Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogsmeade. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hogsmeade. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozdział 27

  
W piątek lekcja eliksirów, ostatnia tego dnia, nie odbyła się, bo Snape przez pomyłkę sam sobie wlepił szlaban i musiał odsiedzieć do końca. Wobec tego można było wcześniej iść do Hogsmeade.
Draco Malfoy szedł więc ulicą, przyglądając się smętnie witrynom sklepów. Nie na wiele było go już stać, oszczędności powoli się kończyły i Draco coraz częściej martwił się, jak sobie da radę bez wsparcia rodziny. Znalazł w dormitorium kostkę mydła słodowego i poszedł do antykwariusza z Hogsmeade, żeby ją sprzedać jako artefakt z innego świata. Zażyczył sobie dwustu funtów, ale stary dziad powiedział, że nie może dać więcej, jak dwadzieścia, więc Malfoy uniósł się honorem i do transakcji jednak nie doszło.
Jakaś nieznajoma blondynka uśmiechnęła się do niego, zalotnie mrugając, ale Draco tylko machnął jej ręką. Nie miał ochoty na przelotne romanse, w grę wchodziło coś o wiele poważniejszego… Wrócił myślami do tematu przemiany w dziewczynę. Dowiedział się już, że zabiegi tego rodzaju przeprowadza daleki kuzyn dyrektora, Huckleberry Dumbledore, ale on kazał sobie słono płacić, mieszkał aż w Nowej Zelandii, a w dodatku takie rozwiązanie byłoby wątpliwe pod względem dyskrecji. Cóż, na pewno są jeszcze inni specjaliści… Najpierw jednak Malfoy powinien się zastanowić, jaką konkretnie dziewczyną miałby być. Zwykle wyobrażał sobie siebie jako długonogą blondynkę, ale jeżeli Potter woli rude… Może należałoby jakoś delikatnie wypytać, jaki jest jego typ?
Draco tak się zamyślił, że nie patrzył przed siebie i nagle z impetem wpadł na kogoś, kto wyszedł z bocznej uliczki. Miał zamiar go obsobaczyć, ale spojrzał, z kim ma do czynienia, i tylko otworzył usta.
- O, cześć, Potter – powiedział wreszcie. – Ty też dziś poszedłeś do Hogsmeade?
- Malfoyu, masz różdżkę w kieszeni czy cieszysz się na mój widok? – uśmiechnął się Harry.
- Jedno i drugie – odpowiedział Malfoy, zresztą zgodnie z prawdą.
- Co porabiasz na mieście? – zainteresował się Harry.
- Szwendam się – rzekł Draco bez ogródek. – Kasa mi się kończy, więc korzystam z życia, dopóki mogę.
- Możesz się poszwendać ze mną – zaproponował Potter. – My z Szóstego Domu powinniśmy sobie pomagać.
    Przespacerowali się zatem przez Hogsmeade, przyglądając się wystawom. Draco narzekał, że antykwariusz nie chciał kupić mydła słodowego, chociaż teraz, gdy Hogwart został zabezpieczony przed powstawaniem szczelin między światami, artykuł ten będzie coraz rzadszy. Poszli też do optyka, gdzie Potter miał zamówione zapasowe okulary. W warsztacie była kolejka, a oni akurat wtedy trochę sobie pomilczeli, więc Draco mógł uchodzić za innego klienta.
- Panowie są razem? – zapytał majster, gdy Harry odebrał już swe bryle.
- Tak – potwierdził Potter.
Draco niczego nie dał po sobie poznać, ale w środku prawie dostał zawału z radości.
- Ciekawe, jak bym wyglądał w okularach – powiedział, gdy wyszli na ulicę. – Dasz przymierzyć?
- Sorry, ale cudzych okularów się nie przymierza – Harry pokręcił głową. – Wzrok sobie zepsujesz.
- Ja już i tak jestem cały zepsuty – uśmiechnął się Draco. – Chcesz się przekonać?
- Chodźmy coś zjeść – zaproponował Złoty Chłopiec zamiast odpowiedzi. – Może do GoBlina?
W jadłodajni panowała spokojna atmosfera. Harry i Malfoy zamówili po porcji flaków.
- W życiu bym nie przypuszczał, że będziemy razem jeść obiad – zauważył Potter.
- Nie jestem już tym Draconem, którego dawniej znałeś – rzekł Draco. – Czasem się zastanawiam, czy nie zmienić nazwiska.
- Na jakie? – zaciekawił się Harry.
- Jeszcze nie wiem. Może Bonfoy.
- Draco Bonfoy? Jakoś nie brzmi.
            Draco milczał przez chwilę.
- A co powiesz na to: Draco Potter? – zapytał.
- No wiesz! - Harry uszczypnął go pod stołem. – Nie przesadzaj.
            Tchórzofret westchnął, uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
- Zrobiło mi się przykro – powiedział.
- Przykro? Tobie? – Harry był bardziej niż zdumiony. – Dawny Draco już dawno wyciągnąłby na mnie różdżkę.
- Teraz też bym wyciągnął – Malfoy uśmiechnął się lubieżnie. – Ale nie przy ludziach.
            Potter zaczerwienił się nagle.
- Tak? A kto dopiero co chciał być moim niewolnikiem, z którym będę mógł robić wszystko i wszędzie?
- Jakby co, oferta pozostaje aktualna – rzekł Draco.
            Harry nie patrzył na byłego gwiazdora Slytherinu.
- Jedz, bo wystygnie – zmienił temat.
         Przez chwilę jedli bezgłośnie. W pewnym momencie Potter dostrzegł niespokojne spojrzenia, którymi Draco obrzucał pomieszczenie.
- Co się tak rozglądasz?
- Podobno można tu spotkać ciotkę Bellatrix – powiedział Malfoy. – Ale to drobna niedogodność, ważne, że jestem z tobą.
- O, ty słodziaku – rozczulił się Potter. – Chodź na kolana.
          Draco, niewiele myśląc, a już zupełnie nie zwracając uwagi na innych gości w lokalu, bystrym kłusem okrążył stolik. Usadowił się Harry’emu na kolanach i zaczął pokrywać jego twarz pocałunkami. Trwało to jakąś godzinę, aż okazało się, że chociaż chłopcy się rozgrzali, to jednak obiad im wystygł. Potter zamówił więc ponownie flaki i zjedli je na pół z jednego talerza.

           Wracali z Hogsmeade w dobrych nastrojach. W pewnym momencie Draco chwycił dłoń Harry’ego. Spodziewał się, że Potter wyszarpnie rękę, ale ten niczego takiego nie zrobił.
            Kiedy dotarli do zamku, Harry zaproponował nagle:
- Chciałbyś zwiedzić moją aktualną melinę?
- Jasne! – ucieszył się Malfoy. – Słyszałem, że masz teraz dobre warunki…
      I posmutniał trochę, bo przypomniał sobie, że Harry, na spółkę z Kasandrą Swiftsure, dostał sypialnię prefektów Szóstego Domu. Potter jednak otworzył drzwi i wpuścił tchórzofreta do pomieszczenia.
        Draco był zaszokowany wystrojem pokoju, który nie wyglądał na mniej luksusowy od pomieszczeń w Malfoy Manor. Kominek, wielkie łoże, dębowa szafa, zwierciadło… Uważnie rozglądał się po zakamarkach pokoju, próbując wypatrzeć damskie ciuchy, kosmetyki czy cokolwiek, co mogłoby jego zdaniem świadczyć, że przebywała tu dziewczyna. Nic takiego nie dostrzegł, za to zauważył ogromnego pluszowego misia stojącego obok łóżka.
- O, poznaję tego pluszaka! – ucieszył się. – To ode mnie. Opowiadałem ci już, jaki miałem kłopot z wciągnięciem go do wieży Ravenclawu?
- Chyba nie – stwierdził Potter. – Albo nie pamiętam. Zobacz jeszcze łazienkę.
- A gdzie Kasandra? – zaryzykował Malfoy. Wiedział, że Harry może się obrazić za tak bezpośrednie pytanie, ale nie mógł znieść niepewności.
- W swojej sypialni – Harry wzruszył ramionami.
- Jak to? – Draco był w szoku. – To wy nie mieszkacie razem?
- Są dwie sypialnie. Ja mam swoją, ona swoją. Chodź lepiej, zobacz, jaką wannę dostałem od Dumbledore’a.
      Wanna była duża, trzyosobowa (chociaż Draco wolał się nie zastanawiać, kto miałby być tą trzecią osobą). Na brzegu znajdowały się dwie figurki: nimfa kucająca nad krawędzią i hipopotam.
- Ta nimfa to kran – wyjaśnił Harry. – Przekręcasz głowę w lewo – gorąca woda. W prawo –zimna. A jak szturchniesz tego hipcia, to rzuca się zaklęcie zabezpieczające przed osunięciem się do wody, gdybyś zasnął w kąpieli.
        I na potwierdzenie swoich słów pozyglował przy nimfie, z której zaraz zaczęła lecieć woda. Spojrzał na Dracona z zastanowieniem.
- No co? Nie wykąpiesz się? Bądź moim gościem.
     Malfoy praktycznie zapomniał języka w gębie. Potem zaczął zdejmować szatę, ale ręce tak mu się trzęsły, że jakoś się w niej zaplątał. Harry, który był już w zasadzie gotów, pomógł mu, po czym niemal siłą zerwał z niego koszulę, a potem stanął i popatrzył z zadowoleniem na swoje dzieło.
        Draco, kończąc zrzucanie reszty przyodziewku, przygryzł wargę. Szum wody i widok ciała Harry’ego w całej jego krasie pobudziły go niesamowicie, nie mógł oderwać wzroku od Złotego Chłopca. Potter widział, jak Malfoy na niego patrzy, i spojrzenie to czyniło mu wielką przyjemność.
- No dobra, woda już jest – zauważył w końcu, gdy wanna była już pełna. – Wchodź.
- A ty? – Draco spojrzał na niego podejrzliwie.
- Zaraz przyjdę – oznajmił Harry i wyszedł z łazienki.
        Malfoy z przyjemnością zanurzył się w odprężających, wonnych odmętach kąpieli. Przymknął oczy, a kiedy je otworzył, Potter wchodził do wanny z butelką wina w dłoni.
- Napijmy się – zaproponował. Wtedy Draco spostrzegł, że na półeczce obok wanny stoją kieliszki.
        Siedzieli więc w parującej wannie, ciesząc się swoim widokiem oraz dobrym winem. Malfoy czuł się niesamowicie rozpalony.
- Wiesz, co ci powiem? To była chyba najlepsza randka, jaką pamiętam – powiedział wreszcie.
- Też mi się tak wydaje – stwierdził Harry. – Cieszę się, że w końcu się zaprzyjaźniliśmy.
Nagle przypomniała mu się ta noc w jaskini, kiedy to przekonał się, że u Malfoyów nie tylko bogactwo jest wielkie.
- Wiesz, Draco, wtedy, w tej jaskini… - powiedział zniżonym głosem. – Bardzo mi się podobało.
- Dzięki… - Malfoy spuścił oczy zakłopotany.
- A tobie? – zainteresował się Potter.
         Draco spojrzał na niego poważnie.
- Mam mówić szczerze?
- No pewnie. Przecież cię nie zjem.
- Z żadną dziewczyną nie było nigdy tak super, jak z tobą.
- Smoczusiu… - szepnął Harry i zatopił się w ustach Dracona.
      Przez jakiś kwadrans słychać było tylko głośne odgłosy całowania i chlupot, gdy chłopcy czasem zmieniali położenie. Draco, wychodząc tego dnia do Hogsmeade w złym nastroju, nawet nie przypuszczał, że pod wieczór stanie się najszczęśliwszym człowiekiem w Hogwarcie. Czuł, że w zielonych oczach Złotego Chłopca wreszcie odnalazł siebie, że to jest jego prawdziwe życie. Głupi Draco, chciałeś się zmieniać w dziewczynę, a on chce właśnie ciebie, takiego, jakim jesteś!
Obejmował Pottera za szyję, dając mu się swobodnie adorować. Dłonie Harry’ego błądziły żarłocznie po całym ciele Malfoya, nastawione na wywołanie jak największej przyjemności, omijając jedynie tę jedną część ciała, którą Draco pragnął, aby wreszcie zauważyły. Czy on mi robi na złość, pomyślał. Mógłby wreszcie złapać tam, gdzie ja chcę… Lecz nic nie powiedział, skupiając się na tym, by całować jak najnamiętniej…
      W końcu obaj wygramolili się z wanny, ciężcy prawem Archimedesa. Harry sięgnął po grube, puchate ręczniki i z radością wytarł Malfoya, potem sam się wytarł i przywdział długi biały szlafrok. Draco musiał przyznać, że Potter wygląda w tym szlafroku niesamowicie szałowo. Był w tej chwili gotów zrobić dla niego wszystko.
Kiedy wyszli z łazienki, Harry chwycił Malfoya za rękę i poprowadził w stronę łóżka. Draco jednak w połowie drogi zatrzymał się.
- Muszę iść do swojego dormitorium – powiedział, spuszczając oczy.
            Potter, nieoczekiwanie dla siebie, poczuł jakiś ciężar w sercu.
- No cóż, skoro tak, to nie będę cię zatrzymywał… - stwierdził.
Nagle zrobiło mu się smutno. Malfoy popatrzył na niego z zakłopotanym uśmiechem.
- Chciałem iść po piżamę - wyjaśnił.
- A po co ci piżama? – zapytał Harry, obejmując Dracona w talii. – Będzie tylko przeszkadzać…
         Pociągnął go za sobą, a potem zdecydowanie popchnął, aż Malfoy stracił równowagę i padł z impetem na kołdrę. Potter natychmiast rzucił się na niego.
- Kocham cię – powiedział Draco. Ale nie doczekał się odpowiedzi, gdyż usta Harry’ego były akurat zajęte czym innym. Cóż, z pewnością Malfoy nie mógł się przez to uważać za pokrzywdzonego.
- No więc wiesz… – podjął opowieść. – Wciągnąć tego misia po schodach… uff… to naprawdę była ciężka… uff… robota. Całe szczęście… ooo!… że nikogo nie spotkałem, przecież taki Weasley by mnie… oooch… zabił śmiechem normalnie. Ale nie znasz… uuff… najlepszej części. Nie chciało mi się tego misiaaaaa… och… targać z Hogsmeade do zamku. Uuuch! To wziąłem świstoklika i teleportowałem się do tej szafy, och!… tej co wiesz. Aaaa! I tak jakoś trafiłem, że… ooooo!… wpakowałem się… ooooch!… prosto na Severusa. Oooj! Oooj! Harryyy! Czy ty mnie w ogóle… och! Ooch! Ooooch! OOOOOOCH! SŁUCHAAAAAAAASZ?!
         Harry przytulił się namiętnie do zdyszanego Malfoya. On też był wciąż gorący.
- Opowiedz mi to jeszcze raz – wyszeptał mu do ucha. – Jeszcze młoda godzina, cała noc przed nami…



piątek, 21 grudnia 2012

Rozdział 13


    Minęło kilka dni. Pierwszy szok minął, poległym obrońcom Hogwartu urządzono uroczysty pogrzeb, większość rannych wyszła ze szpitala. Uczniowie Klimpjallu na zmianę patrolowali teren wokół zamku, jak i samą szkołę (mieli nadzwyczajne pełnomocnictwa, które pozwalały im wydawać polecenia prefektom z innych domów).
Mimo wszystko Hogwart huczał od opowieści i plotek. Szeptem przekazywano sobie stwierdzenia, że ten i ów był poprzedniego dnia przed atakiem widziany w jakimś nietypowym miejscu. Tych, którzy brali udział w obronie, bez ustanku molestowano o szczegółowe opowieści. Nawet ich wersje znacznie się różniły. Ktoś stwierdził, że Potter osobiście zabił wodza napastników, albo że profesor de Volaille walczyła nago. Niektórzy rzekomo dostrzegli pomiędzy szaroskórymi samego Voldemorta. Inni mówili, że widzieli wśród obrońców elegancko ubranego brodacza z laską, który z obłąkańczym chichotem ciskał w napastników kule ognia, palącego ich samych, ale nie tykającego sprzętów.
Wieść, że napastnikami były elfy, rozeszła się szybko. Wielu uczniów kojarzyło elfy ze skrzatami, więc Zgredek i reszta ciągle musieli udowadniać, że nie są wielbłądem. Plotkowano wszędzie: w dormitoriach, na przerwach, a zwłaszcza na błoniach Hogwartu, skąd w dalszym ciągu było widać resztki stosu, na którym spalono zwłoki napastników. Tego dnia była ładna pogoda, więc uczniowie wylegli na dwór, wpatrując się w resztki pobojowiska, to znów w wybranych Kluchonów patrolujących na miotłach przestrzeń dookoła zamku. Harry akurat miał wolne, za to czekała go dziś nocna zmiana, więc korzystał z wolnego czasu, wylegując się na trawie. Tymczasem Hermiona wraz z opiekunką domu przesiadywała w bibliotece, usiłując odnaleźć w na wpół zapomnianej części zbiorów informacje o innym świecie i tworzeniu portali do niego.
Atak na Hogwart był niezwykle doniosłym wydarzeniem, ale nie tylko o nim dyskutowano. Na drugim końcu błoń, w grupce uczniów Slytherinu, ktoś wykrztusił zaszokowany:
- A wiecie, że Draco i Potter… eee… no wiecie?
      Ślizgoni na tę wieść zareagowali silnym dysonansem poznawczym. Taka postawa ich drogiego przywódcy Malfoya nie mieściła im się w głowie, więc zaczęli kląć i spluwać z obrzydzeniem. Tylko jedna Pansy Parkinson zmrużyła oczy i jęknęła: - Jakie to słodkie!
        Wtem nadleciało ogromne stado kruków. Ptaszyska zaczęły zrzucać na uczniów ulotki. Harry podniósł jedną. Tekst stwierdzał, że uczniowie Hogwartu nie mają się czego bać, albowiem ród Dagoth jest ich sprzymierzeńcem i został wezwany na pomoc, aby obalić krwawą tyranię Dumbledore’a. Można się było dowiedzieć, że stary Drops bez przerwy daje w żyłę i chleje whisky wiadrami, w dodatku mugolską. Syriusz Black został tylko ranny w bitwie w Ministerstwie Magii, ale dobił go Dumbledore jako naocznego świadka swoich licznych zbrodni, bo się wystraszył, że Black zacznie sypać. Co więcej, Lord Voldemort zawsze miał na uwadze tylko i wyłącznie dobro Hogwartu i całego świata czarodziejów i nigdy nikogo nie napadł, a Cedryk Diggory został zabity w obronie własnej, bo to był skrytobójca nasłany przez Dumbla. Krótko mówiąc, ulotki zawierały tak prymitywną voldemortystowską propagandę, że tylko najbardziej ograniczeni i zacietrzewieni Ślizgoni, tudzież Pomyluna, mogli ją wziąć na poważnie. Brakowało tylko stwierdzenia, że Dumbledore zarżnął własną babkę oraz że jada na obiad małe dzieci i jest masonem.
       Harry zgniótł ulotkę i wytarł nią sobie buty. Ciekawa sprawa, od czasu ataku nie widział Kasandry… to znaczy nie, na którychś zajęciach była, ale generalnie nie rzucała się za bardzo w oczy pewnie bardzo przeżywa na brodę Merlina cała łąka zasłana ulotkami i kto to teraz posprząta Filch dostanie cholery jak zobaczy żeby tylko nie było tak że to prefekci będą musieli wszystko pozbierać a może by tak wyskoczyć na sobotę do Hogsmeade czemu ci Ślizgoni tam się tak żołądkują jeśli chodzi o te ataki i tak gorzej nie będzie a Cho dalej w śpiączce wypadałoby iść do Munga raczej w piątek a w czwartek przyłożyć się do nauki zjadłbym rogalika z dżemem…
       Harry obrócił się na drugi bok i spróbował zażyć więcej relaksu, dopóki jeszcze miał czas.

Tymczasem Draco, zupełnie nieświadomy konsternacji, jaką wywołał wśród swoich ekswspółdomowiczów, udał się do Hogsmeade pozałatwiać różne sprawy.
Najpierw zamówił u krawca nową szatę na miejsce tej, którą mu rozcięli napastnicy w czasie obrony Hogwartu. Zajrzał do Miodowego Królestwa, wysłał kilka listów sowią pocztą, w tym anonimowe łajnobomby do znajomych śmierciożerców. W innym sklepie oglądał różdżki i zastanawiał się, na którą z nich będzie go stać. Zaopatrzył się także w butelkę oliwki, z pewnym niepokojem konstatując, że nie bardzo wie, po co. Przejrzał świeżego „Proroka Codziennego”, w którym pojawiła się ciekawa informacja. Zakon Feliksa, ów gang mugolskich pozerów, po pacyfikacji przeprowadzonej przez Pottera rozpadł się, tworząc dwa nowe gangi: Whorecrooks oraz Hunów-w-Occie.
Draco zgłodniał. Poszedł do nowo otwartej jadłodajni „GoBlin” i zamówił zupę ogonową. Od czasu wstąpienia do Szóstego Domu cenił sobie prostą kuchnię i raczej unikał wymyślnych potraw.
Zjadł ze smakiem i z grzankami. Odniósł talerz i odwrócił się w stronę wyjścia, gdy ktoś nagle wyrósł tuż przed nim.
- Draco! – zawołała Bellatrix Lestrange. – Czemu się tyle czasu nie odzywasz?!
        Malfoy z początku się wystraszył, lecz zaraz obrzucił ciotkę obojętnym spojrzeniem i milcząco ustąpił w bok.
- Toczymy teraz wojnę i Czarny Pan żąda posłuszeństwa – rzekła Bellatrix. – Jeżeli w niedzielę nie stawisz się przed jego obliczem w Malfoy Manor, to zostaniesz potraktowany jak dezerter. A przecież wszyscy wiedzą, co się na wojnie robi z dezerterami.
        Draco popatrzył na nią skupionym wzrokiem, jakby nie rozumiał, co ona mówi.
- Aj kent help ju – powiedział, po czym, żeby jeszcze bardziej sprawiać wrażenie cudzoziemca, tylko z wyglądu podobnego do Malfoya, wybełkotał kilka tureckich przekleństw, których nauczył się kiedyś od Wiktora Kruma. Odwrócił się i wyszedł.
- Pożałujesz tego, Draco! – krzyknęła Lestrange do jego pleców. – Nasz nowy sojusznik jest niezwyciężony!
Malfoy nie raczył się nawet obejrzeć, więc Bellatrix wyciągnęła różdżkę i wycelowała w jego zad. Z wielkiego zdenerwowania zamiast „Crucio” zawołała „Ciucro!” – i spadł na nią deszcz kiszonej kapusty. Tymczasem bufetowy bardzo starannie nic nie zauważał.

Kiedy Malfoy wyszedł na ulicę, oddalił się na bezpieczną odległość i upewnił, że ciotka go nie śledzi. Potem wstąpił do sklepu. Stał przez chwilę, wodząc po półkach zamyślonym wzrokiem, aż wreszcie zdecydował się na zakup dużego pluszowego misia. W tym przypadku określenie „duży” oznaczało, że sięgał Draconowi do piersi i ważył dobre siedemdziesiąt funtów; ale za to był w promocji. Dopiero po zapłaceniu przyszło Malfoyowi do głowy, że odtransportowanie niedźwiedzia do Hogwartu będzie dość problematyczną sprawą. I dość męczącą.
Przez moment miał zamiar pożyczyć od kogoś miotłę i polecieć na niej do zamku z misiem uwiązanym na linie. Zdał sobie jednak sprawę, że mógłby w ten sposób spowodować trudne do oszacowania szkody, a nie spodziewał się w najbliższym czasie zbyt wysokiego kieszonkowego. Zresztą i tak dzisiejsze zakupy były w pewnym sensie szaleństwem.
Wtedy Draco przypomniał sobie, że Kluchoni mogą się teleportować do szafy w korytarzu, która zasłania lukę w zabezpieczeniu. Co prawda z misiem może być ciężko się zmieścić, ale trzeba spróbować…
Skręcił w zaułek, wyjął z kieszeni świstoklika w postaci podeszwy od trampka, mocno przytulił monstrualnego pluszaka – i już go nie było.

Zasadniczo transport misia świstoklikiem się udał. Jednakże Malfoy, decydując się na taki sposób transportu, nie przewidział jednej rzeczy, mianowicie Snape’a, który w ramach frustracji schował się do tej właśnie szafy, nie wiedząc o jej związku z teleportacją. Siedział tam i rozmyślał nad metodami przyszpilenia podejrzanie się zachowujących uczniów, gdy nagle na jego plecach wylądowało coś ciężkiego i puchatego. Draco, ściśnięty w rezultacie między misiem a ściankami szafy, stęknął potężnie i nabił sobie guza. Severus poznał go po głosie i tym samym koncepcja wyślizgnięcia się z szafy, zanim nauczyciel się zorientuje, szybko się zdezaktualizowała.
Draco dostał szlaban. Głowa go bolała, więc niezbyt jasno szło mu wymyślanie przekonywającej odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się nagle w szafie. Wahał się pomiędzy „ktoś rzucił na mnie Imperiusa” a „byłem tam już wcześniej, tylko pan mnie nie zauważył”. O dziwo, Snape szybko porzucił ten wątek i wypytywał Malfoya głównie o to, czy w czasie bitwy rzucał zaklęcia niewybaczalne, czy widział, żeby ktoś inny je rzucał, oraz co na to dyrektor. Potem kazał posprzątać klasopracownię od eliksirów.
Kiedy już było po wszystkim, zdążyło się ściemnić. Draco wrócił do szafy, po drodze napotykając patrolującą Mariettę Edgecombe. Połowa Klimpfjallu miała dziś w nocy ucztę, reszta albo pełniła służbę, albo już poszła się kimnąć.
Marietta zniknęła za rogiem korytarza, a Malfoy otworzył szafę, ostrożnie sprawdzając, czy nie ma w niej znowu Snape’a. Był w niej tylko pluszowy miś, więc Draco zarzucił go sobie na plecy i pobrnął w kierunku wieży Ravenclawu.
Tu okazało się, że wciągnięcie pluszaka na górę do dormitorium też nie było bułką z masłem. Misio był po prostu niemiłosiernie ciężki. Tchórzofret początkowo niósł go na plecach, ale się zmęczył. Ledwo zrzucił niedźwiedzia z grzbietu, a już musiał na gwałt przytrzymywać go, aby nie potoczył się po schodach na dół. No syzyfowa praca, kurde balans! Jak kogoś spotka na tych schodach, to umarł w butach…
Teraz Malfoy zastosował inną technikę. Postawił misia i krótkimi zrywami podnosił go o dwa, trzy stopnie, pomagając sobie nogą. Za którymś razem podniósł go na tyle wysoko, że stracił równowagę i w ostatniej chwili udało mu się złapać poręcz, aby nie pokoziołkować w dół. Później próbował po prostu wtaczać pluszaka pod górę. To rozwiązanie było dość bezpieczne, ale strasznie powolne. Kiedy wreszcie Draco znalazł się w dormitorium Ravenclawu, sam nie pamiętał, jak się nazywa.
Postawił misia w kącie i przykrył kocem, żeby jego krukońscy współspacze nie zauważyli. Potem wysłuchał raportu skrzata, który miał za zadanie czytać wszystkie listy przychodzące do Malfoya, aby ten ostatni się nie denerwował, a następnie mocno zmachany poszedł spać.