkach i innych pojemnikach, do których nikt dawno nie zaglądał. Nie wiadomo, skąd się tam biorą, są różne teorie… Co jeszcze profesor McGonnagall chciałaby wiedzieć?
- Do czego ono służy? – zapytała Swiftsure przytomnie. – Po zapachu nie wygląda jak coś do mycia.
- Tego do końca nie wiadomo – Severus rozkojarzony wodził wzrokiem po linijkach księgi. – Tu piszą, że dawniej było poszukiwane przez wędrowców, którzy wyruszali w daleką podróż, bo dało się z niego robić niskoprocentowy napój alkoholowy. Gotujesz trochę wody, wrzucasz kawałek – i masz coś w rodzaju piwa. Poza tym bardzo pomaga na cerę, chociaż tobie, Swiftsure, raczej nie trzeba pomagać.
      Kiedy Kasandra wracała korytarzem na zajęcia z transmutacji, cały czas się zastanawiała, czy Snape chciał ją skomplementować, czy obrazić…

sobota, 27 października 2012

Rozdział 7


Leżała na ziemi, w kącie korytarza. Plecy bolały od zderzenia ze ścianą. Oni stali wokół, groźnie górując nad nią.
- Zostawcie. Zrobiłam wam coś?
- Naraziłaś nas na szkody moralne z tytułu oglądania twojej gęby! – szyderczo rzuciła blondyna w czerni.
- Błagam, zostawcie mnie… - wyjęczała.
- Bo co? Pogryziesz mnie? – rechot.
            Zasypali ją kopniakami, potem siłą podnieśli i rzucili na środek podłogi. Ból, wszędzie ból… I nagle jej podbródek uderzył w ostrego… A potem zimne, bezduszne oczy dyrektora, gdy poszła złożyć skargę…

Kasandra Swiftsure obudziła się z krzykiem. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jest w swoim dormitorium. A zaraz potem przypomniała sobie, że dormiec też nie gwarantuje bezpieczeństwa. Skuliła się.
Leżała przez chwilę, drżąc i chwytając powietrze dużymi haustami. Myślała o Hogwarcie jak o ziemi obiecanej… Aż pojawił się ten blondyn i jego krzywdzące insynuacje. To jeszcze by było do zniesienia, lecz wczorajszy atak powietrzny przypomniał Kasandrze wszelkie upokorzenia, jakich doznała w Durmstrangu…
Krótko mówiąc – nic się nie zmienia. Nadal jest sama, a przeciw sobie ma przeważne siły łobuzów. Ale jest Potter, ten słynny Złoty Chłopiec… Wyobrażała sobie, że trafi na jakiegoś nadętego buca przekonanego o swej wyjątkowości, albo surowego fanatyka, dla którego liczy się tylko jego przeznaczenie, a wszystko inne można zaorać. Tymczasem Harry okazał się bardzo zwyczajnym, w tym dobrym znaczeniu, chłopcem. Potrafił być opiekuńczy, stawał w jej obronie…
Kasandra miała to do siebie, że przywiązywała się do ludzi, którzy jej pomogli. Nie było ich wielu, ale po każdym życzliwym słowie zaczynała sobie wyobrażać Merlin-ją-wi-co, a potem przeżywała ciężkie rozczarowanie. Teraz raczej nie miała wątpliwości, że Harry zainteresował się nią dlatego, że akurat potrzebowała pomocy, a nie dlatego, że „coś” w niej dostrzegł. Kasandrę trapiła jeszcze jedna rzecz... czy Potter jej nie znienawidzi, gdy dowie się o jej korzeniach?
Jej współspaczki-Gryfonki zaczynały się powoli wiercić, dzień wstawał nad dormitorium. Czy ten dzień będzie miał twarz Pottera, czy Malfoya?

     Ron Weasley był wściekły. Po wczorajszej bójce w powietrzu postanowił, że dorwie Dracona i wyjaśni sobie z nim pewne rzeczy. Jeśli trzeba, to ręcznie.
- Zabiję cię, Malfoy! – wywarczał, gdy wreszcie dopadł tchórzofreta. – Cruciatus będzie niczym w porównaniu z tym, co zrobię temi ręcami!
- O co ci chodzi, człowieku? – Draco wydał z siebie wręcz perfekcyjny urażony falset.
- Wytłumacz się, dlaczego twoi goryle gonili tę nową Swiftsure nad Zakazanym Lasem!
        W stalowych oczach Malfoya zaigrały iskry gniewu.
- To nie są moi goryle! – wybuchnął. – Zerwałem z nimi znajomość! Nudzi im się, to rozrabiają, nie mój interes.
- Dziwne, ale jakoś nie za bardzo chce mi się wierzyć – powiedział Weasley. – A to, że razem z nimi nękałeś ją na korytarzu, to się nie liczy?
- To było przedtem – zastrzegł Draco. – Nie chcę już mieć z tymi jełopami nic wspólnego, chiba ci tłumaczyłem. Na brodę, przecież nawet oficjalnie jestem w innym domu, niż oni! Nie moja wina, że beze mnie nie umieją znaleźć lepszej rozrywki.
- Co tu się dzieje? – rozległ się nagle grobowy głos Snape’a. – Weasley, szlaban!

I tak Ron znalazł się po lekcjach w gabinecie mistrza eliksirów. Wyglądało na to, że czeka go przesłuchanie. Weasley siedział na krześle i wpatrywał się w różnokolorowe butelki ustawione w oszklonych szafkach, starając się zachować spokój, podczas gdy Severus przemierzał pomieszczenie w tę i z powrotem groźnym, sprężystym krokiem, stukając obcasami i trzymając ręce założone z tyłu. Od paru tygodni Snape ćwiczył ten krok przed lustrem w łazience, wyczekując momentu, gdy będzie go mógł wykorzystać w praktyce.
Pragnął się dowiedzieć bardzo wielu rzeczy. Od początku roku Hogwart wydawał się stać na głowie. Pierwszorocznych, na przykład, było tylu, że utworzono kilka grup. Flitwick wziął zaklęcia na młodszych latach na siebie, starsze przejęła de Volaille przysłana z ministerstwa. Sam Snape musiał ciągnąć dwa etaty – eliksiry i OPCM, z lekka tylko odciążany przez Slughorna, ten zaś w dodatku był zmuszony zająć się astronomią, na której się nie znał. Szaleństwo!
- Dobra, panie Weasley – odezwał się w końcu Snape. – Mam nadzieję, że teraz wyjaśnimy sobie parę rzeczy.
        Ron uśmiechnął się krzywo, bo sam dopiero co chciał wyjaśniać parę rzeczy z Malfoyem. Miał tylko nadzieję, że mistrz eliksirów nie zajmie się wyjaśnianiem ręcznym. Próbował ukryć uśmiech, ale Severus i tak zobaczył.
- Słuchaj no, Weasley – utkwił w Ronie bezlitosne spojrzenie, groźnie potrząsnął przetłuszczoną grzywą. – Ty mnie jeszcze nie znasz. Co najwyżej znasz mnie od dobrej strony. Módl się o to, abyś nie musiał poznawać mnie od złej strony, bo wtedy cię zmuszę do płaczu.
- Dobrze, panie profesorze.
- Co masz na myśli, mówiąc „dobrze”? – Severus zmarszczył się.
- Nie chciałbym poznawać pana od złej strony, aby mnie pan nie zmusił do płaczu.
- Spójrz mi w oczy, Weasley – powiedział Snape. – Spójrz mi w oczy. Co to za bitwę o Anglię urządziliście sobie z Crabbe’em i Goyle’em nad Zakazanym Lasem?
- Crabbe i Goyle gonili tamtą Gryfonkę, Kasandrę Swiftsure. Zapędzili ją nad las, i gdybym nie zareagował, to mogłoby się źle skończyć.
- Łobuzinie jeden – rzekł Severus, ostrożnie zezując w kierunku jednej z butelek. – Akurat tak się składa, że widziałem cię tam już wcześniej. Pottera, Swiftsure, Longbottoma i innych też. Czyż nie wiecie wy wszyscy, że Zakazany Las jest zakazany?
- Tak, oczywiście, panie profesorze – Ron entuzjastycznie pokiwał głową. Ani myślał się przyznawać, że będąc Kluchonem, ma dyspensę.
- Weasley, spójrz mi w oczy – ciągnął Snape. – Nie myślisz chyba, że jestem taki głupi, żeby nie widzieć, że coś się święci. Oczywiście jako kumpel Pottera jesteś akurat w samym centrum tego czegoś. No więc?
            Rudzielec milczał. Snape wrócił zatem do przemierzania pokoju wystudiowanym groźnym krokiem.
- Jesteś w Klimpfjallu, prawda? W Szóstym Domu? – zaatakował znienacka.
- Nie wiem, o czym pan mówi – Ron, ostrzeżony przez opiekunkę domu, był jednak przygotowany na taką ewentualność.
- The little pencil's stonewalling me – mruknął Severus i nachylił się nad nim ponownie. – Spójrz mi w oczy. Dobrze wiem, że projekt reaktywacji Szóstego Domu był brany pod uwagę. Sam o to wnioskowałem. Teraz zaczyna się dziać coś bardzo dziwnego, a mnie pies z kulawą nogą nie raczy poinformować. Ale ty nie jesteś psem, prędzej łasicą, więc spójrz mi w oczy i powiedz. Jesteś w Szóstym Domu czy nie?
- Jakim Szóstym? Domy są cztery – powiedział Weasley. Przysiągł sobie, że jeśli trafi na przesłuchanie, będzie do oporu udawał głupiego. Niektórzy zresztą twierdzili, że nie musiał udawać.
- Weasley, spójrz mi w oczy – zdenerwował się Snape. – Kogo ty próbujesz oszukać? Przecież ja dobrze wiem, że jeśli Klimpfjall został reaktywowany, to i tak nikt mi nie powie, więc skoro tak zaprzeczasz, to znaczy… Zaraz, wróć. To by znaczyło, że jeśli naprawdę nie ma żadnego Szóstego Domu, tobyś się przyznał? Bez sensu…
      Obrócił się wokół własnej osi, złapał za podbródek, potem znowu spojrzał na Rona.
- Żebyś mi więcej nie urządzał burd w powietrzu – ostrzegł z rezygnacją w głosie. – Spójrz mi w oczy. Jeżeli nadal będziesz się tak zachowywał, skończysz w Azkabanie i biedni będą ci dementorzy, którzy cię będą pilnować.

niedziela, 14 października 2012

Rozdział 4


      Dni w Hogwarcie mijały dość spokojnie. Okazało się, że Lukrecja de Volaille prowadzi także lekcje zaklęć i zna się na rzeczy. Harry z ulgą stwierdził, że na lekcjach opiekunka Klimpfjallu nie występuje w tej wydekoltowanej kreacji, którą pamiętał z niesławnego obrzędu przejścia. Mimo to na twarzach Kluchonów widać było swoiste zakłopotanie, jakby ciągle wspominali jedzenie budyniu. De Volaille nic sobie z tego nie robiła, prowadząc lekcje jak gdyby nigdy nic. Łatwość nauczania i urok osobisty czyniły z niej najlepszą nauczycielkę tego przedmiotu, jaką Harry pamiętał.
       Z drugiej strony Snape’a najwyraźniej coś ostatnio gryzło, i na pewno nie był to Krzywołap. Cóż, pan od eliksirów nigdy nie należał do szczególnie „pozytywnych kolesi”, ale w tym wrześniu roztaczał wokół siebie wyjątkowo gęstą aurę mroku. Na zajęciach brał uczniów w krzyżowy ogień pytań, jakby tylko czekał na moment, aż podenerwowani popełnią błąd i zdradzą jakąś tajemnicę. Nie oszczędził także Kasandry. Potter podejrzewał, że nagonka na nową koleżankę jest zasługą Malfoya, bo kogóż by innego?
      Swiftsure najwyraźniej miała jakieś problemy z nawiązywaniem więzi, bo snuła się samotnie po korytarzach i tylko czasem pisała coś w kajeciku. Nikt nie wiedział, co ona tam notuje, było to przedmiotem wielu spekulacji. Malfoy patrzył na nią wilkiem, Hermiona natomiast spróbowała przełamać lody i zagadać do Kasandry. Nowa była uprzejma, ale lakoniczna, nie zdradziła o sobie żadnych informacji.

        Tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego Murtaza az-Zahari ogłosił, że wieczorem w pokoju wspólnym odbędzie się generalna uczta dla nowych Kluchonów. Harry bardzo się zdziwił, że w ogóle Klimpfjall ma jakiś pokój wspólny, bo przecież miał być domem ściśle tajnym. Potem przypomniał sobie, że miał się w tym roku już niczemu nie dziwić.
      Uczta zaczęła się o dziewiętnastej, ale Harry, Ron i Hermiona trochę się spóźnili, bo mieli pilne spotkanie z Dumbledorem w sprawach związanych z Zakonem Feliksa - mugolskim gangiem młodzieżowym stylizującym się na uczniów Hogwartu, a potem musieli jeszcze wyskoczyć na Pokątną i zrobić drobne zakupy. Kiedy wrócili, czekał już na nich Murtaza az-Zahari.
    Prefekt zaprowadził ich gdzieś w podziemia Hogwartu, wędrując mało znanymi korytarzami. To z pewnością nie były okolice kwatery Severusa, pokoju wspólnego Hufflepuffu ani innych miejsc, które Harry sobie kojarzył.
     W końcu zatrzymali się przed portretem czarnobrodego chłopa w białej koszuli i o okrutnym, drapieżnym spojrzeniu.
- Żeby wejść do pokoju wspólnego Kluchonów, trzeba zdjąć spodnie – wyjaśnił Murtaza. – W środku można je założyć z powrotem, ale w sumie po co.
- Zdjąć spodnie? – powtórzył Ron.
- Zdjąć spodnie – potwierdził az-Zahari.
- Ja nie noszę spodni – zauważyła Hermiona. – To co mam zrobić?
     Murtaza zamyślił się, ewidentnie nie spodziewał się takiego pytania.
- Zrobimy tak: my zdejmiemy, a ty przejdziesz razem z nami – zdecydował w końcu. – Inne Kluchonki też przecież jakoś przeszły.
      Ściana z portretem mużyka uchyliła się i czwórka Kluchonów weszła do środka. Przed nimi otworzył się korytarz w kolorze ciepłego brązu, jakby wykonany z wulkanicznego tufu. Szli nim przez dłuższy czas; wił się jak jelito, a na ścianach rozwieszone były obrazy cieszące wzrok feerią różnych barw. Z oddali zaczęła dochodzić muzyka.
       Wreszcie korytarz się skończył i weszli do pokoju wspólnego. Jasne światło, przytulne meble, dzieła sztuki. Jedną ze ścian pokrywały przemyślne iluzje, zmieniające się jak w kalejdoskopie.
Uczniowie Klimpfjallu już oddawali się rozrywce. Kilka osób tańczyło, inni zasiadali przy szerokim stole uginającym się od jadła i napojów. Draco Malfoy, który miał na sobie najwyraźniej tylko czapkę kolejarską, grał na perkusji, precyzyjnie wybijając skomplikowane figury rytmiczne inspirowane alfabetem Morse’a. Obok Finch-Fletchley z zapamiętaniem dmuchał w puzon, a Blaise Zabini, z grubym złotym łańcuchem na piersi, tak wywijał na saksofonie, jakby przez całe życie nic innego nie robił. Nieopodal jakaś dziewczyna w kompletnym stroju Ravenclawu, jeśli nie liczyć braku spódnicy, stała przy sztalugach i malowała coś w stylu ekspresjonizmu.
         Murtaza oddzielił się od Harry’ego i jego przyjaciół i wtopił się w tłum gdzieś przy stole.
- Chodźcie, Harry! – zawołał ku nim Neville Longbottom znad talerza atrakcyjnie wyglądającej pieczeni z warzywami w gęstym sosie.
- Ale zgłodniałam – zadeklarowała Hermiona. – Oszaleję, jeżeli nie spróbuję tych smakołyków.
- Polecam nuggety z żar-dzika, Granger – zawołał Draco, który właśnie miał przerwę w graniu. – A na deser tamten makowiec z zielonym lukrem. Już próbowałem i wiem, że był on dobry.
Ron skrzywił wargi niezadowolony.
- Robisz za doradcę kulinarnego dla szlamy? – zawołał w jego kierunku. – Nie poznaję cię!
    Malfoy wstał zza bębnów i okazało się, że oprócz czapki ma jednak coś jeszcze na sobie. Były to jasnozielone bokserki w owce.
- U nas w Klimpfjall nie ma podziału na szlamy i czystokrwistych – wyjaśnił. – Tutaj wszyscy jednakowo walamy się w oparach hedonizmu.
- Skąd u ciebie taki nagły przypływ egalitaryzmu, Szmoku? – Hermiona popatrzyła na niego ze skrajną podejrzliwością.
- Mam już dość tego całego pierniczenia o czystej krwi – skrzywił się Draco. – Honor śmierciożercy, Czarny Pan to, Czarny Pan tamto… Rzygać mi się chce. Niech ten stary syfilityk bez nosa nie myśli, że całe życie będę jego murzynem.
- Nie widzę Crabbe’a i Goyle’a – zauważył Ron, odbijając butelkę wina.
- Nawet nie wiesz, Weasley, jak się cieszę, że wreszcie się pozbyłem tych baranów – blondyn włożył do ust jednocześnie pięć zielonych winogron. – Robili mi wiochę na cały Hogwart.
      Harry spojrzał na niego spode łba.
- Co to znaczy, że się pozbyłeś?
- Nie to, co myślisz – Smok uśmiechnął się krzywo, pewnie winogrona były kwaśne. – Ten idiotyczny kapelinder załatwił wszystko bez mojego udziału. Oni zostali w Slytherinie, ja dostałem kopa w górę. Rzuć mi tamten pomarańcz, Potter.
       Harry podał owoc Malfoyowi, ale Ron nadal był nieufny.
- A z tą Swiftsure to co niby było? – zapytał. – Jakoś wpisuje się to w malfoyowską tradycję gnębienia szlam!
- A skąd ja wiem, czy ona szlama? – Draco wzruszył ramionami. – Może i pełnokrwista. Podejrzanie aktywna, z nikim się nie trzyma, łazi po korytarzu i gryzmoli w notatniku. Jeżeli tak nie wygląda ktoś, kogo przysłali na przeszpiegi, to zjem Kapelusz Przydziału.
- Nie, Malfoy, jesteś w błędzie – powiedziała Hermiona. – Gdyby była szpiegiem, to nie zachowywałaby się tak, żeby wszyscy zwracali na nią uwagę.
- Dobre rozumowanie, Granger – stwierdził Smok. – A może ona chce, żebyśmy tak myśleli? A może po prostu marny z niej szpieg? Nie każdy jest od razu asem wywiadu.
- Słuchaj, Draco – powiedział Harry. – Zakładając nawet, że Kasandra szpieguje, to właściwie dla kogo?
- Nieważne – Draco poprawił włosy pod czapką. – Nie podoba mi się to i już.
- Nie masz żadnych dowodów – zwrócił uwagę Weasley. – Mało tego, nawet nie masz poszlak. Ale czego się spodziewać po Ślizgo…
       Zabini podszedł.
- Na brodę Merlina, skończcież tę kłótnię jutro – powiedział, pobrzękując łańcuchem. – Teraz jest czas rozrywki. Nie po to weszliśmy wszyscy do Klimpfjallu, żeby przenosić stare animozje z poprzednich domów.
- Racja – przyznała Hermiona. – Dość tej wymiany uprzejmości.
       Malfoy miał kwaśną minę, ale wrócił za bębny i zaczął nabijać rytm na werblu. Justin i Blaise trochę podimprowizowali razem z nim, ale w końcu im się znudziło i zaczęli grać stare mugolskie przeboje z lat 50. Atmosfera zrobiła się nastrojowa. Kilka par tańczyło wolnego. W tym czasie Harry dobrał się do makowca zachwalanego przez Dracona, a Ron ukroił sobie wielką pajdę chleba i właśnie smarował ją grubą warstwą smalcu. Ktoś inny grał na ślimaczym rogu, wzbudzając wielką wesołość wśród ex-Ślizgonów.
Hermiona zaczęła tańczyć walca solo. Sama nuciła melodię, do której tańczyła, bo muzyka Malfoya jej nie pasowała. Gdzieś w głębi zamajaczył profesor Flitwick, siedzący na stercie jedwabnych poduszek przy fajce wodnej większej od niego samego. Na sąsiedniej poduszce spoczywało coś, co przypominało Krzywołapa; Merlin raczy wiedzieć, jak on tu wlazł, ale Krzywołap najwidoczniej cały zgiełk miał gdzieś i kimał sobie spokojnie jak król lasu. Neville Longbottom, przebrany w kwiaciastą sukienkę, robił gwiazdy po całym pomieszczeniu, zaledwie o cale unikając zderzeń z walcującą Hermioną, a jego akrobacje punktowane były donośnym świstem Marietty Edgecombe. Zapowiadał się dobry wieczór.