Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drarry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drarry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2014

Epilog

Ponad półtora miesiąca później

      Harry siedział na kanapie w pokoju wspólnym Kluchonów, o tej porze jeszcze prawie zupełnie pustym, i z podnieceniem oczekiwał na przyjście Malfoya. Dopiero poprzedniego dnia Draco wyszedł od św. Munga, gdzie od grudnia wychodził z traumy spowodowanej tym, co się zdarzyło w Malfoy Manor.
Wielu innych uczestników bitwy ze śmierciożercami również trafiło do Munga, ale wyszli znacznie szybciej, natomiast Draco był zdecydowanie najbardziej poszkodowany i wymagał najstaranniejszej opieki. Harry często do niego zaglądał, teraz zaś platynowiec wracał do Hogwartu.
Niedługo po tym, jak Lukrecja de Volaille oddała życie, aby zgładzić Czarnego Pana, na miejscu pojawili się aurorzy, których zdążyła zawiadomić, zanim sama przekroczyła bramę Malfoy Manor. Szybko zabezpieczyli miejsce, ewakuowali rannych, aresztowali jeszcze żyjących śmierciożerców, wynieśli zwłoki. Szczątki Voldemorta trafiły podobno do Departamentu Tajemnic, natomiast na pogrzeb poległych członków Szóstego Domu stawiła się duża część Hogwartu. Profesor de Volaille pochowano pod prostym marmurowym nagrobkiem, na którym wyryto Order Merlina I klasy oraz tajemniczą inskrypcję niezrozumiałym pismem.
Powoli sprawy wracały do normalnego życia. Powoli, ale do przodu. Oczywiście, nie wszystko mogło być tak jak dawniej, ale…
Harry usłyszał kroki i odwrócił głowę ku wejściu. To Draco nadchodził, niosąc coś pod pachą, więc Potter drgnął i rzucił się na jego spotkanie.
- Cześć – Draco cmoknął Harry’ego w policzek. – Akurat mi się udało wrócić na same walentynki!
         I wręczył Potterowi płaski prostokąt owinięty we wzorzysty papier.
 - Chciałem ci kupić jakiś ładny obrazek do powieszenia w sypialni prefekta, ale nie wyobrażasz sobie, jakim kiczem ostatnio jest zalana Pokątna - wyjaśnił.
      Harry rozpakował prezent i kopara mu opadła. Na obrazie było widać kłębowisko ciemnogranatowych, fioletowych i purpurowych chmur, gdzieś w dole słabe światła małego miasteczka… A wśród tych chmur Potter walczył z Voldemortem, który, nie wiedzieć czemu, był ubrany na bordowo i trzymał długą czarną laskę. Sam Harry został przedstawiony z ognistym mieczem, a na przedramionach miał wytatuowane smoki.
- Co to ma być? – sapnął Złoty Chłopiec. – Przecież w ogóle nie tak było! Cały czas leżałem pod stertą zwalonego tynku!
- Heh, to i tak był jeden z mniej kiczowatych egzemplarzy – zauważył Malfoy. – Co byś powiedział na żywy obraz, na którym tak mocno walisz Voldemorta w twarz, że mu sztuczna szczęka wylatuje?
- Zaraz, ty mówisz poważnie?
- Z drugiej strony, to i tak lepsze niż te wszystkie rysunki, które dostaję pocztą od mugolskich fanek. Niektóre z nich są naprawde pieprzne… - Draco zaczerwienił się. – A najlepsze jest to, że one, jedna w drugą, myślą, że to ja zawsze jestem na górze!
- Zaraz będziesz – powiedział Harry. – Na kolana.
      Draco usiadł więc na kolanach Pottera i obaj zaczęli się sycić własną bliskością, której tyle czasu byli pozbawieni. Harry wtulił twarz w platynowe włosy ukochanego, jedna z jego dłoni owijała się o kolano Malfoya, a druga gładziła jego brzuch i klatkę piersiową, wargami łapczywie chwytał jego szyję. Draco jęczał cicho, dotyk Pottera przyprawiał go o słodki paraliż. Harry miał ochotę położyć go na kanapie i skończyć to, co zaczęli, dając mu najpiękniejszy prezent walentynkowy…
- Kartkę przynajmniej mu dałeś? – odezwał się głos Rona Weasleya.
       Chłopcy gwałtownie oderwali się od pieszczot i stwierdzili, że do pokoju weszli Ron z Hermioną.
- No właśnie, Draco – uśmiechnął się zakłopotany Harry. – Byłbym zapomniał…
     I podał Malfoyowi kopertę z czerwoną pieczątką w kształcie serca. Draco spojrzał na niego z miłością. Tymczasem Ron usiadł na krześle tyłem do przodu, a Granger usadowiła się na sąsiedniej kanapie.
- Właśnie wynalazłam nowe zaklęcie – pochwaliła się. – Expeljarmuż.
- No i co robi to zaklęcie? – zdziwił się Potter. – Czym się różni od zwykłego Expelliarmusa?
- Wytrąca przeciwnikowi z ręki warzywa lub owoce – wyjaśniła Hermiona.
- Znaczy, może się przydać do obrony przed napastnikiem uzbrojonym w świeże owoce? – upewnił się Malfoy. – Na przykład w banana?
- Tak właśnie – uśmiechnęła się Granger.
- Jesteś genialna! – przyznał Draco, a Harry spojrzał na niego z zazdrością.
- A wy dostaliście od kogoś kartki? – zapytał, aby jak najszybciej zmienić temat.
- Od Snape’a – Hermiona uśmiechnęła się. – Długi list miłosny, złożony w większości z jego użalania się nad sobą. Ale i tak stał się o wiele sympatyczniejszy, od kiedy mianowali go opiekunem Kluchonów. Powiadam wam, jeszcze parę miesięcy i przefarbuje się na złoty blond.
      Draco pochwalił się walentynką, którą dostał od Harry’ego. Zawierała wiersz:
               
Mój Draku
Chłopaku,
Ty kochaj,
Nie szlochaj,
Na miotle
I w kotle,
Jak pragnę,
To zagnę.

Nagle rozległ się szloch. Okazało się, że to Ron płakał.
- Co jest, Weasley? – zapytał Malfoy. – Załamał cię fakt, że Harry lepiej od ciebie imituje księdza Bakę, chociaż to ty jesteś podobno następcą Beedle’a?
      Ron nie odpowiedział, tylko ze łzami w oczach pokazał przyjaciołom kartkę, zapisaną czerwonym atramentem i ślicznie pachnącą.

Drogi Ronaldzie!
Jeżeli to czytasz, to znaczy, że już przekroczyłam Zasłonę. Wobec tego nie ma już między nami stosunku służbowego, a więc mogę to w końcu powiedzieć: zawsze mi się podobałeś. Życzę Ci szczęścia.
Całuję, Lukrecja <3

        Zapadło ciężkie milczenie.
- Cóż, Granger… - odezwał się w końcu Draco. – Wygląda na to, że od kiedy profesor de Volaille zabrała ze sobą do grobu wiele tajemnic związanych z Szóstym Domem, ty pozostajesz najbardziej zorientowanym człowiekiem w temacie.
- Pani profesor wiele mnie nauczyła – przyznała Hermiona. – Ale wątpię, żeby w najbliższym czasie groziło nam niebezpieczeństwo ze strony Dagoth Ura. Nie teraz, kiedy Voldemort już nie żyje.
       Malfoy spojrzał na nią zaintrygowany.
- To wyjaśnij mi jedną rzecz – powiedział. – Śmierciożercy jakoś się zorientowali, że kiedy jeden z Kluchonów znajdzie się w opałach, wszyscy inni natychmiast wiedzą, gdzie go szukać. Założyli mi bransoletę, żeby uniemożliwić ten kontakt. Ale wy i tak przybyliście. To o co biega?
- Harry jako jedyny poczuł, że jesteś w niebezpieczeństwie – stwierdziła Granger. – Księgi Klimpfjallu podają, że więź pomiędzy Kluchonami jest bardzo mocna, ale jeszcze mocniejsza od niej jest więź prawdziwej miłości.
        Słysząc to, Draco jeszcze raz spojrzał na Pottera i namiętnie go pocałował.
- I dokąd teraz pójdziesz, Malfoyu? – zapytał Ron. – Malfoy Manor w zasadzie jest twoje.
- Nie chcę tam wracać – Draco sprzeciwił się od razu. – Kazałem skrzatom zrobić porządek, ale moja noga tam więcej nie postanie.
- Trudno ci się dziwić – przyznała Hermiona ze współczuciem.
- Poza tym ciotka Bellatrix jest gdzieś na wolności i może w każdej chwili wrócić.
- Faktycznie – Ron pokiwał głową. – Wkrótce po tym, jak zginął Voldemort, uciekła przez okno razem z tym pajacem w kraciastej szacie.
- Synchroniusz Walruss – przypomniała Granger. – Szkoda, że uciekł. Jeszcze tego by brakowało, żeby został nowym Czarnym Panem, ma ku temu odpowiednie ambicje.
- Spokojna głowa, Moody mu wyrobi papiery – powiedział Harry z nadzieją.
            Po bitwie w Malfoy Manor Korneliusz Knot podał się do dymisji wobec oskarżeń o nieudolność i zbyt łagodne podejście do śmierciożerców. Nowym ministrem magii został Alastor Moody, który od razu zapowiedział „niewybaczalność dla Niewybaczalnych”.
- Jutro wyślę rodzicom paczki do Azkabanu – stwierdził Draco. – W Miodowym Królestwie dali mi zniżkę dla stałych klientów.
- To co, wprowadzisz się na wakacje do mojego wujostwa? – zaproponował Potter.
- Pomyślę – Malfoy wyszczerzył się drapieżnie. – Z tego, co mi opowiadałeś, ta znajomość może być bardzo interesująca, muahahahahaha.

     Posiedzieli w pokoju wspólnym jeszcze kilka godzin, a potem wybrali się na spacer po murach Hogwartu. Kiedy tak spokojnie szli, a lekki zimowy zefir powiewał im w twarz, nagle podbiegła do nich Pansy Parkinson. Wcisnęła Harry’emu do ręki jakąś hebanową kasetkę z mosiężnymi okuciami.
- To dla was, na walentynki – wyjaśniła zarumieniona i odbiegła.
       Potter niepewnie otworzył pudełeczko. W środku, na czerwonej aksamitnej wyściółce, leżały dwa duże pierścienie. Hermiona poświeciła różdżką i okazało się, że oba są platynowe, misternie rzeźbione w wyuzdane kłębowisko nagich ludzi.
- Co to jest? – zdziwił się Harry.
       Granger od razu rozpoznała prezent, który dostali Potter z Draconem.
- To starożytny artefakt – pierścienie kochanków Bulqize. Jeżeli ludzie mają je na sobie, idąc do łóżka, to wtedy… no… - Hermiona się zaczerwieniła i spuściła wzrok – nie dość, że wszystko czują mocniej, to jeszcze każdy z partnerów czuje to samo, co ten drugi.
- Czyli coś w sam raz dla nas – Draco objął Harry’ego w pasie, oblizując się namiętnie. – Pansy jednak ma głowę na karku.
- Malfoyu, nie bądź zbereźny – skarcił go Potter, wyswabadzając się z jego objęć. – Lepiej od razu zaniosę to do sypialni, bo jest jeszcze wcześnie i kto wie, co ci strzeli do głowy…
           
       Poszedł więc odnieść pierścienie i schować gdzieś, nie wiem, może pod materacem. Kiedy już był pod drzwiami sypialni prefektów, nagle na progu zobaczył kartkę z czerwonym sercem. Co to może być? Podniósł i rozłożył.

Kochany Harry,

Dawno temu wpadłeś mi w oko… Teraz nie mam oka i nie mam problemu! Cieszę się z Twojego szczęścia z Draconem. Uzdrowiciele mówią, że blizna na pół twarzy zostanie mi do końca życia. Zapewniam Cię, że moja przyjaźń do Ciebie też.
Buziaki,
Kasandra

       Harry stał na progu oszołomiony, z hebanową szkatułką w jednej ręce, a kartką od Kasandry w drugiej. Czyli że ona przeżyła? I nikt mu o tym nie powiedział? Zdążył przecież Kasandrę już opłakać jako poległą. Wielu widziało, jak pada na ziemię zakrwawiona, ale nikt nie widział ciała. I na pogrzebie też nikt nie był…
Potter wszedł do sypialni i schował pudełko z pierścieniami Bulqize do szuflady w szafce nocnej. Potem usiadł ciężko na łóżku, nowina wyraźnie go przytłoczyła.
Nie wróciła do Hogwartu, więc co się z nią dzieje? I kto w takim razie podrzucił list? Cho Chang? Nie, przecież ona nie jest Kluchonką, nie weszłaby do tej części zamku… Tajemnice, tajemnice…
Wtedy jego wzrok pochwycił ostatnie zdanie listu:

PS. Mój ojciec, Syriusz Black, byłby dumny z nas obojga.

       Nie mógł już Harry nic poradzić i popadł w ciężką melancholię. Siedział na łóżku i wzdychał. Właściwie dlaczego? Przecież z Draconem było mu dobrze, a Kasandrę traktował jak przyjaciółkę, zresztą ona sama już od dawna wydawała się być z tym pogodzona. Ale jednak coś musiało być tam w głębi… No i dziewczyna straciła oko i pół twarzy. Musi to dla niej być prawdziwa tragedia, zwłaszcza, że dawniej prześladowali ją za wygląd…
        Ale Syriusz Black? O czym jeszcze Harry nie wie?
      Wstał, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Wracał do swoich przyjaciół i do słodkiego Dracona – wszyscy troje czekali na niego na murach, może marzli. Kto wie, może i Kasandrę jeszcze przyjdzie mu kiedyś spotkać? Do tej pory żałował jej tak samo, jak żałował profesor Lukrecji de Volaille, która dała im wszystkim bogactwo i szczęście, jakiego się nie spodziewali. Jej już nigdy nie zobaczy, nie będzie miał szansy jej podziękować…
      I w tym momencie przypomniał sobie to, co mu powiedział Neville Longbottom na przerwie po lekcji obrony przed czarną magią. Wtedy Harry go zlekceważył, sądząc, że Neville cytuje mu brudnopis swojego najnowszego poematu, ale teraz słowa kolegi przypomniały mu się z całą ostrością.

       Longbottom twierdził, że kiedy był w poprzedni weekend w Hogsmeade, nieopodal jadłodajni „GoBlin” widział Lukrecję de Volaille. Było to zupełnie niemożliwe, Neville widział jej śmierć tak samo jak Harry i obaj przyszli na pogrzeb. Jednak osoba, którą zobaczył na ulicy, była nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Ta pełna sylwetka, te dwukolorowe włosy, z jednej strony czarne, z drugiej kasztanowe… Szła pod rękę z wysokim brodaczem w eleganckim ubraniu i z laseczką. Oboje wyglądali olśniewająco, ale o dziwo nikt z przechodniów nie zwracał na nich uwagi. Rozmawiali spokojnie i Neville rozpoznał głos byłej opiekunki Szóstego Domu. Nie dosłyszał, o czym mówili, z ich konwersacji wychwycił tylko dwa słowa: „Drżące Wyspy”.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Rozdział 31


       Nastał dzień i Harry musiał przyznać, że zapowiadał się dość lekko. Przede wszystkim zajęcia miały się szybciej zakończyć. Lekcje eliksirów i zaklęć odwołano, ponieważ zarówno profesor Snape, jak i profesor de Volaille zniknęli i nikt nie wiedział, gdzie są. To znaczy Murtaza z Lombottongiem wiedzieli, ale nie powiedzieli.
      To byłaby okoliczność bardzo pozytywna, gdyby nie jeden fakt. W czasie tych lekcji, które się jednak odbyły, Draco siedział z Hermioną i w ogóle nie patrzył na Harry’ego, mimo że ten zachęcająco puszczał mu oczka. Hermiony też zresztą nie obłapiał, jeno gapił się w podłogę tuż przed swoją ławką, ewidentnie czymś zmartwiony. Na przerwach uciekał od towarzystwa, zanim Potter zdążył go o cokolwiek zagadnąć, po prostu znikał bez śladu. Tylko raz Blaise zamienił z nim kilka słów; Harry dowiedział się od niego, że na pytanie, czy wszystko w porządku, Malfoy odpowiedział: „Nie, to znaczy tak”.
      Potter szalenie się tym zaniepokoił i po lekcjach wybrał się na poszukiwania Dracona. Miał w tej chwili ochotę pogłaskać go po platynowej czuprynie i rześko przytulić do piersi. Jednak przewędrował już połowę Hogwartu, a Malfoya nigdzie nie było. Natomiast kiedy zapuścił się w zaklęte rewiry Slytherinu, pragnąc się przekonać, czy jego Smoczuś nie postanowił przypadkiem odnowić znajomości ze Ślizgonami, napadła go Pansy Parkinson.
- Cześć, Harry! – rozszczebiotała się na jego widok. – Co u ciebie? Słyszałam, że teraz ty i Draco już na pewno! No i powiedz, jak ci z nim jest?
- Lepiej, niż sobie wyobrażasz – rzucił Potter z sarkazmem.
- Bardzo się cieszę – Parkinson uśmiechnęła się. – Wiesz co, Harry? Trochę się martwię, bo Draco jest dzisiaj taki nieswój…
- Wiesz coś bliżej? – zainteresował się Harry.
       Pansy spojrzała nań zawstydzona.
- No w sumie… to nie bardzo, ale mam nadzieję, że wszystko wróci do normy.
- Pansy, spójrz mi w oczy – zażądał Potter. – Co ty kombinujesz?
- Ja? Nic nie kombinuję. Ja wam życzę jak najlepiej! I dlatego się martwię, że macie kryzys…
- A mamy? Chyba jesteś lepiej poinformowana ode mnie.
- No, nie wyglądał on najlepiej – przyznała Parkinson. – Ale czytałam gdzieś, że w takiej sytuacji trzeba wpuścić do związku trochę świeżości. Wiesz co? Mam świetny pomysł. Mogę ci pożyczyć pończochy. Draco oszaleje na twój widok!
- Draco już dawno oszalał, a ja jestem następny w kolejce – skrzywił się Potter. – Poza tym dzięki, ale na pewno nie są na mój rozmiar.
      Poszedł dalej szukać Malfoya. Wrócił do sypialni prefekta Klimpfjallu, aby sprawdzić, czy Draco i tam się nie kryje. Zajrzał do łazienki, zajrzał pod stół, za kotary, do szafy i pod łóżko. Sprawdził nawet w barku i pod poduszkami, ale Dracona tym bardziej tam nie było.
      Dopiero dużo później, kiedy odchodził już z niepokoju od zmysłów, tchórzofret wyszedł ku niemu przed salą do transmutacji. Harry złapał go i mocno przytulił.
- Czemu tak dzisiaj przede mną uciekasz? – zapytał. – Stało się coś złego?
- Tak, to znaczy nie – wykrztusił Malfoy.
- Zabiniemu powiedziałeś odwrotnie.
      Draco był roztrzęsiony, unikał wzroku Pottera.
- Jestem w trudnej sytuacji – przyznał wreszcie.
- Nie martw się – pocieszył go Harry. – Jeżeli nie możesz wrócić do rodziców, to ja cię bardzo chętnie wezmę do siebie na wakacje. Zamieszkasz w moim pokoju, będziemy razem chodzić na spacery, wieczorami będę ci śpiewał…
      I dla potwierdzenia swojego głębokiego uczucia zatonął w ustach Malfoya. Draco jednak był zmuszony wkrótce przerwać pocałunek.
- Nie, to nie o to chodzi – powiedział zaczerwieniony. – To coś poważniejszego.
- Wal śmiało – zachęcił Potter.
- No więc… Od czego by tu zacząć… Oczywiście ty, mój Harry, bardzo dobrze rozumiesz pojęcie odpowiedzialności… Jak to Gryfon, no…
- No jasne, że rozumiem, skarbie. Przejdź do rzeczy – powiedział Potter, pieszcząc Malfoya po szyi.
- Bo generalnie to jest tak, że mężczyzna powinien brać odpowiedzialność za swoje czyny – kontynuował Draco, trzymając się za brzuch.
- A kobieta to już nie?
- Tego, no… też. Ale społeczeństwo bardziej tego od mężczyzn oczekuje. Zresztą przytrafiają się czasem sytuacje specyficznie męskie…
- Owijanie w bawełnę zostaw sobie na noc, a teraz gadaj prosto i zrozumiale, w czym problem.
     Draco był cały roztrzęsiony jak galareta i rozdarty jak brzoza. Z jednej strony na skutek dotyku Harry’ego zrobiła mu się erekcja, z drugiej nie mógł się zmusić do powiedzenia Potterowi tego, co powiedzieć musiał. Przelęknął się, miał ochotę płakać.
- Wiesz, Harry – jęknął wreszcie. – Nie gniewaj się, bo ja naprawdę chcę być z tobą i nie chciałbym, żeby to się jakoś źle odbiło…
- Ale co się odbiło, na litość Merlina? – zapytał niecierpliwie Harry, rozpinając Draconowi koszulę.
         Malfoy spuścił oczy, zamilkł, frenetycznie oblizywał wargi. Jeszcze bardziej widać było, że to, co ma do powiedzenia, jest dla niego ciężkie.
- Czy zgodzisz się ze mną, że na przykład niespodziewana ciąża jest sytuacją, w której mężczyzna powinien być odpowiedzialny? – zapytał w końcu i popatrzył na Harry’ego z niepokojem.
       Potter w pierwszej chwili poczuł się jak uderzony w głowę platynowym młotkiem. A więc to tak? Już zaufał Malfoyowi, wydawało mu się, że są w stanie stworzyć atrakcyjny, udany związek, a tu nagle Draco wywinął taki numer! Stało mu się przykro i smutno.
- Czekaj no. Chcesz powiedzieć, że ty… że ty… Zrobiłeś komuś dziecko?
- Nie! – zakrzyknął Malfoy w wielkiej trwodze. – Ja przecież z nikim… No z nikim… Prócz ciebie!
- To w takim razie bądź łaskaw mi wreszcie wyjaśnić, co zaszło!
- Ja – odpowiedział Draco, trzymając dłoń na brzuchu.
       Harry, który właśnie był w trakcie namiętnego rozpinania Dracońskiego paska, początkowo nie poniał tej odpowiedzi. Po chwili jednak dotarł do niego jej sens i z wrażenia opadł na podłogę wraz ze spodniami Malfoya.
- Oż ty w jajca Merlina – wykrztusił wreszcie i spróbował się pozbierać z posadzki.
- Ale Harry… – powiedział Draco.
- Czekaj – Potter był ewidentnie oszołomiony. – Muszę o tym pomyśleć, przyzwyczaić się…
        Malfoy natychmiast pochwycił go w objęcia.
- Przecież mówiłeś… Że odpowiedzialność i w ogóle… Nie zostawisz mnie teraz, prawda? Nie zostawisz? Nie możesz tego zrobić! Błagam cię, Harry!…
      A Potter słuchał i nie dowierzał. Nie sądził, że to w ogóle możliwe, z drugiej strony zaś – od kiedy wstąpił do Szóstego Domu, w zasadzie nic nie powinno go dziwić. Draco błagał, ale gdyby stało się na odwrót i to Harry zaszedł, czy wtedy Malfoy wykazałby się odpowiedzialnością, czy uciekł jak niepyszny? Harry nie zamierzał go o to pytać, jako że Draco już w tym momencie zaczął płakać.
- Pewnie sobie w tym momencie myślisz, że chcę cię złapać na dziecko – szlochał. – Ale to nie tak. To zupełnie nie tak. Przecież kto by przewidział…
        Harry’emu zrobiło się głupio. Zaczął głaskać Malfoya po brzuchu i pieścić po plecach.
- Nie martw się, Draco – szepnął, całując go w szyję. – Będzie dobrze.
- I nie zostawisz mnie?
- Oczywiście, że nie – wyznał Potter. – Ale wiesz, dla mnie to też jest szok, muszę się przyzwyczaić do myśli o tym, że ty… A w zasadzie my…
- Obaj jesteśmy w trudnej sytuacji – przyznał Draco, obejmując jego talię. – Cieszę się, że mogę na ciebie liczyć, kochany…
        Harry zaczął całować wilgotną twarz Malfoya. Wiedział tylko tyle, że rozeznanie przyjdzie później, a na razie całe to zamieszanie trzeba zagłuszyć namiętnością…
- Kocham cię, Harry – szepnął Draco. – Zróbmy to teraz, jestem taki roztrzęsiony…
       I rzeczywiście to zrobili, nie zwracając uwagi na przechodzących uczniów, którzy także udawali, że ich wcale nie widzą.

Powoli zbliżamy się do finału… A tak poza tym - Szczęśliwego Nowego Roku! :D

piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 29

     Minął tydzień. Tego dnia Harry wyjątkowo nie mógł się skupić na lekcjach. Siedzący obok Draco doprowadzał go do szaleństwa. Mimo że Potter starał się za często nie spoglądać na Malfoya i patrzył przed siebie, w stronę nauczycieli, wyobraźnia cały czas podsuwała mu cudowne ciało swojego Smoczusia, smak jego pocałunków, swoje dłonie na jego biodrach, namiętne jęki i dyszenie, jakie wydawał Draco, kiedy…
Sam Malfoy nie ułatwiał sprawy. Co kilka minut łapał Harry’ego pod ławką za kolano, a kiedy nauczyciele się odwracali, błyskawicznie wykorzystywał sytuację, aby go cmoknąć w policzek.
        Po trzeciej lekcji, kiedy wyszli na przerwę, Draco złapał Harry’ego za ręce i odprowadził kawałek.
- Kochanie, tak bardzo cię pragnę – powiedział, zalotnie trzepocząc rzęsami. – Chodźmy do łazienki!
- Do łazienki, Malfoyu? Poważnie? – Potter spojrzał na niego z przyganą. – Jeszcze rozumiem, że mielibyśmy w naszej, to znaczy w mojej. Ale w zwykłym kiblu? Trzymajmy jakiś poziom.
        Draco posmutniał.
- Pewnie mnie już nie kochasz – powiedział.
- Draco, skarbie, czy ty na pewno jesteś trzeźwy? – zaniepokoił się Harry.
- Nie, Harry – zaprzeczył Malfoy. – Jestem upojony namiętnością. Błagam…
- Smoczusiu – tłumaczył Potter. – Co za dużo, to niezdrowo. Im dłużej wytrzymasz, tym fajniej będzie wieczorem.
- A może ja już ci się nie podobam? – zapytał Draco ze smutkiem. – Chcesz, żebym się od ciebie wyprowadził?
- Jeszcze się nawet dobrze nie wprowadziłeś – odpowiedział Harry. – Nie przesadzaj.
     Natenczas Malfoy zrobił starannie przećwiczoną minę zbitego psiaka, która sprawiała, że serce Harry’ego natychmiastowo topniało.
- No proooszę, no proooszę, no prooooszę, no proooooszę, no prooooooszę… - powtarzał, kierując dłoń Złotego Chłopca w taki sposób, aby mógł się przekonać namacalnie, że sytuacja jest bardzo poważna.
- Musisz poczekać do wieczora – stwierdził Potter bezlitośnie, wyrywając rękę delikatnie, acz stanowczo. – Mogę ci wymasować plecy, ale to dopiero na następnej przerwie.
       I odszedł, nie dając Draconowi szansy na odpowiedź.
      Uwielbiał swojego chłopaka, a kochać się z nim wręcz ubóstwiał, jednak niepokoił go fakt, że Draco był ostatnio tak strasznie niewyżyty, jakby opętał go demon współżycia. Harry w ciągu ostatnich dni, a właściwie nocy, ofiarował mu tyle miłości, że Malfoy właściwie nie powinien być w stanie siedzieć, a jednak cały czas chciał jeszcze. Z jednej strony było to słodkie, a z drugiej – Harry’emu groziła śmierć z wyczerpania. Chwilami czuł się, jakby pracował w tartaku.
     Zastanawiał się nad swoimi uczuciami do Malfoya. Oczywiście cieszyło go, że Draco z wroga stał się przyjacielem, a nawet kimś więcej niż przyjacielem. Fakt, że Smoczuś za nim szalał, również Potterowi bardzo pochlebiał. Poza tym uważał byłego Ślizgona za przystojnego chłopaka, lubił być przez niego adorowany i tak samo lubił jemu sprawiać przyjemność. Ale czy go kochał? Nie potrafił powiedzieć. Wiedział jedno. Chciał mieć Dracona przy sobie tak długo, jak tylko się da…
    Harry z rozmarzeniem pomyślał, że na wakacje mógłby zabrać Smoczusia do Dursleyów. Wtedy zobaczymy, kto zamieszka w komórce pod schodami…


     Lucjusz Malfoy siedział zasępiony w jadalni swojego dworu. Sprawy od jakiegoś czasu zjeżdżały po równi pochyłej i brały w łeb. Czarny Pan nie był zadowolony, a kto oczywiście poniesie wszystkie konsekwencje? Jasne, że Lucjusz.
     I jeszcze do tego Draco… Stracili chłopaka już bezpowrotnie. Tyle czasu i wysiłku wpompowali w to, żeby młody Malfoy stał się wiernym sługą Czarnego Pana, a on tymczasem… Aż strach mówić! Oboje z Narcyzą strasznie boleli nad tym, co się stało z ich synem, chociaż z zupełnie odmiennych powodów. Cyzia rozpaczała, że Draco związał się z chłopakiem, natomiast Lucjusz – że zdradził ideały śmierciożerstwa.
- Hej, Lucek! – rozległ się nagle obleśny głos. – Zostało ci jeszcze coś z tej siedemdziesięcioletniej whisky?
     Malfoy obejrzał się z odrazą. Osobnik, który wszedł do jadalni, miał długie, kręcone włosy w kolorze ciemnego blondu, wysokie czoło, bujną brodę oraz czerwoną flanelową szatę w kratkę, chyba niezbyt czystą. Nie czekając na odpowiedź Lucjusza, Synchroniusz Walruss sam otworzył sobie barek i nalał whisky do szklanki.
     Z obrzydzeniem skrzywił się Lucjusz. Właściwie to chciało mu się zwracać. I to ma być ten nowy ulubieniec Czarnego Pana? Było zupełnie niepojęte, na mocy jakiej logiki lord Voldemort, zamiast opierać się na starym, sprawdzonym sojuszniku, jakim był arystokrata Malfoy, swoim najważniejszym człowiekiem uczynił jakiegoś… nie, nawet nie parweniusza, po prostu robola!
Walruss od paru tygodni siedział w gościach u Lucjusza i Narcyzy, bezwstydnie ich objadał, nie zamykał drzwi do toalety i uważał się za bardzo zabawnego. Na każdym kroku podkreślał swoje proletariackie pochodzenie, z ewidentną intencją wkurzania Lucjusza, a poza tym kazał wszystkim mówić do siebie „wujku Synchroniuszu”. Bellatrix Lestrange była nim oczarowana, śmiała się z jego nędznych sucharów. W wolnych chwilach Walruss przeraźliwie grał na flecie, który zresztą był czarodziejski, chociaż nie w sensie mozartowskim. Muzyka nie wywoływała żadnych magicznych skutków, za to sam instrument służył równocześnie jako różdżka.
Co gorsza, za sprawą Walrussa po Malfoy Manor ciągle kręcili się jacyś gówniarze. Lucjusza pusty śmiech brał na myśl, że to niby ma być nowa elita Voldemorta, podczas gdy jego samego Czarny Pan najwyraźniej zamierzał zdegradować do roli dojarza Nagini. I to w dodatku pomocniczego, który wykonywałby tę niewdzięczną i ryzykowną robotę wtedy, kiedy akurat w pobliżu nie kręcił się Peter Pettigrew. Jego z kolei Walruss, z nie całkiem jasnych przyczyn, przezywał Longstreetem. Jakieś mugolskie żarty, dla Lucjusza zupełnie niezrozumiałe.
I to jeszcze nie było najgorsze, do czego facet był zdolny. Od kiedy usłyszał o tym, że Draco i ten Potter… no właśnie… No więc od tej pory drażnił się z nim, wołając: „Lucek, gdzie twój wnucek?”
- Aha, i jakbyś miał czas, to Czarny Pan chce cię widzieć, stary – rzekł Synchroniusz, rozwalając się na kanapie i zakładając nogę na nogę.
      Lucjusz myślał, że udusi drania, tymi ręcami, bez użycia różdżki. Ryzykował surową karę tylko dlatego, że Walruss nie przekazał mu od razu słów Voldemorta. Jakakolwiek dalsza zwłoka jeszcze bardziej rozwścieczyłaby Czarnego Pana, Malfoy przeto udał się do wielkiego salonu na piętrze, gdzie Voldemort miał swe leże.
     Pomieszczenie było pogrążone w ciemności, przez zasłony wpadało tylko niewiele sinobladego światła. Lucjusz od razu poczuł na sobie ciężki wzrok Czarnego Pana, zasiadającego pośrodku salonu, na prowizorycznym tronie, za którym paliła się z tyłu świeca, aby wywołać złudzenie, że jest on jeszcze większy.
Lord Voldemort, jak co dzień, powitał Lucjusza serdecznym Cruciatusem.
- Wzywałeś mnie, panie? – powiedział szybko Malfoy.
- Tak, Lucjuszu, mam z tobą do pogadania.
- Jak rozkażesz, panie.
       Voldemort uważnie spojrzał na swego sługę.
- Dagoth Ur pogniewał się na nas za tamto niepowodzenie – powiedział. – Do tego stopnia, że nie chce ze mną utrzymywać kontaktu.
- Czyż nie opanujemy świata czarodziejów bez jego pomocy, panie? – zapytał Lucjusz. – Przedtem jakoś radziliśmy sobie sami.
- I teraz też byśmy sobie poradzili – rzekł Czarny Pan. – Nie będę go prosił o łaskę, nawet jeżeli z jego pomocą byłoby łatwiej.
- No więc – Malfoy był nieco zdezorientowany – co zatem zamierzasz zrobić, panie?
       Lord Voldemort wstał z tronu i zaczął się posępnie przechadzać po pomieszczeniu.
- Nie mam zamiaru łapać dwóch feniksów za ogon – przyznał. – Potterem, Dumbledore’em i całą tą hogwarcką hałastrą zajmiemy się stopniowo, już niedługo. Wyłapiemy ich jednego po drugim, jak króliki. Była taka książka, „Króliki i węże”, czytałeś może, Lucjuszu?
- Chyba nie miałem okazji, panie – wyznał Lucjusz, którego dezorientacja wciąż wzrastała.
- No to przeczytaj. Jakiś mugol to napisał, ale bardzo ciekawa alegoria. Synchroniusz Walruss mi ją polecił.
       Sami-Wiecie-Kto zignorował niezadowolony grymas Malfoya na dźwięk nazwiska swego najnowszego ulubieńca.
- A co do tego całego Dagoth Ura, to jemu też pokażę, na co mnie stać – powiedział, rozciągając bezwargie usta w rekinim uśmiechu. – Wyślę mu swoją córkę, aby załatwiła jego przeciwnika.
- C… córkę, panie? – wybełkotał Lucjusz. – Nie wiedziałem, że masz córkę.
- Nie mam, ale w każdej chwili mogę mieć, więc nie mów mi, Lucjuszu – Voldemort niespokojnie obejrzał się w stronę swego tronu – że siedzi z tyłu. Brakuje mi tylko odpowiedniej matki.
- No tak, to stwarza pewien problem – zauważył Malfoy.
- Przede wszystkim powinien to być ktoś czystej krwi – kontynuował Voldemort. – Twoja Cycyzia była całkiem niezła, ale to jednak ciągle nie to.
     Lucjusz skrzywił się. Czarny Pan kilka tygodni temu tak wymaglował jego żonę, że do tej pory dochodziła kilka razy dziennie. A teraz jeszcze wybrzydza.
- Ona ma jeszcze siostrę, panie – przypomniał.
- Siostrę? – Voldemort spojrzał na niego z politowaniem. – Nie wyobrażasz sobie chyba, że Bellatrix, moja najcenniejsza współpracownica, miałaby z ciążowym brzuchem biegać z różdżką i zabijać szlamy?
- Cóż, po prawdzie, panie – rzekł Lucjusz – to ją akurat potrafię sobie wyobrazić w takiej sytuacji.
- Aha – Czarny Pan pokiwał głową. – I w jakich jeszcze sytuacjach ją sobie wyobrażasz?
     Malfoy spuścił oczy. Nie wyobrażał sobie odpowiedzi, której mógłby teraz udzielić, aby nie sprawiać wrażenia zboka marzącego o przeleceniu własnej szwagierki.
- Jedyna sytuacja, w której nie potrafię jej sobie wyobrazić, to Bellatrix gotująca bigos – odpowiedział po namyśle.
- Bardzo słusznie – Voldemort uśmiechnął się drapieżnie. – Siostra twojej żony nienawidzi kapusty, od kiedy natknęła się w Hogsmeade na swego zatraconego siostrzeńca.
      Lucjusz drgnął na wzmiankę o Draconie, spojrzał na Czarnego Pana niespokojnie.
- Pewnie bardzo się martwisz tym, co się stało z twoim synem – rzekł Voldemort. – Musisz wiedzieć, że jest dla niego jeszcze szansa. Posłuchaj. Mam szczwany plan…


środa, 13 listopada 2013

Rozdział 28


  W czasie, gdy w sypialni prefektów Szóstego Domu buchały płomienie miłości, znacznie skromniejsza, acz nie mniej trwała relacja rozwijała się w innej części Hogwartu. Cho Chang i Kasandra Swiftsure stały się najlepszymi przyjaciółkami. Krukonka czuła się już prawie całkiem dobrze, ale nadal wymagała opieki, więc Kasandra porozmawiała z panią Pomfrey i wzięła na siebie obowiązek doglądania koleżanki. Dzięki temu spędzały razem jeszcze więcej czasu.
- W życiu bym nie pomyślała, że kiedyś będę się tak obżerać – powiedziała Cho.
- Przypadki chodzą po ludziach – uśmiechnęła się Kasandra. – Ja sama jeszcze niedawno byłam tak okropnie nieśmiała, że strach pomyśleć. Ta misja ratunkowa bardzo mi pomogła na samoocenę.
- Nie tylko na ciebie wpłynęła – uśmiechnęła się uczennica z Ravenclawu. – Na przykład taki Malfoy…
  Zauważyła, że przyjaciółka drgnęła na dźwięk tego nazwiska.
- Przepraszam – zareagowała. – Widzę, że trafiłam w czuły punkt…
- Nic nie szkodzi – odpowiedziała Swiftsure. – Już pogodziłam się z myślą, że Harry nie jest dla mnie. W końcu zobacz, on mi jakoś specjalnie nie okazywał zainteresowania, tylko parę razy mi powiedział, że mam ładne zęby, co i tak mi wszyscy mówią…
- Łącznie ze mną – zauważyła Cho.
- No właśnie. Postawiłam na nim kreskę. Zresztą ten Draco też z biegiem czasu zdaje się względnie sympatyczny…
- Nie zawsze taki był. Dopiero w tym roku tak się wszystko zaczęło dziać. Przedtem był okropny.
- Wiem, miałam okazję się zetknąć z tamtą stroną jego natury – Kasandra pokiwała głową. – To mi przypomina… To, co przeżyłam w Durmstrangu.
  Cho spojrzała na nią z zastanowieniem.
- To musiało być straszne – powiedziała.
- I było. Właściwie nikomu o tym dotąd nie mówiłam, ale skoro jesteś moją przyjaciółką, może mnie wysłuchasz.
- No jasne – potwierdziła Cho, podsuwając Kasandrze talerz z ciastem.
- Jak ci już mówiłam, grupa uczniów z bogatych rodzin przyczepiła się do mnie na czwartym roku. Znęcali się nade mną metodycznie przez prawie dwa lata. Wyzwiska, podkładanie nóg, zabieranie jedzenia na stołówce… Jakoś to znosiłam. Byłam najlepsza z dziewczyn w quidditchu, nie zależało mi na byciu najpopularniejszą, w każdej szkole są takie męty, no to spoko.
  Zadrżała. Cho objęła ją ramieniem, aby dodać pewności siebie.
- Pewnego dnia… Było to w kwietniu… - opowiadała Kasandra – szłam sobie korytarzem, kiedy nagle mnie otoczyli. Miałam zamiar ich olać i iść dalej swoją drogą, jak zawsze. Wtedy jeden z nich złapał mnie za rękaw i rzucił na ścianę. Stłukłam sobie plecy i leżałam na posadzce, a oni stali i wyśmiewali się ze mnie. Potem zaczęli mnie kopać. Wszyscy razem, ale szczególnie jeden. Miał tak silnego kopa, że Cruciatus mógł się wydawać pieszczotą, a ja mam porównanie. Najbardziej bałam się, żeby tylko nie wybili mi zębów… Potem jeden mnie podniósł i rzucił w kąt, gdzie leżały jakieś szklane skorupy. Upadłam brodą prosto na to szkło. Uzdrowiciele robili, co mogli, ale i tak blizny pozostaną mi do końca życia.
- Biedna Kasandra… - westchnęła Cho. – Ale dość ładnie ci się zagoiły.
- I to jeszcze nie wszystko – Swiftsure wykrzywiała się z zakłopotaniem, w jej oczach pojawiły się łzy. – Leżałam tam, na korytarzu… Pobita, skopana, sponiewierana, z zakrwawioną twarzą… I wtedy jedna dziewczyna… Wiesz, z tej bandy… Ona podeszła do mnie, uklękła nade mną i kazała… No wiesz…
  Cho Chang pisnęła z szoku. Odruchowo odsunęła się od Kasandry.
- Uważasz mnie za nieczystą? – Gryfonka spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.
- Nie, skądże znowu – Cho uśmiechnęła się przepraszająco i ponownie przytuliła Kasandrę. – Bardzo ci współczuję i zrobiłabym wszystko, żeby ci pomóc. Myślałam tylko, że po tym… zdarzeniu… nie lubisz dotyku.
- Słuchaj, Cho, może i jestem w dalszym ciągu trochę nieśmiała, ale wystarczająco asertywna, żeby powiedzieć od razu, gdyby mi się coś nie podobało. Dziękuję ci bardzo za wsparcie. Jesteś pierwszą osobą, której o tym w ogóle opowiedziałam.
- Zawsze możesz ze mną pogadać o wszystkim – rzekła Krukonka. – I niech dementorzy porwą tych podleców. A teraz zjedz coś.
  Kasandra wyjęła z kieszeni cygaro, zapaliła.
- Ty palisz? – zdziwiła się Cho.
- Rzucam – Swiftsure uśmiechnęła się słabo. – Przez tamto wszystko wpadłam w nałóg. Ale robię, co mogę, żeby się tego pozbyć. Trzymam się na poziomie jednej fajki w miesiącu.
  Cho popatrzyła na nią zatroskana.
- Tylko mi z nim gdzieś nie zaśnij – powiedziała. – Skrzaty nie mają w umowie obowiązków straży pożarnej.
- Bez obawy – uśmiechnęła się Kasandra. – To jest magiczne cygaro, samo się zapala i gaśnie, kiedy chcę.


***

    Harry obudził się w środku nocy i złapał za różdżkę, żeby sobie poświecić. Zaskoczone stęknięcie Dracona uświadomiło mu, że to jednak nie była różdżka. Uświadomienie sobie tego faktu spowodowało, że chwilę później w łóżku znalazły się już dwa obiekty różdżkopodobne. Nie mówiąc o prawdziwej różdżce.
- Cześć, króliczku – uśmiechnął się Draco, patrząc na Pottera przez półprzymknięte powieki.
- Cześć, Smoczusiu. Jak ci się śpi?
- Super – Malfoy wyciągnął rękę do Harry’ego. – Chodź tu bliżej. Mam ochotę porządnie obślinić mojego chłopaka.
- Już nie przesadzaj, świetnie całujesz – Harry pogłaskał go po platynowych włosach. – No, dawaj.
  I przysunął się bliżej, podstawiając Draconowi swoją klatkę piersiową .
- Jesteś super, człowiek – powtarzał, wsłuchując się z rozkoszą w cmoknięcia dochodzące z rejonu jego żeber. Nawet gdyby dotyk warg Malfoya nie był tak niesamowicie przyjemny, sam odgłos by wystarczył, aby doprowadzić Pottera do szaleństwa.
- Dobrze, teraz moja kolej – wykrztusił wreszcie i pochylił się, aby zwrócić Draconowi pieszczotę z nawiązką.
  Leżeli potem wtuleni w siebie, odwlekając i zawieszając w czasie tę chwilę, gdy w końcu pójdą na całość…
- A nie masz mi za złe? – upewnił się Harry. – Wiesz, tego wszystkiego, co się działo na ucztach?
- Nie no, coś ty – Draco przytulił się do jego ramienia. – Przecież wtedy jeszcze nie byliśmy razem…
  Złoty Chłopiec chwycił oburącz głowę Malfoya i wypełnił jego usta długim, gorącym pocałunkiem.
- Wiesz co – powiedział. – Czasem wydaje mi się, że tamte wszystkie dziewczyny na ucztach, i paru chłopców, nawiasem mówiąc… To wszystko był trening, zanim trafię na ciebie…
- Ty, słuchaj… - wykrztusił Draco. – Nie gniewasz się na mnie za Ritę Skeeter? Wiem, że to brzmi głupio, ale zrobiłem to dla dobra Hogwartu…
- Za dużo myślisz, Smoczusiu – Harry posmyrał Malfoya w nosek. – Chodź tu bliżej.
  Kilka minut później obaj osiągnęli spełnienie i ponownie zasnęli.
  Jednak po paru godzinach Potter obudził się znowu. Z drugiej strony łóżka dobiegał szloch…
- Draco, co się stało?
- Miałem sen – wykrztusił Malfoy roztrzęsiony/
- Ale o czym? – zapytał Harry. – Że nadejdzie taki dzień, kiedy czarodzieje i mugole, czystokrwiści i szlamy, Gryfoni i Ślizgoni…
- Nie – zaprzeczył Draco. – To było… To był koszmar. Hogwart… Cały zrujnowany. Wszędzie pył i gruz. I widziałem… jego…
- Voldemorta?
  Malfoy pokiwał głową.
- Właśnie. Walczyłeś z nim, byłeś… zakrwawiony. Patrzyłeś na mnie… Chciałeś, żebym ci rzucił swoją różdżkę, ale nie mogłem… Przykleiła mi się do ręki…
- Spokojnie – powiedział Harry, gładząc Dracona po ramionach. – To tylko sen. Wszystko będzie dobrze…
- Nie oddam cię, Potter – Draco rozpłakał się. – On cię nie dostanie. Po moim trupie…
- Ja ciebie też – odrzekł Harry.
  Przytulił czule rozdygotanego Malfoya. Draco przywarł do jego ciała, stopniowo się uspokajał i rozluźniał. Już wkrótce zapomniał o koszmarze. Był szczęśliwy. W ramionach Harry’ego znalazł dom prawdziwszy niż Malfoy Manor.

***

    W Komnacie Tajemnic spotkali się Albus Dumbledore i Lukrecja de Volaille.
- Cóż, pani profesor – zagaił Dumbledore. – Skoro spotykamy się w Komnacie Tajemnic, to wnioskuję, że to, o czym chce pani porozmawiać, jest tajemnicą.
- Ma pan całkowitą rację, dyrektorze – odrzekła opiekunka Klimpfjallu. – Już zbyt wiele osób kręci się wokół tej całej sprawy.
- Musiałem odsunąć profesor Umbridge od spraw związanych z Szóstym Domem – oświadczył Albus. – Nie jestem pewien jej lojalności, więc na wszelki wypadek lepiej, żeby nie była za bardzo wtajemniczona.
- A gdzie Moody? – zapytała de Volaille.
- Pojechał do Londynu w sprawach aurorskich – odrzekł dyrektor. – Nie możemy teraz liczyć na jego wsparcie.
- Wsparcia będziemy potrzebowali wiele – przyznała Lukrecja. – Nieprzyjaciel rośnie w siłę. Według analizy różnych danych, na przykład napisów na murach w takich miejscach, jak przecznice ulicy Pokątnej, śmierciożercy szykują solidne przegrupowanie. Znaczącą rolę ma tu odgrywać Organizacja Zagraniczna.
- Zapewne macza w tym palce nasz znajomy Walruss – stwierdził Dumbledore, spoglądając znad okularów.
   Lukrecja odwróciła wzrok.
- Wolałabym, dyrektorze, aby nie nazywał go pan w ten sposób.
- Przepraszam. Co w ogóle nam wiadomo o tych ludziach?
- Chodzą słuchy, że Voldemort zamierza na bazie tego młodego narybku utworzyć swego rodzaju Anty-Hogwart. Własną szkołę czarodziejów, z naciskiem na czarną magię.
- Kto by miał tam wykładać? – zdziwił się Dumbledore. – Ze starych śmierciożerców nie uzbierałoby się dość dużo kompetentnych nauczycieli, poza tym zapewne Voldemort wolałby co zdolniejszych wykorzystywać w terenie niż kazać im się zajmować młodzieżą.
- Mimo wszystko to jest coś, czego nie należy lekceważyć – zauważyła de Volaille. – Synchroniusz Walruss to niezwykle niebezpieczny i sprytny osobnik. Chociaż jest czarodziejem czystej krwi, wie wszystko o mugolach i potrafi perfekcyjnie wtapiać się w ich towarzystwo. Gdyby zobaczył go pan jako mugola, nigdy by pan nie zgadł, że ten człowiek ma cokolwiek wspólnego z magią. Mnóstwo znajomych mugoli i całkiem możliwe, że wykorzysta swoje znajomości w swojej pracy dla Voldemorta…
- Voldemort miałby korzystać z mugolskich sojuszników? – zdumiał się dyrektor. – Świat się kończy…
- To właśnie dlatego tak trudno złapać Walrussa. Aurorzy śledzą go od miesięcy i nie potrafią nic zrobić.
  Albus Dumbledore spojrzał na opiekunkę Kluchonów z zastanowieniem.
- Co pani sądzi o uderzeniu prewencyjnym? – uśmiechnął się chytrze.
- W jakim sensie, dyrektorze?
- Potter i jego towarzysze już raz dokonali niemożliwego – Dumbledore zatarł ręce. – Przekroczyli granicę światów, aby przyprowadzić z powrotem duszę panny Chang. Czymże jest w porównaniu z tym zlokalizowanie paru młodocianych chulimagów i unieszkodliwienie ich?
  Profesor de Volaille pobladła.
- Nie! – zaprotestowała. – Pan sobie nie zdaje sprawy z tego, jak niebezpieczny jest Walruss. Niektórzy mówią, że potężniejszy i bardziej szalony niż Bellatrix Lestrange. Atak już teraz to pewna śmierć. Grupa Pottera nie doszła jeszcze całkiem do siebie po powrocie z tamtej misji. Właśnie teraz pomiędzy niektórymi z Kluchonów, samego Pottera nie wyłączając, wykuwają się potężne więzi, które powinny być dla nich wielkim wsparciem. A panna Swiftsure? Gdyby wpadła w ich ręce, a oni się dowiedzieli, że jest córką tego, no, Czarnego…
- A może by tak postąpić po slytherińsku, czyli podstępem? – przerwał jej Dumbledore, urzeczony swoim niespodziewanym pomysłem. – Skoro ten cały Walruss jest aż tak potężny, moglibyśmy go przekonać, że powinien zająć miejsce Voldemorta. Wybuchnie walka o władzę, jeden wykończy drugiego i wykona część roboty za nas. Zostanie osłabiony na placu boju, a my będziemy tylko musieli… wypuścić psy!
- A ma pan już kandydata na agenta wpływu? – zapytała Lukrecja. – Draco Malfoy jest już dla nich spalony…
- Pansy Parkinson! – wykrzyknął Dumbledore. – Nie, żartuję. Dopiero teraz wpadłem na ten pomysł, więc będę musiał to gruntownie przemyśleć. W każdym razie, niech ten Walruss nie będzie taki mądry, bo mu tyłu zabraknie.

***
- Wiesz co, Draco? Ja nie chcę nic mówić, ale jesteśmy w szkole, więc może dobrze by było, nie wiem, na jakieś lekcje iść?
- Bez obawy, króliczku, poradzą sobie bez nas.
- Ja jestem prefektem, mam obowiązki.
- To powiesz, że musiałeś dyscyplinować wyjątkowo niegrzecznego ucznia. Mmmmrrrr…
- Dobra, wstaję.
- Jeszcze tylko raz, błagam…
- Jak tylko raz, to może być. Ale potem już na lekcje.
- Wiedziałem, że się zgodzisz. Słodziak z ciebie.
- Nogi szerzej, słodziaku.
- Dla mojego króliczka wszystko.


poniedziałek, 4 listopada 2013

Rozdział 27

  
W piątek lekcja eliksirów, ostatnia tego dnia, nie odbyła się, bo Snape przez pomyłkę sam sobie wlepił szlaban i musiał odsiedzieć do końca. Wobec tego można było wcześniej iść do Hogsmeade.
Draco Malfoy szedł więc ulicą, przyglądając się smętnie witrynom sklepów. Nie na wiele było go już stać, oszczędności powoli się kończyły i Draco coraz częściej martwił się, jak sobie da radę bez wsparcia rodziny. Znalazł w dormitorium kostkę mydła słodowego i poszedł do antykwariusza z Hogsmeade, żeby ją sprzedać jako artefakt z innego świata. Zażyczył sobie dwustu funtów, ale stary dziad powiedział, że nie może dać więcej, jak dwadzieścia, więc Malfoy uniósł się honorem i do transakcji jednak nie doszło.
Jakaś nieznajoma blondynka uśmiechnęła się do niego, zalotnie mrugając, ale Draco tylko machnął jej ręką. Nie miał ochoty na przelotne romanse, w grę wchodziło coś o wiele poważniejszego… Wrócił myślami do tematu przemiany w dziewczynę. Dowiedział się już, że zabiegi tego rodzaju przeprowadza daleki kuzyn dyrektora, Huckleberry Dumbledore, ale on kazał sobie słono płacić, mieszkał aż w Nowej Zelandii, a w dodatku takie rozwiązanie byłoby wątpliwe pod względem dyskrecji. Cóż, na pewno są jeszcze inni specjaliści… Najpierw jednak Malfoy powinien się zastanowić, jaką konkretnie dziewczyną miałby być. Zwykle wyobrażał sobie siebie jako długonogą blondynkę, ale jeżeli Potter woli rude… Może należałoby jakoś delikatnie wypytać, jaki jest jego typ?
Draco tak się zamyślił, że nie patrzył przed siebie i nagle z impetem wpadł na kogoś, kto wyszedł z bocznej uliczki. Miał zamiar go obsobaczyć, ale spojrzał, z kim ma do czynienia, i tylko otworzył usta.
- O, cześć, Potter – powiedział wreszcie. – Ty też dziś poszedłeś do Hogsmeade?
- Malfoyu, masz różdżkę w kieszeni czy cieszysz się na mój widok? – uśmiechnął się Harry.
- Jedno i drugie – odpowiedział Malfoy, zresztą zgodnie z prawdą.
- Co porabiasz na mieście? – zainteresował się Harry.
- Szwendam się – rzekł Draco bez ogródek. – Kasa mi się kończy, więc korzystam z życia, dopóki mogę.
- Możesz się poszwendać ze mną – zaproponował Potter. – My z Szóstego Domu powinniśmy sobie pomagać.
    Przespacerowali się zatem przez Hogsmeade, przyglądając się wystawom. Draco narzekał, że antykwariusz nie chciał kupić mydła słodowego, chociaż teraz, gdy Hogwart został zabezpieczony przed powstawaniem szczelin między światami, artykuł ten będzie coraz rzadszy. Poszli też do optyka, gdzie Potter miał zamówione zapasowe okulary. W warsztacie była kolejka, a oni akurat wtedy trochę sobie pomilczeli, więc Draco mógł uchodzić za innego klienta.
- Panowie są razem? – zapytał majster, gdy Harry odebrał już swe bryle.
- Tak – potwierdził Potter.
Draco niczego nie dał po sobie poznać, ale w środku prawie dostał zawału z radości.
- Ciekawe, jak bym wyglądał w okularach – powiedział, gdy wyszli na ulicę. – Dasz przymierzyć?
- Sorry, ale cudzych okularów się nie przymierza – Harry pokręcił głową. – Wzrok sobie zepsujesz.
- Ja już i tak jestem cały zepsuty – uśmiechnął się Draco. – Chcesz się przekonać?
- Chodźmy coś zjeść – zaproponował Złoty Chłopiec zamiast odpowiedzi. – Może do GoBlina?
W jadłodajni panowała spokojna atmosfera. Harry i Malfoy zamówili po porcji flaków.
- W życiu bym nie przypuszczał, że będziemy razem jeść obiad – zauważył Potter.
- Nie jestem już tym Draconem, którego dawniej znałeś – rzekł Draco. – Czasem się zastanawiam, czy nie zmienić nazwiska.
- Na jakie? – zaciekawił się Harry.
- Jeszcze nie wiem. Może Bonfoy.
- Draco Bonfoy? Jakoś nie brzmi.
            Draco milczał przez chwilę.
- A co powiesz na to: Draco Potter? – zapytał.
- No wiesz! - Harry uszczypnął go pod stołem. – Nie przesadzaj.
            Tchórzofret westchnął, uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
- Zrobiło mi się przykro – powiedział.
- Przykro? Tobie? – Harry był bardziej niż zdumiony. – Dawny Draco już dawno wyciągnąłby na mnie różdżkę.
- Teraz też bym wyciągnął – Malfoy uśmiechnął się lubieżnie. – Ale nie przy ludziach.
            Potter zaczerwienił się nagle.
- Tak? A kto dopiero co chciał być moim niewolnikiem, z którym będę mógł robić wszystko i wszędzie?
- Jakby co, oferta pozostaje aktualna – rzekł Draco.
            Harry nie patrzył na byłego gwiazdora Slytherinu.
- Jedz, bo wystygnie – zmienił temat.
         Przez chwilę jedli bezgłośnie. W pewnym momencie Potter dostrzegł niespokojne spojrzenia, którymi Draco obrzucał pomieszczenie.
- Co się tak rozglądasz?
- Podobno można tu spotkać ciotkę Bellatrix – powiedział Malfoy. – Ale to drobna niedogodność, ważne, że jestem z tobą.
- O, ty słodziaku – rozczulił się Potter. – Chodź na kolana.
          Draco, niewiele myśląc, a już zupełnie nie zwracając uwagi na innych gości w lokalu, bystrym kłusem okrążył stolik. Usadowił się Harry’emu na kolanach i zaczął pokrywać jego twarz pocałunkami. Trwało to jakąś godzinę, aż okazało się, że chociaż chłopcy się rozgrzali, to jednak obiad im wystygł. Potter zamówił więc ponownie flaki i zjedli je na pół z jednego talerza.

           Wracali z Hogsmeade w dobrych nastrojach. W pewnym momencie Draco chwycił dłoń Harry’ego. Spodziewał się, że Potter wyszarpnie rękę, ale ten niczego takiego nie zrobił.
            Kiedy dotarli do zamku, Harry zaproponował nagle:
- Chciałbyś zwiedzić moją aktualną melinę?
- Jasne! – ucieszył się Malfoy. – Słyszałem, że masz teraz dobre warunki…
      I posmutniał trochę, bo przypomniał sobie, że Harry, na spółkę z Kasandrą Swiftsure, dostał sypialnię prefektów Szóstego Domu. Potter jednak otworzył drzwi i wpuścił tchórzofreta do pomieszczenia.
        Draco był zaszokowany wystrojem pokoju, który nie wyglądał na mniej luksusowy od pomieszczeń w Malfoy Manor. Kominek, wielkie łoże, dębowa szafa, zwierciadło… Uważnie rozglądał się po zakamarkach pokoju, próbując wypatrzeć damskie ciuchy, kosmetyki czy cokolwiek, co mogłoby jego zdaniem świadczyć, że przebywała tu dziewczyna. Nic takiego nie dostrzegł, za to zauważył ogromnego pluszowego misia stojącego obok łóżka.
- O, poznaję tego pluszaka! – ucieszył się. – To ode mnie. Opowiadałem ci już, jaki miałem kłopot z wciągnięciem go do wieży Ravenclawu?
- Chyba nie – stwierdził Potter. – Albo nie pamiętam. Zobacz jeszcze łazienkę.
- A gdzie Kasandra? – zaryzykował Malfoy. Wiedział, że Harry może się obrazić za tak bezpośrednie pytanie, ale nie mógł znieść niepewności.
- W swojej sypialni – Harry wzruszył ramionami.
- Jak to? – Draco był w szoku. – To wy nie mieszkacie razem?
- Są dwie sypialnie. Ja mam swoją, ona swoją. Chodź lepiej, zobacz, jaką wannę dostałem od Dumbledore’a.
      Wanna była duża, trzyosobowa (chociaż Draco wolał się nie zastanawiać, kto miałby być tą trzecią osobą). Na brzegu znajdowały się dwie figurki: nimfa kucająca nad krawędzią i hipopotam.
- Ta nimfa to kran – wyjaśnił Harry. – Przekręcasz głowę w lewo – gorąca woda. W prawo –zimna. A jak szturchniesz tego hipcia, to rzuca się zaklęcie zabezpieczające przed osunięciem się do wody, gdybyś zasnął w kąpieli.
        I na potwierdzenie swoich słów pozyglował przy nimfie, z której zaraz zaczęła lecieć woda. Spojrzał na Dracona z zastanowieniem.
- No co? Nie wykąpiesz się? Bądź moim gościem.
     Malfoy praktycznie zapomniał języka w gębie. Potem zaczął zdejmować szatę, ale ręce tak mu się trzęsły, że jakoś się w niej zaplątał. Harry, który był już w zasadzie gotów, pomógł mu, po czym niemal siłą zerwał z niego koszulę, a potem stanął i popatrzył z zadowoleniem na swoje dzieło.
        Draco, kończąc zrzucanie reszty przyodziewku, przygryzł wargę. Szum wody i widok ciała Harry’ego w całej jego krasie pobudziły go niesamowicie, nie mógł oderwać wzroku od Złotego Chłopca. Potter widział, jak Malfoy na niego patrzy, i spojrzenie to czyniło mu wielką przyjemność.
- No dobra, woda już jest – zauważył w końcu, gdy wanna była już pełna. – Wchodź.
- A ty? – Draco spojrzał na niego podejrzliwie.
- Zaraz przyjdę – oznajmił Harry i wyszedł z łazienki.
        Malfoy z przyjemnością zanurzył się w odprężających, wonnych odmętach kąpieli. Przymknął oczy, a kiedy je otworzył, Potter wchodził do wanny z butelką wina w dłoni.
- Napijmy się – zaproponował. Wtedy Draco spostrzegł, że na półeczce obok wanny stoją kieliszki.
        Siedzieli więc w parującej wannie, ciesząc się swoim widokiem oraz dobrym winem. Malfoy czuł się niesamowicie rozpalony.
- Wiesz, co ci powiem? To była chyba najlepsza randka, jaką pamiętam – powiedział wreszcie.
- Też mi się tak wydaje – stwierdził Harry. – Cieszę się, że w końcu się zaprzyjaźniliśmy.
Nagle przypomniała mu się ta noc w jaskini, kiedy to przekonał się, że u Malfoyów nie tylko bogactwo jest wielkie.
- Wiesz, Draco, wtedy, w tej jaskini… - powiedział zniżonym głosem. – Bardzo mi się podobało.
- Dzięki… - Malfoy spuścił oczy zakłopotany.
- A tobie? – zainteresował się Potter.
         Draco spojrzał na niego poważnie.
- Mam mówić szczerze?
- No pewnie. Przecież cię nie zjem.
- Z żadną dziewczyną nie było nigdy tak super, jak z tobą.
- Smoczusiu… - szepnął Harry i zatopił się w ustach Dracona.
      Przez jakiś kwadrans słychać było tylko głośne odgłosy całowania i chlupot, gdy chłopcy czasem zmieniali położenie. Draco, wychodząc tego dnia do Hogsmeade w złym nastroju, nawet nie przypuszczał, że pod wieczór stanie się najszczęśliwszym człowiekiem w Hogwarcie. Czuł, że w zielonych oczach Złotego Chłopca wreszcie odnalazł siebie, że to jest jego prawdziwe życie. Głupi Draco, chciałeś się zmieniać w dziewczynę, a on chce właśnie ciebie, takiego, jakim jesteś!
Obejmował Pottera za szyję, dając mu się swobodnie adorować. Dłonie Harry’ego błądziły żarłocznie po całym ciele Malfoya, nastawione na wywołanie jak największej przyjemności, omijając jedynie tę jedną część ciała, którą Draco pragnął, aby wreszcie zauważyły. Czy on mi robi na złość, pomyślał. Mógłby wreszcie złapać tam, gdzie ja chcę… Lecz nic nie powiedział, skupiając się na tym, by całować jak najnamiętniej…
      W końcu obaj wygramolili się z wanny, ciężcy prawem Archimedesa. Harry sięgnął po grube, puchate ręczniki i z radością wytarł Malfoya, potem sam się wytarł i przywdział długi biały szlafrok. Draco musiał przyznać, że Potter wygląda w tym szlafroku niesamowicie szałowo. Był w tej chwili gotów zrobić dla niego wszystko.
Kiedy wyszli z łazienki, Harry chwycił Malfoya za rękę i poprowadził w stronę łóżka. Draco jednak w połowie drogi zatrzymał się.
- Muszę iść do swojego dormitorium – powiedział, spuszczając oczy.
            Potter, nieoczekiwanie dla siebie, poczuł jakiś ciężar w sercu.
- No cóż, skoro tak, to nie będę cię zatrzymywał… - stwierdził.
Nagle zrobiło mu się smutno. Malfoy popatrzył na niego z zakłopotanym uśmiechem.
- Chciałem iść po piżamę - wyjaśnił.
- A po co ci piżama? – zapytał Harry, obejmując Dracona w talii. – Będzie tylko przeszkadzać…
         Pociągnął go za sobą, a potem zdecydowanie popchnął, aż Malfoy stracił równowagę i padł z impetem na kołdrę. Potter natychmiast rzucił się na niego.
- Kocham cię – powiedział Draco. Ale nie doczekał się odpowiedzi, gdyż usta Harry’ego były akurat zajęte czym innym. Cóż, z pewnością Malfoy nie mógł się przez to uważać za pokrzywdzonego.
- No więc wiesz… – podjął opowieść. – Wciągnąć tego misia po schodach… uff… to naprawdę była ciężka… uff… robota. Całe szczęście… ooo!… że nikogo nie spotkałem, przecież taki Weasley by mnie… oooch… zabił śmiechem normalnie. Ale nie znasz… uuff… najlepszej części. Nie chciało mi się tego misiaaaaa… och… targać z Hogsmeade do zamku. Uuuch! To wziąłem świstoklika i teleportowałem się do tej szafy, och!… tej co wiesz. Aaaa! I tak jakoś trafiłem, że… ooooo!… wpakowałem się… ooooch!… prosto na Severusa. Oooj! Oooj! Harryyy! Czy ty mnie w ogóle… och! Ooch! Ooooch! OOOOOOCH! SŁUCHAAAAAAAASZ?!
         Harry przytulił się namiętnie do zdyszanego Malfoya. On też był wciąż gorący.
- Opowiedz mi to jeszcze raz – wyszeptał mu do ucha. – Jeszcze młoda godzina, cała noc przed nami…



czwartek, 19 września 2013

Rozdział 25


Kasandra Swiftsure leciała na miotle ponad błoniami Hogwartu. Miotła była taka sobie. Lekka, łatwa w prowadzeniu, ale za bardzo poddawała się podmuchom listopadowego wiatru. Znosiło ją w prawo i Kasandra musiała trochę się wysilać, żeby utrzymać kurs. Dobrze, że tym razem chociaż nie padało.
        Przeleciała nad płaszczyzną błoń, zbliżyła się do zamkowego muru. Dwadzieścia stóp z lewej jakiś kształt zerwał się spomiędzy blanków. Spokojnie, to tylko Zabini leci ją zmienić.
           Kasandra wylądowała na szczycie muru i przez chwilę stała wpatrzona w ciemną ścianę Zakazanego Lasu. Przypomniało jej się, jak Crabbe i Goyle ścigali ją w powietrzu, jak ściskał ją żołądek i jak rozkleiła się później pod ramieniem Pottera… Co się zmieniło od tego czasu? Cóż, z pewnością była o wiele bardziej zdecydowana i odważna, nie była już tą rzygającą mimozą, którą kojarzono w Durmstrangu.
      Czyli ogólnie przeniesienie do Hogwartu wyszło jej na zdrowie. Inna sprawa, że przenosząc się do nowej szkoły, spodziewała się, że odegra nie wiadomo jaką rolę, a tymczasem wszyscy najwyraźniej dawali sobie radę bez niej. W dodatku się zakochała, nie wiadomo, czy bez wzajemności, ale na pewno bez sensu…
- Czemu taka smutna? – usłyszała głos za plecami. Odwróciła się. Stała za nią Cho Chang.
- Nie, nic – Swiftsure pokręciła głową.
- Dzięki za ratunek – uśmiechnęła się Cho.
- To nic takiego – Kasandra spuściła oczy. – Byłam tylko jedną z czworga.
- Ale ludzie mówią, że bez ciebie by sobie nie poradzili.
- To dobrze – westchnęła Kasandra.
- Jestem wam naprawdę wdzięczna – ciągnęła Chang.
- Ale nie ma za co – stwierdziła Swiftsure. – Tylko wykonywaliśmy swój obowiązek.
         Cho zaśmiała się dyskretnie.
- Od razu widać, że jesteś z Gryffindoru.
         Kasandra oparła się o miotłę.
- Słuchaj, Cho… - powiedziała. – Co się z tobą działo, kiedy… No, kiedy cię nie było?
- Nie wiem – Krukonka spojrzała smutno na młodszą koleżankę. – Nic nie pamiętam. Kompletna pustka. Pamiętam tylko tamtego potwora, ból… a potem obudziłam się u Munga, strasznie głodna. Nie wiem, co się ze mną działo i w ogóle jakoś nie mogę się pozbierać.
- No tak – Kasandra pokiwała głową. – Ty masz naprawdę poważne problemy, nie to, co ja.
         Chang spojrzała na nią z uwagą.
- A o co chodzi? Może mogłabym pomóc? Nosi mnie po prostu, od kiedy doszłam do siebie. Koniecznie chcę się do czegoś przydać, a jestem ciągle jeszcze za słaba. I cały czas strasznie chce mi się jeść.
- To już będą ponad dwa tygodnie, prawda? – upewniła się Kasandra.
- Zgadza się – potwierdziła Cho. – Pani Pomfrey powiedziała, że aż do świąt mogę jeść, ile wlezie, bez obawy o figurę. A w zasadzie muszę, żeby utrzymać dotychczasową wagę, bo inaczej znowu zacznę chudnąć.
         Swiftsure zarzuciła miotłę na ramię i powlekły się w stronę najbliższych drzwi.
- No więc co cię trapi? – zapytała w końcu Cho Chang.
- Nic takiego, w porównaniu – odrzekła Swiftsure. – Takie tam. Harry i w ogóle.
- Który Harry? Potter?
- No – potwierdziła Kasandra. – Tak trochę się zakochałam.
- Trochę? Tylko trochę? – Cho uśmiechnęła się. – Ja też. Kiedyś, dawne dzieje.
         Gryfonka spojrzała na nią z niepokojem. To się dopiero wpakowała!
- Chcesz o tym pogadać? – zapytała Cho. – Albo o czymkolwiek innym? Od tamtego czasu cierpię na bezsenność, więc potrzebuję kogoś, żeby pogadać. Nie chcę zostać alkoholiczką.
         Dziewczyny weszły do środka i przemierzały łagodnie oświetlony korytarz.
- Możemy pogadać – rzekła Kasandra.
- To wpadaj do mnie, kiedy chcesz.

W ciągu tych dwóch tygodni sprawy w Hogwarcie jakoś tam doszły do normy. Nie powtórzyły się żadne ataki na szkołę, Cho stopniowo dochodziła do siebie (chociaż skrzaty kuchenne narzekały, że pochłania straszne ilości jedzenia), euforia po sukcesie ekspedycji ratunkowej też jakoś opadła. Snape wrócił i od razu wziął się do gnębienia uczniów. Dla żeńskiej części Hogwartu dobrą wiadomość stanowił powrót Murtazy az-Zahriego ze szpitala. Uczennice przeżyły jednak pewien zawód, gdy okazało się, że Murtaza najwyraźniej chodzi z Parvati Patil. „To tylko tymczasowo, na pewno im nie wyjdzie” – pocieszały się, a na widok Parvati szeptały: „Skuś baba na dziada”. Przy tym wszystkim az-Zahri nie wrócił na stanowisko prefekta, bo ponoć Potter i Swiftsure radzili sobie całkiem nieźle, i nie miał żadnych zastrzeżeń pod tym względem.
         Któregoś dnia Hermiona podzieliła się z Ronem i Harrym odkryciem, które wyczytała w kluchońskich zbiorach biblioteki.
- Słuchajcie! – powiedziała. – Już wiem, dlaczego wszyscy uczniowie w Klimpfjallu zachowują się jak nie oni.
- Jak to nie oni? – obruszył się Weasley. – Ja nie widzę nic szczególnego w moim zachowaniu!
- Przestań, Ronnie – skarciła go Hermiona. – To jest tak: ród Dagoth i jego zwolennicy mieli w zwyczaju odprawiać straszliwe rytuały, aby osiągnąć większą moc. Przy okazji zmieniały się ich ciała – na przykład w takie istoty, które napadły na Hogwart i z którymi walczyliśmy w ich cytadeli. Jednym przemiana się udawała, inni nie mieli tyle szczęścia i zmieniali się w obłąkane stwory pokryte odrażającymi naroślami.
- Czy to znaczy, że my też… - powiedział Ron zszokowany.
- Nie przerywaj! – rzekła Granger. – Jak wiadomo, Dagoth Dreyfus, obrzydzony praktykami swoich krewniaków, uciekł od nich do naszego świata. Zakładając w Hogwarcie Szósty Dom, postarał się, aby stanowił on jakby lustrzane odbicie tamtego. Ciała tamtych zmieniają się w okropny sposób, za to u Kluchonów zmienia się charakter, i to zwykle na lepsze. To jest potwierdzony fakt, który szczegółowo opisał opiekun Klimpfjallu w 1627 roku.
- A więc to Klimpfjall tak zmienił Malfoya – zauważył Harry.
- Widzisz? Mówiłem ci, że on tak na poważnie… – skomentował Ron.

         Draco siedział w ławce i ze smutkiem patrzył na Pottera. Wiedział, że choć miał na to wielką ochotę, nie będzie mógł siedzieć obok niego. Gdyby usiedli w jednej ławce, Malfoy nie powstrzymałby się przed okazywaniem Harry’emu uczuć, a to – przy całej klasie – było już niedopuszczalne.
         W dodatku od czasu wyprawy dostawał kilogramy listów od wielbicielek, wśród których, o zgrozo, nie brakowało mugolek. Były tak namolne, że Hagrid musiał na dwa dni w tygodniu zamykać sowiarnię, bo inaczej sowy padłyby z wyczerpania. Malfoy dawał listy do przeczytania skrzatowi, który wyrzucał osiemdziesiąt procent; a były one straszne. Wśród standardowych wyznań miłości, próśb o autografy oraz propozycji oprowadzenia Dracona po rodzinnym mieście, mugolki czasami posuwały się (bardzo trafne określenie) do pisania listów, które nawet jego, przedstawiciela rodu Malfoyów i świadka, a czasem i uczestnika wielu orgii, przyprawiały o głęboki rumieniec oraz spurpurowienie uszu, po którym następowała kaskada soczystych i wyrafinowanych bluźnierstw. Jedna z nich, przykładowo, opisała Draconowi, jak sobie wyobraża ich wspólną noc poślubną. Ze szczegółami. Bardzo wyrazistymi i barwnymi.
       Ale Draco w ostatnim czasie niespecjalnie miał ochotę zacieśniać więzi z dziewczynami, i to jeszcze mugolskimi. Całą jego uwagę absorbował pewien czarnowłosy i zielonooki eks-Gryfon z blizną na czole. Malfoy siedział więc w ławce i zamiast słuchać, co nawija Snape, zastanawiał się, jaka ta blizna właściwie jest w dotyku, czy dałby radę ją rozpoznać swoimi wargami… Potterowi też miał pokazać w końcu swoją bliznę po sztylecie, już prawie się zagoiła. I zanurzyć dłonie w te ciemne włosy, zjechać niżej, pociągnąć go za płatki uszu… Nie rozumiał, dlaczego w ostatnich dniach Harry nie zwracał na niego większej uwagi. Przecież od dawna powinno być mu wiadome, że Draco zrobiłby dla niego wszystko, a nawet jeszcze więcej, a wręcz nawet wprost zgoła oddałby mu połowę siebie. No, Harry, czemu na mnie choć raz nie spojrzysz? Przecież ja cię tak bardzo pragnę, ty jesteś mój najdroższy Gryfonek, moje słoneczko, mój trzminorek, mój zielonooki jeżyk…
- Mój króliczek, mój słodki, kochany króliczek, moja wiewióreczka… – Draco nagle ze zgrozą zdał sobie sprawę, że mówi to na głos.
- Panie Malfoy, to nie są zajęcia z opieki nad stworzeniami – skarcił go Snape głosem pozornie beznamiętnym, ale w jego półtonach dało się usłyszeć zwiastun tego, że już wkrótce pęknie mu uszczelka. Wyglądało na to, że urlop dla poratowania zdrowia nie na wiele się zdał.
       No i Draco znowu dostał szlaban. Tym razem spędził go razem z tym głupim Weasleyem, który musiał podpaść Severusowi w inny sposób. Snape oczywiście przychrzaniał się do nich obu o jakieś drobiazgi, zadawał pytania, które nie miały związku jedno z drugim, a potem zagonił ich do roboty Czyścili więc kociołki i inne tam retorty, zmywali sadzę ze ścian, nie odzywając się do siebie. Ron już wiedział, że to sam Szósty Dom warunkuje zmiany w charakterze uczniów, ale i tak ciągle nie widział powodu, żeby lubić Malfoya, a Draco nie zamierzał się przed nim tłumaczyć. Za to kiedy tylko udało się doczekać końca, wybiegł na dziedziniec i zrobił kilkanaście okrążeń, aby zebrać myśli. Kiedy wreszcie się zmęczył, doszedł do wniosku, że musi działać natychmiast.

       Harry i kompania stali na korytarzu, dyskutując o wydarzeniach tego dnia. Hermiona z kwaśną miną narzekała na kolejną nudną lekcję u Trelawney, zamiast której mogliby dać w programie więcej zaklęć, a Ron zdążył już się otrząsnąć po szlabanie i zaczął sobie przypominać, jak dawniej bywało.
-  Któregoś razu Fred i George równocześnie dali się złapać Severusowi – opowiadał. – Powiedział, że mają szlaban u niego w gabinecie. I co zrobili? Polecieli do Hogsmeade, zdemontowali szlaban z przejścia przez tory Hogwart Expressu i przytachali go do Snape’a. Dałbym wiele, żeby zobaczyć jego minę.
         Nagle zobaczyli nadchodzącego Malfoya. Był zgrzany i najwyraźniej mocno zdenerwowany.
- Potter, muszę z tobą pilnie pogadać – powiedział.
- Za chwilę, Malfoyu – odrzekł Harry.
- Nie – sprzeciwił się Draco. – Ja muszę teraz. To sprawa, od której wiele zależy.
- No dobra – Złoty Chłopiec miał kwaśną minę. – O co chodzi?
- Nie tutaj – powiedział Malfoy. – Musimy pomówić w cztery oczy.
    Z pewnym ociąganiem Harry poszedł więc na za platynowym, aż wreszcie wyszli na dziedziniec i zatrzymali się w mało uczęszczanym zakątku.
- No więc? – zapytał.
          Draco spojrzał na niego poważnie.
- Mam do ciebie bardzo ważne pytanie – powiedział wreszcie.
      Na moment zapadła głucha cisza. Malfoy zaczął obserwować czubki swoich butów, a kiedy z powrotem zwrócił twarz w kierunku Pottera, ten patrzył nań pytająco i z jakimś niepokojem.
- Harry… - odezwał się Draco. – Czy chcesz ze mną chodzić?
- Co? – odparł Potter inteligentnie.
- Chodzić – Malfoy powtórzył powoli i wyraźnie. – Być parą. Co o tym myślisz?
        Zastygł w oczekiwaniu na odpowiedź Złotego Chłopca. Jego serce biło jak oszalałe. Tymczasem Harry popatrzył na Dracona, na ścianę i znowu na Dracona. Potem jeszcze raz spojrzał na ścianę i wydał westchnienie z głębi płuc. Widać było, że toczy się w nim wewnętrzna walka.
- Postawię sprawę wprost – wyszeptał Malfoy. – Bardzo pragnę, abyś był moim chłopakiem.
       Spojrzał Potterowi błagalnie w oczy, co nie było łatwe, bo tamten ciągle uciekał wzrokiem, i dalej czekał na odpowiedź. Harry chrząknął cicho, rozejrzał się dookoła, czy nikt za bardzo się im nie przygląda, po czym popatrzył poważnie na Malfoya.
- Nie czuję się gotowy na związek – powiedział. – Chcę, abyśmy zostali przyjaciółmi.
          Draco miał wrażenie, że zaraz zacznie płakać. Zacisnął zęby i zaatakował jeszcze raz.
- Jeżeli nie chcesz, abym był twoim chłopakiem, to zostanę twoim niewolnikiem – zaproponował. – Będziesz mógł mnie brać gdzie chcesz i kiedy chcesz. Nawet na lekcji.
- Dopiero by nam poleciały punkty – uśmiechnął się Harry i uspokajająco pogłaskał Malfoya po policzku.
- No więc jak będzie? – Draco rozejrzał się z dezorientacją. – Jaka jest twoja odpowiedź?
          Potter wykrzywił się, jak gdyby właśnie wypił szklaneczkę soku cytrynowego.
- Wiesz – powiedział. – To jest tak, że ja… Nie traktuj tego tak, jakbym ja kategorycznie mówił „nie”, ale tego… No… Gotowy się za bardzo nie czuję. Tak.
         Malfoyowi przyszła do głowy odpowiedź na ten argument i już otwierał usta, aby wygłosić te słowa, które ostatecznie przekonają Pottera, gdy nagle rozległ się głos:
- Cześć, chłopaki. Co porabiacie?
Harry i Draco odwrócili się w tamtą stronę. Pod filarem stała Pansy Parkinson z pełnym fascynacji uśmiechem.
- Rozmawiamy – powiedział Malfoy, zdenerwowany, że przerwano mu w tak kluczowym momencie. – Chyba jeszcze wolno, nie?
- A wiecie, bo ja słyszałam, że ty… Znaczy wy…
- A gdyby nawet, to co cię to obchodzi?
- Draco, mam do was prośbę – powiedziała Pansy zaintrygowana. – Pokochajcie się trochę przy mnie, bardzo proszę!
- Masz na myśli… stosunek? – upewnił się Harry.
- A po jaką akromantulę mielibyśmy to robić? – zapytał Malfoy surowo.
- Chciałabym popatrzyć, to takie słodkie! – uśmiechnęła się Parkinson.
- Nie masz poczucia, że trochę się tak jakby wtrącasz?
          Pansy zrobiła urażoną minę.
- To przynajmniej powiedzcie mi, który z was jest seme, a który uke – nalegała.
- Ja pierniczę, Pansy, coś ty przyćpała? – westchnął Malfoy i odwrócił się do Parkinson plecami. – Chrzanić to, Harry. Chodźmy na quidditcha.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział 19

Uwaga! Ten rozdział jest nieco kontrowersyjny i zawarte w nim sceny mogą nie każdemu się spodobać.

       Harry i Draco czekali w jaskini wiele godzin, ale Hermiona i Kasandra nie przyszły.
- Jak do tej pory nas nie znalazły, to już nie znajdą – stwierdził Malfoy. Stał przy wejściu, rozebrany do pasa, i wpatrywał się w wirujące w wejściu kłęby piachu.
- I co zrobimy? – denerwował się Harry. – Pozostawiliśmy je na zatracenie!
- Nie bój nic, Potter – uspokoił go Draco. – Granger, co by o niej nie mówić, jest inteligentna, a i ta nowa Swiftsure sobie da radę. Słyszałem kiedyś na uczcie, jak opowiadała, że kilka lat temu zabłądziła w Bułgarii. Pierwszy raz w obcym kraju, trzy dni jej szukali, a w końcu sama do nich trafiła.
     Uwagi Harry’ego nie uszło, że Malfoy, mimo całej swojej przemiany, w dalszym ciągu nie potrafi się zmusić, aby mówić o Kasandrze po imieniu. Nic jednak na to nie powiedział.
- W końcu trzeba stąd będzie wyjść – rzekł tylko.
- Ale kiedy? – Draco oparł się o ścianę. – Nawet, jak ta burza minie, to na zewnątrz jest taki skwar, że zdechnę.
       Potter obrzucił go niejednoznacznym spojrzeniem.
- Ostrzegałeś, żeby się nie rozbierać na pustyni, a sam klatą świecisz.
- Co chcesz, koszula już się nie nadaje do założenia, chyba że na głowę. Będę musiał sobie jakoś poradzić w samej szacie. Ale chyba i tak wyjdziemy dopiero po ciemku, jak się zrobi chłodniej.
- Czyli co, musimy przeczekać? – upewnił się Harry. – Trudno, jak trzeba, to trzeba.
      Wyjął kompas, położył na występie skalnym. Igła przez dłuższą chwilę wskazywała ten sam kierunek. Chyba na razie nie ma pośpiechu. Harry dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Rozciągnął pod ścianą szatę, położył się na niej z rękami za głową i zamknął oczy.
      Draco Malfoy przez dłuższą chwilę jeszcze chodził po grocie w tę i z powrotem. Czasem wpatrywał się w wejście, czasem przystawał pod ścianą.
- Nie powiem, że wolałbym tamten upał na zewnątrz – powiedział wreszcie. – Ale trochę mi zimno.
- Załóż szatę – odezwał się Harry niezbyt przytomnym głosem.
- Próbowałem, i tak mnie trzęsie.
- To połóż się koło mnie, podzielimy się ciepłem.
      Draco podszedł niepewnym krokiem. Położył się i przytulił do Harry’ego, przykrywając siebie i jego swoją szatą. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, ale się działo. Potter sam mu to zaproponował? No prawda, są na misji, tu nie może chodzić o nic innego.
- I jak dreszcze, minęły? – zapytał Harry.
- Już mi lepiej, dzięki – powiedział Malfoy, starając się jak najmocniej przywrzeć do pleców Pottera. Przywieranie do pleców Pottera ostatnio dobrze mu wychodziło, ale dla pewności jeszcze objął go ramieniem. Mógłby tak leżeć bez końca…
      Harry’emu też było wygodnie i ciepło, ale w pewnej chwili uznał, że coś go uwiera w plecy.
- Malfoyu, co ty masz w kieszeni? – zapytał.
        Draco zamrugał niepewnie, natychmiast się podniósł.
- To doskonałe pytanie – powiedział. – Co ja mam w kieszeni?
    Okazało się, że miał tam buteleczkę z olejkiem. Kupił ją w Hogsmeade owego dnia, gdy miał konfrontację z ciotką Bellatrix. Sam nie wiedział, po co, i zresztą od razu o niej zapomniał. Traf chciał, że na wyprawę założył akurat te spodnie, w których leżała.
- Co to w ogóle jest? – zdziwił się Harry.
- „Oryginalny Olejek Pustynny Pani Buttercluck” – Draco zaczął czytać etykietę. – „Produkowany od 1856 roku. Zapewnia ochronę przed upałem, gorącem i w ograniczonym stopniu przed ogniem. Sposób użycia: równomiernie rozprowadzić po całym ciele. Czas trwania: około 4 dni. Przechowywać pod zamknięciem, chronić przed dziećmi. Produkt rekomendowany przez Królewskie Towarzystwo Badaczy Smoków”.
- Może się przydać – stwierdził Potter. – Skąd wiedziałeś, żeby to kupić?
- Samo tak jakoś przyszło mi do głowy – Draco wzruszył ramionami. Szkoda, że nie przypomniałem sobie od razu, to zaoszczędzilibyśmy sobie wiele kłopotów. Cóż, lepiej późno niż wcale. Musimy się zaimpregnować. Ściągaj kapotę.
- Myślałem, że ty gorzej znosisz upał – zauważył Harry.
- Starczy dla nas obu – Malfoy machnął ręką. – To jest magiczna butelka, mieści dwa razy tyle, na ile wygląda. Będę spokojniejszy, jeśli ty pierwszy.
     Wobec tego Harry pozbył się odzieży swej i zaczął systematycznie smarować się olejkiem. Starał się przy tym ignorować głodne spojrzenia, które rzucał ku niemu Draco.
- Pomogę ci z plecami – zaproponował Malfoy w pewnym momencie, po czym wziął się do rozprowadzania olejku po plecach Wybrańca. Działał powoli i metodycznie, nie pomijając ani cala skóry. Harry czuł wstydliwą przyjemność, gdy błądziły po nim dłonie Malfoya, i przyjemność ta była dobrze widoczna.
- Trzeba tym pokryć całe ciało, Harry – wyjaśnił Draco. – I kiedy mówię „całe”, to mam na myśli całe!
      Po czym sięgnął po te partie ciała, które znajdowały się z przodu, a mimo to Harry ich nie nasmarował. Potter jęknął, zobaczył gwiazdy przed oczami. Pozwolił jednak, aby Malfoy jeszcze przez chwilę zaopatrywał go w osłonę przeciw żarowi. Skąd w tym, zdawałoby się, zimnym i bezwzględnym Ślizgonie tyle czułości…?
- Dobra, teraz moja kolej – Malfoy zdjął resztę stroju. – Tylko uważaj na ranę.
- W porządku – zgodził się Harry. – Zrób przód, to też ci nasmaruję plecy.
- Wiesz, wolałbym, żebyś to ty zrobił – przyznał Draco. – Lepiej ode mnie będziesz wszystko widział.
       Zatem Harry przystąpił do smarowania przyjaciela. Zaraz, przyjaciela? Nigdy w życiu nie przypuszczał, że będzie tak myślał o Malfoyu, ale ludzie się zmieniają, czyż nie? W każdym razie przystąpił. Najpierw powoli, drżącymi rękami, ale stopniowo jego dłonie nabierały coraz większej pewności. Draco przymknął oczy. Jego radość była bardzo duża.
No dobrze, nie ma się co stresować, pomyślał Harry. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Jak już się zaimpregnujemy, to pozostanie zaczekać do zachodu…
Wiódł dłońmi starannie po klatce piersiowej Smoka, zachowując szczególną delikatność po prawej stronie, gdzie widniała blizna po cięciu sztyletem, i z pewną konsternacją dał sobie sprawę, że czynność ta całkiem mu się podoba. Później ręce Pottera przesunęły się niżej, na brzuch, a potem jeszcze niżej…
      Niespodziewanie Draco pochylił głowę i namiętnie pocałował Harry’ego. Potter, zaszokowany, odepchnął go.
- Nie no, Malfoy, tym razem przesadziłeś.
- Przepraszam – powiedział Draco. – Masz rację, nie powinienem był. Dureń ze mnie. Ale wiesz… Może nie wrócimy z tej wyprawy. A jeżeli nawet wrócimy, to nie mam wątpliwości, że nie będę mógł być z tobą. Już ktoś inny szykuje się na zajęcie miejsca u twego boku, ja to widzę. Dlatego nie potępiaj mnie, że póki mam czas, staram się wykorzystać go jak najlepiej…
       Harry spojrzał Draconowi w oczy, w których kryło się tyle autentycznego żalu, że Potterowi natychmiast zmiękło serce. Otoczył swego byłego wroga ramionami. Malfoy, początkowo trochę spięty, odwzajemnił dotyk, zaplatając dłonie wokół talii Pottera.
Sami nie wiedzieli, jak to się stało, że dopiero co byli w pozycji pionowej, a tu nagle znowu leżeli na swoich szatach. Draco doszedł do wniosku, że same ręce niewystarczająco przekazują to, co w tej chwili czuje, i owinął Wybrańca również nogami. Całował Pottera w policzki, czoło, powieki.
Harry czuł coś niesamowitego. To było zupełnie coś innego niż na ucztach Kluchonów. Teraz byli tylko oni dwaj… Starał się odwzajemniać pocałunki Malfoya, ale Draco był za szybki, więc Harry zassał się w jego szyję niczym namiętny wampir.
- Chcę tego… – wyszeptał Malfoy do jego ucha.
I Harry wyciągnął swą dłoń ku męskości Dracona, i jego dłoń napełniła się. Potem zaś Draco wziął w siebie Pottera i razem rozpoczęli pełne słodyczy falowanie. Było to zupełnie idiotyczne, ale za to jakże przyjemne… Ich namiętny taniec w miejscu wydawał się trwać całą wieczność, aż wszystko nakryła biała eksplozja rozkoszy.
       Draco zasypiał szczęśliwy. Dla tej chwili warto było zerwać kontakty z rodziną i narazić się na wyrok Voldemorta.