Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona Granger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona Granger. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lutego 2014

Epilog

Ponad półtora miesiąca później

      Harry siedział na kanapie w pokoju wspólnym Kluchonów, o tej porze jeszcze prawie zupełnie pustym, i z podnieceniem oczekiwał na przyjście Malfoya. Dopiero poprzedniego dnia Draco wyszedł od św. Munga, gdzie od grudnia wychodził z traumy spowodowanej tym, co się zdarzyło w Malfoy Manor.
Wielu innych uczestników bitwy ze śmierciożercami również trafiło do Munga, ale wyszli znacznie szybciej, natomiast Draco był zdecydowanie najbardziej poszkodowany i wymagał najstaranniejszej opieki. Harry często do niego zaglądał, teraz zaś platynowiec wracał do Hogwartu.
Niedługo po tym, jak Lukrecja de Volaille oddała życie, aby zgładzić Czarnego Pana, na miejscu pojawili się aurorzy, których zdążyła zawiadomić, zanim sama przekroczyła bramę Malfoy Manor. Szybko zabezpieczyli miejsce, ewakuowali rannych, aresztowali jeszcze żyjących śmierciożerców, wynieśli zwłoki. Szczątki Voldemorta trafiły podobno do Departamentu Tajemnic, natomiast na pogrzeb poległych członków Szóstego Domu stawiła się duża część Hogwartu. Profesor de Volaille pochowano pod prostym marmurowym nagrobkiem, na którym wyryto Order Merlina I klasy oraz tajemniczą inskrypcję niezrozumiałym pismem.
Powoli sprawy wracały do normalnego życia. Powoli, ale do przodu. Oczywiście, nie wszystko mogło być tak jak dawniej, ale…
Harry usłyszał kroki i odwrócił głowę ku wejściu. To Draco nadchodził, niosąc coś pod pachą, więc Potter drgnął i rzucił się na jego spotkanie.
- Cześć – Draco cmoknął Harry’ego w policzek. – Akurat mi się udało wrócić na same walentynki!
         I wręczył Potterowi płaski prostokąt owinięty we wzorzysty papier.
 - Chciałem ci kupić jakiś ładny obrazek do powieszenia w sypialni prefekta, ale nie wyobrażasz sobie, jakim kiczem ostatnio jest zalana Pokątna - wyjaśnił.
      Harry rozpakował prezent i kopara mu opadła. Na obrazie było widać kłębowisko ciemnogranatowych, fioletowych i purpurowych chmur, gdzieś w dole słabe światła małego miasteczka… A wśród tych chmur Potter walczył z Voldemortem, który, nie wiedzieć czemu, był ubrany na bordowo i trzymał długą czarną laskę. Sam Harry został przedstawiony z ognistym mieczem, a na przedramionach miał wytatuowane smoki.
- Co to ma być? – sapnął Złoty Chłopiec. – Przecież w ogóle nie tak było! Cały czas leżałem pod stertą zwalonego tynku!
- Heh, to i tak był jeden z mniej kiczowatych egzemplarzy – zauważył Malfoy. – Co byś powiedział na żywy obraz, na którym tak mocno walisz Voldemorta w twarz, że mu sztuczna szczęka wylatuje?
- Zaraz, ty mówisz poważnie?
- Z drugiej strony, to i tak lepsze niż te wszystkie rysunki, które dostaję pocztą od mugolskich fanek. Niektóre z nich są naprawde pieprzne… - Draco zaczerwienił się. – A najlepsze jest to, że one, jedna w drugą, myślą, że to ja zawsze jestem na górze!
- Zaraz będziesz – powiedział Harry. – Na kolana.
      Draco usiadł więc na kolanach Pottera i obaj zaczęli się sycić własną bliskością, której tyle czasu byli pozbawieni. Harry wtulił twarz w platynowe włosy ukochanego, jedna z jego dłoni owijała się o kolano Malfoya, a druga gładziła jego brzuch i klatkę piersiową, wargami łapczywie chwytał jego szyję. Draco jęczał cicho, dotyk Pottera przyprawiał go o słodki paraliż. Harry miał ochotę położyć go na kanapie i skończyć to, co zaczęli, dając mu najpiękniejszy prezent walentynkowy…
- Kartkę przynajmniej mu dałeś? – odezwał się głos Rona Weasleya.
       Chłopcy gwałtownie oderwali się od pieszczot i stwierdzili, że do pokoju weszli Ron z Hermioną.
- No właśnie, Draco – uśmiechnął się zakłopotany Harry. – Byłbym zapomniał…
     I podał Malfoyowi kopertę z czerwoną pieczątką w kształcie serca. Draco spojrzał na niego z miłością. Tymczasem Ron usiadł na krześle tyłem do przodu, a Granger usadowiła się na sąsiedniej kanapie.
- Właśnie wynalazłam nowe zaklęcie – pochwaliła się. – Expeljarmuż.
- No i co robi to zaklęcie? – zdziwił się Potter. – Czym się różni od zwykłego Expelliarmusa?
- Wytrąca przeciwnikowi z ręki warzywa lub owoce – wyjaśniła Hermiona.
- Znaczy, może się przydać do obrony przed napastnikiem uzbrojonym w świeże owoce? – upewnił się Malfoy. – Na przykład w banana?
- Tak właśnie – uśmiechnęła się Granger.
- Jesteś genialna! – przyznał Draco, a Harry spojrzał na niego z zazdrością.
- A wy dostaliście od kogoś kartki? – zapytał, aby jak najszybciej zmienić temat.
- Od Snape’a – Hermiona uśmiechnęła się. – Długi list miłosny, złożony w większości z jego użalania się nad sobą. Ale i tak stał się o wiele sympatyczniejszy, od kiedy mianowali go opiekunem Kluchonów. Powiadam wam, jeszcze parę miesięcy i przefarbuje się na złoty blond.
      Draco pochwalił się walentynką, którą dostał od Harry’ego. Zawierała wiersz:
               
Mój Draku
Chłopaku,
Ty kochaj,
Nie szlochaj,
Na miotle
I w kotle,
Jak pragnę,
To zagnę.

Nagle rozległ się szloch. Okazało się, że to Ron płakał.
- Co jest, Weasley? – zapytał Malfoy. – Załamał cię fakt, że Harry lepiej od ciebie imituje księdza Bakę, chociaż to ty jesteś podobno następcą Beedle’a?
      Ron nie odpowiedział, tylko ze łzami w oczach pokazał przyjaciołom kartkę, zapisaną czerwonym atramentem i ślicznie pachnącą.

Drogi Ronaldzie!
Jeżeli to czytasz, to znaczy, że już przekroczyłam Zasłonę. Wobec tego nie ma już między nami stosunku służbowego, a więc mogę to w końcu powiedzieć: zawsze mi się podobałeś. Życzę Ci szczęścia.
Całuję, Lukrecja <3

        Zapadło ciężkie milczenie.
- Cóż, Granger… - odezwał się w końcu Draco. – Wygląda na to, że od kiedy profesor de Volaille zabrała ze sobą do grobu wiele tajemnic związanych z Szóstym Domem, ty pozostajesz najbardziej zorientowanym człowiekiem w temacie.
- Pani profesor wiele mnie nauczyła – przyznała Hermiona. – Ale wątpię, żeby w najbliższym czasie groziło nam niebezpieczeństwo ze strony Dagoth Ura. Nie teraz, kiedy Voldemort już nie żyje.
       Malfoy spojrzał na nią zaintrygowany.
- To wyjaśnij mi jedną rzecz – powiedział. – Śmierciożercy jakoś się zorientowali, że kiedy jeden z Kluchonów znajdzie się w opałach, wszyscy inni natychmiast wiedzą, gdzie go szukać. Założyli mi bransoletę, żeby uniemożliwić ten kontakt. Ale wy i tak przybyliście. To o co biega?
- Harry jako jedyny poczuł, że jesteś w niebezpieczeństwie – stwierdziła Granger. – Księgi Klimpfjallu podają, że więź pomiędzy Kluchonami jest bardzo mocna, ale jeszcze mocniejsza od niej jest więź prawdziwej miłości.
        Słysząc to, Draco jeszcze raz spojrzał na Pottera i namiętnie go pocałował.
- I dokąd teraz pójdziesz, Malfoyu? – zapytał Ron. – Malfoy Manor w zasadzie jest twoje.
- Nie chcę tam wracać – Draco sprzeciwił się od razu. – Kazałem skrzatom zrobić porządek, ale moja noga tam więcej nie postanie.
- Trudno ci się dziwić – przyznała Hermiona ze współczuciem.
- Poza tym ciotka Bellatrix jest gdzieś na wolności i może w każdej chwili wrócić.
- Faktycznie – Ron pokiwał głową. – Wkrótce po tym, jak zginął Voldemort, uciekła przez okno razem z tym pajacem w kraciastej szacie.
- Synchroniusz Walruss – przypomniała Granger. – Szkoda, że uciekł. Jeszcze tego by brakowało, żeby został nowym Czarnym Panem, ma ku temu odpowiednie ambicje.
- Spokojna głowa, Moody mu wyrobi papiery – powiedział Harry z nadzieją.
            Po bitwie w Malfoy Manor Korneliusz Knot podał się do dymisji wobec oskarżeń o nieudolność i zbyt łagodne podejście do śmierciożerców. Nowym ministrem magii został Alastor Moody, który od razu zapowiedział „niewybaczalność dla Niewybaczalnych”.
- Jutro wyślę rodzicom paczki do Azkabanu – stwierdził Draco. – W Miodowym Królestwie dali mi zniżkę dla stałych klientów.
- To co, wprowadzisz się na wakacje do mojego wujostwa? – zaproponował Potter.
- Pomyślę – Malfoy wyszczerzył się drapieżnie. – Z tego, co mi opowiadałeś, ta znajomość może być bardzo interesująca, muahahahahaha.

     Posiedzieli w pokoju wspólnym jeszcze kilka godzin, a potem wybrali się na spacer po murach Hogwartu. Kiedy tak spokojnie szli, a lekki zimowy zefir powiewał im w twarz, nagle podbiegła do nich Pansy Parkinson. Wcisnęła Harry’emu do ręki jakąś hebanową kasetkę z mosiężnymi okuciami.
- To dla was, na walentynki – wyjaśniła zarumieniona i odbiegła.
       Potter niepewnie otworzył pudełeczko. W środku, na czerwonej aksamitnej wyściółce, leżały dwa duże pierścienie. Hermiona poświeciła różdżką i okazało się, że oba są platynowe, misternie rzeźbione w wyuzdane kłębowisko nagich ludzi.
- Co to jest? – zdziwił się Harry.
       Granger od razu rozpoznała prezent, który dostali Potter z Draconem.
- To starożytny artefakt – pierścienie kochanków Bulqize. Jeżeli ludzie mają je na sobie, idąc do łóżka, to wtedy… no… - Hermiona się zaczerwieniła i spuściła wzrok – nie dość, że wszystko czują mocniej, to jeszcze każdy z partnerów czuje to samo, co ten drugi.
- Czyli coś w sam raz dla nas – Draco objął Harry’ego w pasie, oblizując się namiętnie. – Pansy jednak ma głowę na karku.
- Malfoyu, nie bądź zbereźny – skarcił go Potter, wyswabadzając się z jego objęć. – Lepiej od razu zaniosę to do sypialni, bo jest jeszcze wcześnie i kto wie, co ci strzeli do głowy…
           
       Poszedł więc odnieść pierścienie i schować gdzieś, nie wiem, może pod materacem. Kiedy już był pod drzwiami sypialni prefektów, nagle na progu zobaczył kartkę z czerwonym sercem. Co to może być? Podniósł i rozłożył.

Kochany Harry,

Dawno temu wpadłeś mi w oko… Teraz nie mam oka i nie mam problemu! Cieszę się z Twojego szczęścia z Draconem. Uzdrowiciele mówią, że blizna na pół twarzy zostanie mi do końca życia. Zapewniam Cię, że moja przyjaźń do Ciebie też.
Buziaki,
Kasandra

       Harry stał na progu oszołomiony, z hebanową szkatułką w jednej ręce, a kartką od Kasandry w drugiej. Czyli że ona przeżyła? I nikt mu o tym nie powiedział? Zdążył przecież Kasandrę już opłakać jako poległą. Wielu widziało, jak pada na ziemię zakrwawiona, ale nikt nie widział ciała. I na pogrzebie też nikt nie był…
Potter wszedł do sypialni i schował pudełko z pierścieniami Bulqize do szuflady w szafce nocnej. Potem usiadł ciężko na łóżku, nowina wyraźnie go przytłoczyła.
Nie wróciła do Hogwartu, więc co się z nią dzieje? I kto w takim razie podrzucił list? Cho Chang? Nie, przecież ona nie jest Kluchonką, nie weszłaby do tej części zamku… Tajemnice, tajemnice…
Wtedy jego wzrok pochwycił ostatnie zdanie listu:

PS. Mój ojciec, Syriusz Black, byłby dumny z nas obojga.

       Nie mógł już Harry nic poradzić i popadł w ciężką melancholię. Siedział na łóżku i wzdychał. Właściwie dlaczego? Przecież z Draconem było mu dobrze, a Kasandrę traktował jak przyjaciółkę, zresztą ona sama już od dawna wydawała się być z tym pogodzona. Ale jednak coś musiało być tam w głębi… No i dziewczyna straciła oko i pół twarzy. Musi to dla niej być prawdziwa tragedia, zwłaszcza, że dawniej prześladowali ją za wygląd…
        Ale Syriusz Black? O czym jeszcze Harry nie wie?
      Wstał, wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Wracał do swoich przyjaciół i do słodkiego Dracona – wszyscy troje czekali na niego na murach, może marzli. Kto wie, może i Kasandrę jeszcze przyjdzie mu kiedyś spotkać? Do tej pory żałował jej tak samo, jak żałował profesor Lukrecji de Volaille, która dała im wszystkim bogactwo i szczęście, jakiego się nie spodziewali. Jej już nigdy nie zobaczy, nie będzie miał szansy jej podziękować…
      I w tym momencie przypomniał sobie to, co mu powiedział Neville Longbottom na przerwie po lekcji obrony przed czarną magią. Wtedy Harry go zlekceważył, sądząc, że Neville cytuje mu brudnopis swojego najnowszego poematu, ale teraz słowa kolegi przypomniały mu się z całą ostrością.

       Longbottom twierdził, że kiedy był w poprzedni weekend w Hogsmeade, nieopodal jadłodajni „GoBlin” widział Lukrecję de Volaille. Było to zupełnie niemożliwe, Neville widział jej śmierć tak samo jak Harry i obaj przyszli na pogrzeb. Jednak osoba, którą zobaczył na ulicy, była nie do pomylenia z kimkolwiek innym. Ta pełna sylwetka, te dwukolorowe włosy, z jednej strony czarne, z drugiej kasztanowe… Szła pod rękę z wysokim brodaczem w eleganckim ubraniu i z laseczką. Oboje wyglądali olśniewająco, ale o dziwo nikt z przechodniów nie zwracał na nich uwagi. Rozmawiali spokojnie i Neville rozpoznał głos byłej opiekunki Szóstego Domu. Nie dosłyszał, o czym mówili, z ich konwersacji wychwycił tylko dwa słowa: „Drżące Wyspy”.

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 33

      Draco nie wiedział, ile czasu spędził zamknięty w ciemności i poniżeniu. Godzinę, dwie? Całą noc? Trząsł się z zimna i wstydu. Bernadetta Heckler, po tym, jak go wykorzystała, zabrała mu ubranie. Leżał w kącie nagi, a jedynym, co miał na sobie, była dziwna bransoleta na kostce, zrobiona z jarzącego się na zielono metalu. Malfoy nie wiedział, co to takiego, i wcale nie chciał wiedzieć.
         Wreszcie ktoś otworzył drzwi. Wszedł wysoki, ciemnowłosy chłopak w popielatej szacie.
- Dobra, idziemy – powiedział do Dracona, po czym brutalnie podniósł go, złapał za kark i wyprowadził za drzwi.
       Ku swojej zgrozie tchórzofret rozpoznał pomieszczenia, przez które tamten go prowadził. Byli w Malfoy Manor! A to znaczyło, że już za chwilę spotka rodziców… A może nawet… Może samego…
     W głównym salonie na górze okna zasłonięto ciężkimi czarnymi kotarami. Panował mrok, rozświetlony tylko strategicznie rozmieszczonymi świecami. Na środku znajdował się nakreślony lśniącą kredą krąg, a w jego centrum – sześciokątny czarny kamień z metalowymi obręczami. Wokół stało mnóstwo ludzi. Śmierciożercy w czarnych szatach, jedni w maskach, drudzy bez. Peter Pettigrew, Fenriz Greyback (ostatnio hipstersko zmienił sobie ostatnią literę imienia), Alecto Carrow, Thorfinn Rowle i wielu innych… Anton Dołochow z pokancerowaną twarzą uśmiechnął się na widok Dracona z mściwą satysfakcją.
Osobno stała grupa młodych ludzi w szarych szatach z zielonymi obszyciami i wyhaftowanym na piersi zielonym Mrocznym Znakiem. Buchała z nich duma nowego pokolenia sług Voldemorta. Bernie Heckler, stojąca w tej grupie, lubieżnie zatrzepotała do Malfoya językiem, obok stał koleś, którego Draco spotkał w Hogsmeade. Wraz z nimi, w takich samych szatach, stali Crabbe i Goyle, rechocząc obleśnie na widok nagości i poniżenia Dracona.
     Chłopak, który wyprowadził Malfoya z piwnicy, wypchnął go na środek, pod czarny kamień. Draco, zdrętwiały ze strachu, cały czas rozglądał się za rodzicami, ale ich nie widział.
- A więc syn marnotrawny wrócił! – zabrzmiał sykliwy głos.
      Draco odwrócił się, by spojrzeć prosto w gadzie oblicze lorda Voldemorta. Zadrżał i zatoczył się, boleśnie uderzając biodrami o sześciokątny kamień. W końcu wyprostował się i jeszcze raz spojrzał na Czarnego Pana. Gdzieś za jego plecami krył się Lucjusz Malfoy, ubrany w odświętną szatę, ale trochę jakby skulony. Patrzenie na to, co się dzieje z jego synem, sprawiało mu ewidentną przykrość, o ile nie fizyczny ból.
        Voldemort mocno ścisnął Dracona za podbródek.
- Zdradziłeś, Draco – powiedział. – Ale widzę, że w końcu do nas wróciłeś. Wszyscy wracają.
- Nie… - tylko tyle Malfoy był w stanie wykrztusić.
- No i bardzo się zmieniłeś w ostatnim czasie – zauważył Voldemort. – Narażałeś życie dla jednej żółtej. Tak bardzo nie po malfoyowsku…
- „Żółta” to nie jest dopuszczalne określenie – sprzeciwił się Draco. – „Szkotka chińskiego pochodzenia”.
- Wszystko jedno – Czarny Pan skrzywił się z niesmakiem. – Daję ci unikalną szansę, abyś odkupił swoje winy. Drugiej nie dostaniesz. Zresztą… Nie możesz odmówić.
- Co ze mną zrobicie? – zapytał zaskoczony Draco, drżąc pod zimnym dotykiem Voldemorta i jadowitymi spojrzeniami śmierciożerców.
         Lord Voldemort uśmiechnął się drapieżnie.
- Czeka cię niesamowity zaszczyt, Draco – oznajmił wielkim głosem. – Dasz mi dziedzica.
- Cooooo? – Malfoy był zaszokowany. – Przecież to… Ja nie byłem w ciąży, to tylko taki eliksir!
- Eliksir eliksirem – Czarny Pan nie dał się zbić z tropu. – Czyżbyś nie wierzył, że jestem w stanie to zrobić? Zaraz cię zapłodnię, młody człowieku, a potem wydasz na świat moją córkę. Nie martw się, dostaniesz solidną ochronę młodego pokolenia śmierciożerców…
       Draco pobladł i osunął się na kolana. Natychmiast podbiegli Pettigrew i ciemnowłosy chłopak – Wolfram Wulff, jeden z Organizacji Zagranicznej. Podnieśli Malfoya i postawili go na czarnym kamieniu, przywiązując jego nadgarstki i kostki do stalowych obręczy. Draco znalazł się w niewygodnej, poniżającej pozycji, po prostu wypięty.
- Nadszedł czas, śmierciożercy! – wykrzyknął Voldemort. – Moja córka zabije Pottera i całą resztę tego tałatajstwa. Potem pomożemy naszemu sojusznikowi, Dagoth Urowi… Mam go  gdzieś, ale to zrobię, żeby nie myślał, że jesteśmy słabi. A wtedy czysta krew zapanuje nad światem!
        Ciężkim wzrokiem potoczył po zebranych.
- Zaczynamy. Is everybody in? The ceremony is about to begin.
- Poczekajmy, panie – odezwał się Pablo Angostura. – Jeszcze jedna kandydatka do naszej organizacji obiecała przyjść.
- Nie będę na nikogo czekał – syknął Voldemort. – Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
      Wyszedł na środek kręgu i zbliżył się do skrępowanego Dracona. Nagle coś go zatrzymało, odwrócił się do jego ojca.
- Lucjuszu, gdzie twoja żona? – zapytał z przyganą.
- Ona… źle się czuje, panie – powiedział Lucjusz Malfoy. – Nie chce tego widzieć.
- Co to znaczy „nie chce”? – zdenerwował się Czarny Pan. – Idź po nią, niech tu natychmiast przyjdzie. Ja tak każę!
     Lucjusz powlókł się smętnie po Narcyzę i zanim ją przyprowadził, minęło ładnych kilka minut. Matka Dracona wyglądała na załamaną, najwyraźniej chwilę wcześniej płakała, teraz trzymała w dłoni chusteczkę. Lucjusz, podtrzymując ją za ramię, stanął obok reszty śmierciożerców.
     Sytuacja wyglądała niewesoło. Ale Draco jednak jeszcze nie stracił całej nadziei. Spokojnie, Kluchoni powinni już poczuć magiczne wołanie o pomoc i już wkrótce przyjaciele przybędą go uratować…
- Zapewne myślisz teraz o tym, że już wkrótce przyjaciele przybędą cię uratować – uśmiechnął się Voldemort. – Nic z tych rzeczy, młody człowieku. Synchroniusz Walruss, mój najzdolniejszy współpracownik, pojął, jak działa ten wasz nowy hogwarcki alarm. Bransoletka na twojej kostce to jego pomysł. Twoi przyjaciele nawet się nie dowiedzą, że coś jest nie tak.
      Zbliżył się do Malfoya od tyłu, gotowy wejść w niego brutalnie.
- Chwileczkę! – zawołał ktoś. – Jeszcze my!
     Do salonu wpadła Bellatrix Lestrange w towarzystwie długowłosego brodacza w kraciastej szacie. Oboje byli zaczerwienieni i zdyszani.
- Synchroniuszu, gdzie wyście się podziewali? – rozsierdził się Voldemort.
- Trochę byliśmy zajęci, ale mam nadzieję, że nie minęliśmy najlepszego! – odrzekł Walruss.
- Nadzieję to ja ciebie zaraz…! – odpowiedział wódz śmierciożerców. – Wyciągaj tego fleta i rób, co do ciebie należy!
     Synchroniusz wyjął więc z zanadrza flet poprzeczny, stanął na jednej nodze i zaczął grać, groteskowo wybałuszając oczy. Jego muzyka wprowadziła do pomieszczenia jeszcze bardziej upiorny nastrój, niż był do tej pory. Z pewnością była nośnikiem jakichś mrocznych zaklęć…
      Draco rozejrzał się jeszcze raz. Ciemność, płomyki świec i dym. Śmierciożercy dookoła, ci starsi i młoda gwardia. Na obwodzie kręgu stali Pettigrew, Bellatrix i Walruss, tworząc trójkąt, którego centrum był on, Draco Malfoy, wygięty na czarnym kamieniu. Z tyłu zaszeleściły szaty Voldemorta. Draco poczuł jego lodowate dłonie na swoich pośladkach.
Za późno. Wszelka nadzieja przepadła. Już za chwilę Voldemort wetknie mu swego czarnego pana…
      Wtem rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pička materina! – zaklął Voldemort. – Lucjuszu, do jasnej ciasnej, to twój dom czy dworzec King’s Cross?
- Ja pójdę otworzyć – zaoferował się Angostura. – To pewnie ta nasza nowicjuszka.
      Wyszedł z salonu. Voldemort wpadł w gniew, wydawało się, że lada chwila rzuci w kogoś Cruciatusem.
     Jedna z szyb nagle pękła i rozsypała się z trzaskiem, a do pomieszczenia wpadło coś, co zerwało kotarę, owijając się w nią. Czarny kształt gwałtownie przeleciał przez salon i z impetem walnął Glizdogona w brzuch, aż padł na posadzkę. Oszołomieni śmierciożercy nie wiedzieli, co zrobić, gdy przez okno wleciał na miotle Blaise Zabini, a za nim – Potter i jacyś inni z Hogwartu…
    Czarny kształt wyhamował na ścianie i gdy zrzucił zasłonę, okazało się, że jest on Ronem Weasleyem, który natychmiast wyciągnął różdżkę i zaatakował Bellatrix Lestrange. Tymczasem Harry wytrącił różdżkę Lucjuszowi.
     Wybuchła bitwa. Atakujący hogwartczycy szybko zaangażowali śmierciożerców, którzy po pierwszym szoku podjęli rękawicę i wyciągnęli różdżki. Draco, cały czas wypięty na środku pomieszczenia, oberwał Drętwotą i osunął się bezwładnie na czarny kamień. Wyszło mu to na dobre: leżąc płasko, miał mniejsze szanse trafienia avadą lub innym niebezpiecznym czarem. Po całym salonie niosły się okrzyki, złorzeczenia i formuły zaklęć.
- Drętwota!
- Crucio!
- Gińcie, szlamy!
- Expulso!
- Sectumsempra!
- Aaaaaaargh!
- Expelliarmus!
- Incendio!
- W twarz?!! W twarz?!!
- Protego!
- Verfluchte Schweine!
- Avada kedavra!
- Moja noga!
- A masz, czekolado!
- Expecto patronum!
- Awruk!!!
- Obscuro!
- Semprini!
- Impedimenta!
- Perkele!
Powietrze było całe gęste od czarów. Ludzie Voldemorta nie szczędzili magii, aby powstrzymać napastników, jeden tylko Clovis Corneille-Noire konwencjonalnie rżnął nożem. Synchroniusz Walruss w przerwach między zaklęciami grał na flecie. Przelatująca naokoło magia wydawała się nie czynić mu żadnej szkody. W pewnej chwili wyciągnął flet i cisnął zaklęcie w Parvati Patil, wlatującą właśnie przez okno. Parvati poleciała na ścianę i legła bez życia.
Harry w całym tym zamieszaniu próbował dosięgnąć Dracona, uwolnić go i rozpocząć odwrót. Tak miało być: uwolnić młodego Malfoya i chodu do Hogwartu. Ale kiedy Synchroniusz zabił Parvati, niektórym Kluchonom ostatecznie puściły nerwy i także oni przestali dawać przeciwnikom pardon. Potter musiał się wykazać zwinnością, lawirując między walczącymi i unikając świszczących w powietrzu zaklęć.
Goyle próbował rzucić avadą w Neville’a Longbottoma. Neville okazał się szybszy, odparł atak i wytrącił Goyle’owi różdżkę. Fenriz rzucił się na Mariettę Edgecombe, ale dopadł go Murtaza az-Zahri, przybrał formę ośmiornicy i niewiele myśląc, skręcił wilkołakowi kark. Teodor Nott chował się za stołem przed zaciekłymi atakami Bellatrix, Zdenek Slanina zmienił się w kangura i kopał ile wlezie. Zabiniemu udało się podpalić szatę Wulffa. Tymczasem Ron w ferworze walki zgubił różdżkę, więc łomotał śmierciożerców kijem od miotły.
Nagle tuż przed Harrym wyrosła jak spod ziemi Narcyza Malfoy.
- Spedaliłeś mi syna! Giń! – krzyknęła, celując w niego różdżką. – Avaaaaa…
         Nie dokończyła zaklęcia, bo akurat dopadło ją monstrualne szczytowanie, kolejne z chronicznej serii wywołanej przez Voldemorta. Cyzia upadła na kolana i złapała się za rozkrok. Różdżka zadźwięczała na posadzce, ale krótko, bo Harry zaraz ją przechwycił. W samą porę, Thorfinn Rowle akurat w niego wycelował…

       Pablo Angostura słusznie odgadł, że do drzwi dzwoniła dziewczyna z Hogwartu, z którą korespondował od jakiegoś czasu. Tego wieczoru miała oficjalnie stać się śmierciożerczynią – Pablo napisał do niej, że dziś nadszedł odpowiedni moment, bo zdarzy się coś niezwykłego…
      Ale gdy otworzył drzwi, przeżył szok. To była Hermiona Granger. Uderzyły wspólnie, ona i Kasandra. Gdy Angostura padł na ziemię, bez trudu przeszły obok niego, a za nimi do środka Malfoy Manor wsypało się kilkoro innych Kluchonów.
- Dobra nasza! – powiedziała Hermiona. – Tam na górze już się rozpętało. Bierz Malfoya i w nogi!
      Wpadły po schodach jak burza, bez trudu obezwładniając jakiegoś zamaskowanego śmierciożercę, który wybiegł im na spotkanie. W salonie panowała totalna jatka i chaos. Kasandra od razu włączyła się do walki. Crabbe właśnie wziął na cel Longbottoma, lecz Swiftsure strąciła zaklęciem żyrandol, który spadł mu na głowę. Tymczasem Hermiona zaangażowała samą Bellatrix, spychając ją do defensywy. Weasley łoił miotłą szarego kangura, którym był Zdenek Slanina. Synchroniusz Walruss wypuścił ze swego fletu śmiercionośne zaklęcie prosto w Rona, lecz rudzielec na swoje szczęście akurat się pośliznął i rozciągnął na posadzce, a czar dosięgnął Corneille-Noire’a. Natomiast Murtaza z powrotem przybrał ludzką postać i próbował zaklęciami ognia wykurzyć Dołochowa z szafy, w której ten zajął umocnioną pozycję.
        Kasandra pochylona podbiegła zakosami ku środkowi sali, prosto do czarnego kamienia. Draco leżał na nim sflaczały i nieprzytomny. Swiftsure bez namysłu przecięła więzy zaklęciem Diffindo, a gdy Malfoy był już wolny, zarzuciła go sobie na plecy.
- Mam, nie dam! Mam, nie dam! – wykrzykiwała, biegnąc w stronę drzwi wyjściowych.
        Voldemort, z początku oszołomiony napadem, a potem zajęty odpieraniem ataków, nagle dostrzegł Kasandrę uciekającą z Draconem. Avadę zieloną i zdradną wysłał w jej kierunku, lecz Justin Finch-Fletchley dostrzegł zagrożenie i zastąpił drogę śmiertelnego czaru, biorąc go na siebie…
        Kasandra szybko zbiegła po schodach i była już w holu. Nigdy by nie przypuszczała, że byłaby w stanie biegać z Malfoyem na plecach, a jednak! Teraz tylko za drzwi, poza posiadłość, schować się gdzieś w żywopłocie i czekać ze świstoklikiem na pozostałych…
- Cześć, Swiftsure – rozległ się nagle złowieszczo znajomy głos. – Znowu mi się pętasz pod nogami?
       Kasandra spojrzała prosto w zimne oczy Bernie Heckler, swojej prześladowczyni z Durmstrangu… Lęk z dawnych lat chwycił ją brutalnie, sparaliżował, nie była w stanie nic zrobić…
         Bernadetta uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Sektumsempra! – powiedziała, machając różdżką. Z twarzy Kasandry strumień krwi trysnął aż na ścianę, dziewczyna padła na ziemię…

       Tymczasem na górze śmierciożercy zaczęli zdobywać przewagę. Część Kluchonów odleciała przez okno, myśląc błędnie, że Malfoy jest już uratowany, część leżała nieprzytomna lub została zepchnięta do zaimprowizowanych kryjówek. Harry leżał w kącie przysypany tynkiem ze ściany i szczątkami mebli, zbyt słaby, aby cokolwiek zrobić. Czarny Pan wydawał się tryumfować.
Zwycięstwo było niemal pewne, więc Bellatrix Lestrange zbiegła na dół, aby pomóc młodej Bernadetcie wciągnąć Malfoya z powrotem. Mało brakowało, a z całego rytuału nic by nie wyszło!
Obie ocuciły Dracona i przyprowadziły przed oblicze swego przywódcy.
- Co za skrajna głupota! – wykrzyknął Voldemort. – Naprawdę myśleliście, że możecie pokonać najpotężniejszego czarodzieja wszech czasów? Wy, garstka niedoświadczonych gówniarzów? Nawet w kupie jesteście słabsi ode mnie! I nawet z tymi waszymi nie wiadomo jakimi mocami z innego świata!
         Rozejrzał się uważnie po zniszczonym salonie. Najwyraźniej wypatrywał Harry’ego, ale jakoś go nie dostrzegł pod stertą gruzu i drewna.
- A gdzie się podział Potter? Stchórzył? Tak, to typowe dla waszego Złotego Chłopca. Wystarczy, że zaczną się prawdziwe kłopoty, a on już pali gumy! Ale mniejsza o to. Rozprawię się z nim później. Na razie jeszcze nie skończyliśmy naszego małego rendez-vous, paniczu Malfoy!
        Wyczerpany i wycieńczony Draco, drżąc z zimna w uścisku Bernie z jednej strony, a Bellatrix z drugiej, nie miał już siły na nic. Atak Kluchonów na chwilę przywrócił mu nadzieję, ale wraz z ich klęską wszystko runęło w gruzy tym bardziej. Teraz marzył tylko o tym, żeby to wszystko się jak najszybciej skończyło. Tu i teraz.
 - Nie zostanę twoim rozpłodowcem! – krzyknął. – Takiego chwieja!
        Voldemort roześmiał się złowrogo.
- Otóż obawiam się, drogi Draco, że nie masz innego wyjścia. Muszę jednak przyznać, że zdolny jesteś, skoro udało ci się jakoś wezwać pomoc. Drugi raz nie będę taki nieostrożny. Wiesz co, Draco? Żeby dać mi dziecko, nie będziesz koniecznie potrzebował rąk ani nóg…
        Tym razem zaśmiał się Synchroniusz Walruss, klaszcząc entuzjastycznie w dłonie.
- Czy ja mogę się tym zająć, panie? – poprosił. – Bardzo mi się ostatnio spodobał mugolski wynalazek zwany piłą łańcuchową.
- To dopiero po zapłodnieniu – odrzekł Czarny Pan. – No dobrze, młody człowieku, otwórz się przede mną i pozwól mi wejść!
       Brutalnie złapał Malfoya za biodra. Draco zakwilił bezradnie w oczekiwaniu straszliwego bólu, który zakończy wszystko, co w jego życiu było dobre…
- Przestańcie natychmiast! – donośny kobiecy głos zabrzmiał echem w zrujnowanym salonie.
        Voldemort obejrzał się, Draco mimo wszystko tak samo. W drzwiach stała Lukrecja de Volaille. Z jej niskiej, pulchnej sylwetki emanowała niesamowita energia, połowa włosów wydawała się płonąć żywym ogniem, a druga połowa była czarna jak smoła.
- Kim jesteś?! – krzyknął Voldemort. Nie po raz pierwszy mu przeszkodzono, ale ta kobieta wzbudziła w nim prawdziwy, nieokreślony niepokój.
- Twoją zgubą, Voldemorcie – odpowiedziała Lukrecja.
- Każdy tak mówi – rzekł Czarny Pan. – A potem leży w pyle i we krwi, tak jak ci tutaj dookoła. Nachodzisz mnie w domu mojego znajomego, przeszkadzasz w rozmowie z jego synem… Jak by nie patrzeć, jesteśmy tu wszyscy u siebie. Czego chcesz, gadaj!
        Profesor de Volaille była spokojna, patrząc w gadzie oblicze Voldemorta.
- Czy pamiętasz Esmeraldę Goldcrest? Młodą, pełną radości dziewczynę, którą brutalnie zgwałciłeś tylko dlatego, że się z ciebie śmiała? Założę się, że nie. Dla ciebie jedna zbrodnia więcej to bez różnicy. Esmeralda umarła w nędzy i wstydzie, porzucona przez rodzinę. Wszyscy mówili, że sama sobie jest winna, że cię sprowokowała. Nie doczekała sprawiedliwości. Ale ja dopilnuję, aby kara cię nie minęła, lordzie.
       Voldemort stał w miejscu, wpatrzony w Lukrecję. Zupełnie stracił rezon i orientację. Zszokowany, nie wiedział nawet, co odpowiedzieć.
Tymczasem profesor de Volaille rozpruła swoją szatę, uwalniając bujne, jędrne piersi. Harry, nawet otępiony ze zmęczenia, nawet będąc w śmiertelnym zagrożeniu, musiał przyznać, że to najpiękniejsze ciało, jakie w życiu widział, nie licząc oczywiście Dracona…
Ale Lukrecja de Volaille nie miała zamiaru nikogo kusić. Ujęła oburącz swą różdżkę i z całej siły wbiła ją między piersi. Trysnęła krew, spływając w dół jej dekoltu. Lukrecja słabnącym głosem zdążyła tylko powiedzieć:
- Na taką ofiarę nie pomogą żadne horkruksy. Avada kedavra… Tato!
        Różdżka pofrunęła jak strzała z łuku, ciągnąc za sobą jadowicie zielony strumień światła przeplatany czerwienią. Voldemort został trafiony prosto w serce. Runął na ścianę i wyrżnął w nią z taką siłą, że posypało się szkło z tych okien, w których jeszcze do tej pory się uchowało, a z szafy na drugim końcu salonu pospadały ocalałe dzbanki.

     Harry otworzył oczy i powoli się podniósł, otrząsając z siebie gruz i resztki mebli. W salonie, pod warstwą pyłu, leżały ciała. Parvati Patil, Bernadetta Heckler, Justin Finch-Fletchley, Peter Pettigrew. Spojrzał na zakrwawione zwłoki Lukrecji de Volaille. Na jej twarzy zagościł ogromny spokój, jakby odeszła w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
     Ron wygramolił się zza przewróconego stołu, Hermiona także zaczynała odzyskiwać przytomność. Wyglądało na to, że znowu cała ich trójka miała szczęście… Neville Longbottom pełzł po podłodze na czworakach. Dotarł do Zabiniego i próbował go obudzić. Murtaza az-Zahri także kuśtykał od jednej leżącej postaci do drugiej, sprawdzając, co dla kogo da się zrobić.
     Potter wstał i spojrzał na środek salonu. Czarny kamień, do którego wcześniej przykuto Malfoya, rozpadł się na pół. Obok spoczywało ciało Voldemorta, skurczone i jakby nadpalone, różdżka Lukrecji ciągle sterczała z jego mostka.
       Draco dygotał pod ścianą. W oczach miał łzy, a na ustach szalony uśmiech. Nagle zerwał się, chwycił kij golfowy, który mu akurat leżał pod nogami. Rzucił się na Voldemorta i dał upust wszystkim swoim emocjom.
- This is what happens! – krzyczał, łojąc Czarnego Pana z całej siły. – This is what happens! When you! Fuck! A stranger! In the ass!!!
- Dosyć, Draco – Harry zmęczonym gestem złapał go za ramię. – To już koniec. Wygraliśmy. Tak mi się przynajmniej wydaje…
       Malfoy odrzucił kij. Stał na środku pomieszczenia, wciąż nagi i wciąż dygoczący, ledwo trzymał się na nogach. Nie miał już na kostce zielonej bransolety. Z lękiem wypatrywał swoich rodziców wśród leżących ciał, ale nigdzie nie było ich widać. Hermiona podeszła i owinęła Dracona kawałkiem okiennej zasłony.
- Już dobrze… - powtarzał Draco obsesyjnie. – Już wszystko dobrze. Wracamy do domu…


niedziela, 19 stycznia 2014

Rozdział 32


       Kiedy już przestały mu się trząść nogi, a różdżka Pottera przyniosła mu ukojenie, Draco poszedł do skrzydła szpitalnego poradzić się pani Pomfrey. W końcu znalazł się w całkiem nowej sytuacji i musiał się czegoś dowiedzieć o tym jakże nietypowym dla faceta stanie.
       Sytuacja była w końcu poważna. Z Harrym na pewno nie mógł się nudzić. Było im razem cudownie. Draco uwielbiał się mu oddawać cały. Co prawda czasami Potter zagalopowywał się, zadając mu ból, ale Malfoy przyjmował to z radością. Za to, co robił w swoim poprzednim życiu, to i tak była niewystarczająca kara, a zresztą przyjemność w końcu nadchodziła, i to o wiele większa. Chłopak miał znacznie o wiele więcej fantazji i Draco wierzył, że jeszcze niejednym da się zaskoczyć. Przez parę ostatnich nocy nawet zdarzało się, że Harry dawał mu klapsa, krzycząc “Niegrzeczny chłopiec!” Dracona niesamowicie to kręciło. I teraz to wszystko miałoby się skończyć? Niee…
       Gdy w skrzydle szpitalnym powiedział, co mu jest, pielęgniarka przeżyła szok. Myślała, że Draco robi sobie z niej jaja, lecz potem spojrzała mu w oczy i po spojrzeniu Malfoya poznała, że mówi prawdę. Obadała go więc dokładnie i dogłębnie, po czym wygłosiła swoją diagnozę, a wtedy to Draco doznał szoku.
- Jak to? Znaczy, że nie jestem w ciąży? – oczy niemal wyszły mu na wierzch. – Ale przecież to wszystko…
- Wypił pan eliksir Pseudoprego – wyjaśniła pani Pomfrey.
- Pseudoprego? – zdziwił się Draco. – Nigdy nie słyszałem.
        Uzdrowicielka spojrzała nań zafrasowana.
- To mikstura wywołująca objawy ciąży - powiedziała. – Niezbyt dobrze się kojarzy, bo był, o ile wiem, używany do kompromitowania ludzi. Niejednej młodej czarownicy za jego pomocą złamano życie, niejeden ślub odwołano za jego sprawą. Do tej pory sądziłam, że receptura na ten eliksir zaginęła, ale widocznie ktoś wynalazł go na nowo…
Draco opuszczał skrzydło szpitalne, nie wiedząc, czy ma się cieszyć, czy smucić. Z jednej strony jednak nie zaszedł w ciążę, ale z drugiej strony – to, że miał ciążowe objawy, oznaczało, że ktoś mu coś wsypał do picia. Kto?
Możliwości było niewiele. Na wieczornej uczcie Kluchonów się nie pojawił, bo akurat leżał w łóżku, wyczerpany popołudniowymi igraszkami z Harrym. A obiad? Z kim siedział przy obiedzie? Z jednej strony miał Weasleya, który truł mu coś o poezji, z drugiej – koniec stołu, ale przyczepiła się Pansy i zaczęła go bombardować swoimi fantazjami. Oni oboje mogliby mieć swoje powody. Weasley, bo go nie lubił, a Pansy, bo z nią to w ogóle nie dojdziesz.
Kto jeszcze mógłby mieć motyw? Crabbe i Goyle? Nie, oni by czegoś takiego nie wymyślili… Czyli Roniec albo Pansy. Rudzielec jednak odpada, dlatego, że Draco przez cały posiłek miał go na oku, udając, że go słucha, bo Parkinson jednak ględziła jeszcze gorzej. A on demonstracyjnie się od niej odwrócił… Czy wtedy mogła mu czegoś dolać do kompotu? No pewnie, że mogła!
      Postanowił, że musi ją znaleźć, i natychmiast wybrał się na poszukiwania. Pansy była, a jakże, na dziedzińcu. Legiędziła coś z Cho Chang i tą Kasandrą – ciekawe, czyżby wciskała im jakiś nowy kit na jego, Dracona, temat? Podszedł bliżej i zażądał od Parkinson rozmowy na osobności.
- Spójrz mi w oczy, Pansy – wygarnął przez ogródek. – Pansy, spójrz mi w oczy. Co ty wykombinowałaś?
- Ja wykombinowałam? Niee… Nie wiem, o czym ty mówisz, Draco! – zajęczała Parkinson, wyraźnie zatrwożona.
- Wczoraj przy obiedzie – uściślił Malfoy. – Wlałaś mi coś do kompotu, prawda? Co wlałaś?!
      Twarz Pansy naciągnęła na siebie płaczliwy wyraz, który tylko przekonał Dracona, że jego podejrzenia są uzasadnione.
- No, przyznaj się, Pansy! – pokrzykiwał, aby tym pewniej wyciągnąć z niej informacje. – Spójrz mi w oczy! Co za świństwo mi dolałaś?
       Parkinson wybuchnęła łzami, w dłoniach twarz swoją skryła.
- Ja nie chciałam – buczała. – Bo ten chłopak powiedział… On powiedział, że no…
- Co znowu za chłopak? – wysyczał Draco bezwzględnie.
- Bo ja… ja… poszłam na kawę do pani Puddifoot… I tam był ten chłopak… Powiedział, że wyglądam na nieszczęśliwą i dał mi ten flakon… Mówił, że afrodyzjak… A ja tak bardzo chciałam zobaczyć, jak wy z Harrym to robicie… Błagam, Draco, nie rób mi krzywdy!
     Malfoy nie miał zamiaru robić Pansy krzywdy, chociaż z wściekłości był już gotów chodzić po ścianach.
- Idiotko! – warknął tylko. – Przecież to mogłaby być trucizna, nie pomyślałaś?
      Pansy spojrzała nań trwożliwie.
- Ale nic ci się nie stało? – zapytała z lękiem.
- Stało się: jestem wkuropatwiony jak jasny goblin. Gadaj, co to za chłopak, od którego dostałaś to paskudztwo.
- Już tam siedział, kiedy weszłam – załkała Pansy. – W kawiarni pani Puddifoot. Trochę niższy od ciebie, puciaty, ciemny blondyn w szarej tweedowej szacie.
- Ja mu pokażę! – zawołał Draco ekshibicjonistycznie i pognał natychmiast do sypialni prefektów Klimpfjallu.
W dalszym ciągu był wściekły. Jakiś obcy fąfel najwyraźniej miał zamiar zniszczyć jego związek z Potterem… Wpadł do sypialni jak burza, nie zastając zresztą Harry’ego. Błyskawicznie porwał swoją miotłę, wybiegł na mury Hogwartu i wzbiiiił się w powietrze, by na ostrej korbie popędzić do Hogsmeade. Zobaczysz, koleś, jakie są skutki, jak się natrafi na Malfoya w Alpach!

Wieczorem Kluchoni znowu mieli ucztę. Wspólne posiedzenia przy jedzeniu, piciu i muzyce rozgrywały się coraz częściej, choć miejsce namiętności zastąpiła na nich stabilizacja. W chwili bieżącej tylko Blaise Zabini kotłował jakąś byłą Ślizgonkę na skraju basenu, reszta uczniów spoczywała na arcywygodnych poduszkach. Za Hogwartem, na rozstajach, powiesił się Snape na jajach… - śpiewał ktoś ohydnym samczym głosem. Hermiona opowiadała Justinowi Finch-Fletchleyowi jakieś ciekawostki z historii Klimpfjallu, wyczytane w księgach, które ostatnio całymi dniami studiowała.
         Harry przełknął duży łyk wina, aż zakręciło mu się w głowie. Nie mógł zaprzeczać, że się martwił. Każdy by się martwił. Przypuszczalnie nawet Hermiona nie potrafiłaby szybko dojść do siebie, gdyby się teoretycznie dowiedziała, że jej chłopak jest w ciąży.
        A jeżeli jednak Draco nie był? Wtedy, gdy się zgadali, kazał Harry’emu nie myśleć, że chodzi o złapanie go na dziecko. Przecież nie istniała nawet taka potrzeba, skoro było im ze sobą tak dobrze, od kiedy Malfoy się zmienił. Ciągle powtarzał, że Harry świetnie całuje. Zgoda, jeżeli chodzi o całowanie w usta, ale Potter był zdania, że Draco fenomenalnie całuje ciało. Umiał zrobić tak, że od jednego pocałunku robiło mu się gorąco. Uff, te myśli nie dają mu spokoju…
        Tymczasem sprawa jest poważna. Chociaż niby to wszystko już sobie wyjaśnili, jednak Drakuś gdzieś zniknął. Kasandra wspominała, że widziała, jak zaraz po lekcjach, na zamkowym dziedzińcu, opieprzał gromko Pansy Parkinson, ale nie słuchała na tyle, żeby powiedzieć, o co chodzi.
- Czegoś taki smutny, Harry? – zapytał Weasley.
- Bo Malfoya wcięło – odrzekł Potter z troską. – Martwię się o niego.
- Co ty ostatnio z tym Malfoyem? – skrzywił się Ron. – Lepiej byś się jaką dziewczyną zainteresował.
- Dziewczyny są fajne – przyznał Harry. – Ale Draco to jednak Draco.
       Na scenie Theo Nott z wysiłkiem, acz bez większych skutków dął w obój, a Marietta punktowała jego wątpliwą muzykę srebrzystymi uderzeniami w triangiel. Podszedł Longbottom w rozchełstanej szacie, na której miał znaczek z tajemniczym napisem: „Lubisz Cycerona?”
- Pfff – odezwał się z niezadowoleniem, kiwając głową w kierunku Notta. – Fatalnie mu idzie na tym oboju.
- Nie mówi się „oboju”, tylko „obojgu” – poprawiła go Hermiona. Nie bez przyczyny nazywano ją Panną Wiem-Wszystko.
       Harry tymczasem słuchał oboju i nadal pogrążał się w niepokoju.
- Martwię się – powtarzał. – No dajcie spokój, martwię się i tyle.
- O Malfoya chodzi? – zainteresował się Neville. – Widziałem go jakąś godzinę temu, biegł z miotłą i wyglądał na nieźle wkurzonego.
       Pottera na tę wieść chwyciły ołowiane kleszcze lęku.
- Może miał jakąś sprawę do załatwienia – zauważyła Hermiona.
- Powiedziałby mi przecież – próbował argumentować Harry. – Jeżeli zamierzał zniknąć na dłużej, na pewno by mi powiedział. Przecież skoro mu na mnie zależy…
- Nie martw się, Harry – Granger objęła go uspokajająco. – Draco da sobie radę. Jest sprytny, przecież to były Ślizgon i po prostu Malfoy. A tak poza tym – gdyby stała mu się jakaś krzywda, przecież my wszyscy, Kluchoni, zaraz byśmy się o tym dowiedzieli, tak jak w przypadku Cho. A przecież żadne z nas nie słyszy tego kluchońskiego zewu pomocy.
      Harry poczuł się trochę uspokojony. Ale tylko trochę. Kiedy zaraz później Hermiona poszła do sowiarni, aby sprawdzić, czy nie nadszedł jakiś ważny list, na który czekała, Potter doznał napadu niesłychanego przerażenia, tak potężnego, że miał ochotę wpaść pod stół i zakryć głowę ramionami. Wiedział, że Draco jest w niebezpieczeństwie. Ale żaden z pozostałych Kluchonów nie odebrał tego sygnału…

Draco zbudził się w bardzo złym samopoczuciu. Wokół panowała całkowita ciemność. Nie wiedział, gdzie jest, nie mógł się ruszyć, ale nie widział żadnych więzów. Ktoś chyba rzucił na niego Drętwotę.
Co się stało? Poleciał wściekły do Hogsmeade i u pani Puddifoot odnalazł gościa, którego wygląd zgadzał się z rysopisem podanym przez Pansy. Chłopak na widok różdżki Malfoya zrobił się wyjątkowo skłonny do współpracy. Powiedział, że wstydzi się o tej sprawie rozmawiać przy ludziach, więc poszli do zaułka… I tyle. Film się Draconowi urwał gdzieś w tym momencie.
Leżał teraz całkiem nieruchomy i martwił się, co tak w ogóle jest grane. Jego wzrok zaczął rozróżniać w mroku jakieś niejasne kontury. Czy ciemność może wyglądać znajomo? W tym przypadku właśnie wyglądała. Mimo wszystko Draco nie potrafił jej zidentyfikować. Raczej na pewno nie był w lochach Hogwartu.
Gdzieś z boku skrzypnęły drzwi, wpuszczając do środka lekką poświatę oraz posągowo szczupłą  blondynkę w czarnej szacie. Dziewczyna stanęła nad unieruchomionym Malfoyem, spoglądając nań z rozbawieniem.
- Cześć, Draco – powiedziała, nonszalancko odgarniając dłonią kosmyk włosów.
- Coś ty za jedna? – zapytał Malfoy zdenerwowany. – I gdzie ja w ogóle jestem?
- Jestem Bernie – przedstawiła się dziewczyna. – Zawsze byłam twoją wielbicielką, ale w ostatnim czasie mnie rozczarowałeś, mój drogi…
       Tchórzofret westchnął. Tylko tego mu jeszcze brakowało, żeby wpadł w ręce psychofanki. To pewnie jedna z tych nawiedzonych panienek, które wysyłały mu horrendalne ilości poczty. Jak by tu do niej zagadać, żeby go uwolniła…?
      Bernie nie sprawiała jednak wrażenia, jakby łączyły ją z Draconem wspólne tematy konwersacji. Rozpięła natomiast jego koszulę, a w zasadzie rozerwała.
- Słyszałam, że masz chłopaka? - uśmiechnęła się drapieżnie. – No, no, ciekawe…
        Po czym ściągnęła mu także spodnie i przeszła do rzeczy. Draco nie chciał tego, ale z bezradnością patrzył, jak jego ciało (a przynajmniej jedna jego część) reaguje, zupełnie wbrew niemu…
- Ciekawe – blondynka spojrzała mu prosto w oczy, w dalszym ciągu darząc Malfoya ironiczno-pogardliwym uśmieszkiem – co powiedziałby twój słodki, kochany Harry, gdyby widział, jak zaraz się zeszmacisz…
      Draco płakał, kiedy Bernie Heckler, członkini Organizacji Zagranicznej Śmierciożerców, brutalnie go ujeżdżała.


niedziela, 15 grudnia 2013

Rozdział 30


   Była już późna i ciemna noc, kiedy Hermiona szła korytarzem w stronę dormitorium, wracając z kluchońskiej uczty. Musiała wyjść wcześniej, żeby porządnie się wyspać, bo następnego dnia czekała ją porządna szychta w bibliotece.
    Niektórzy mówili na nią „Panna Wiem-To-Wszystko”. Wszystkiego to może nie, ale biorąc udział w intensywnych sesjach bibliotecznych z profesor de Volaille, z pewnością wiedziała więcej niż przeciętny uczeń Hogwartu. Zwłaszcza w kwestii Szóstego Domu. To, że Klimpfjall nie jest po prostu miejscem, gdzie się odbywały orgie, ale ma stanowić potężną linię obrony przed zagrożeniami związanymi z rodem Dagoth i nie tylko, wiedzieli już prawie wszyscy Kluchoni. Hermiona jednak wiedziała także inne rzeczy. Wiedziała o tym, że cały ten tachel z Kapeluszem Przydziału na rozpoczęciu roku to był kamuflaż: z Tiarą było wszystko w porządku, a chodziło o to, żeby zamaskować selekcję do Szóstego Domu.
Wiedziała już także, że Klimpfjall jest także domem ucieczki, stanowiącym wybawienie dla tych, którzy próbują wyzwolić się od zła, ale sami nie mają siły. Taka właśnie była przyczyna zaskakującej zmiany charakteru Draco Malfoya. Granger mocno kibicowała jego związkowi z Harrym – wydawało się wręcz, że każdy z nich w osobie drugiego odnalazł idealnego partnera. Potter jej się trochę podobał – komu zresztą się mógł nie podobać, poza Crabbem i Goyle’em? - i dobrze wspominała te momenty, kiedy podczas kluchońskich orgii raz czy drugi na niego trafiła. Ale teraz, gdy średni popęd uczniów Szóstego Domu nieco opadł, bo wielu z nich utworzyło mniej więcej stałe związki i na ucztach większość zajmowała się przede wszystkim jedzeniem i piciem, Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu, widząc Malfoya i Harry’ego obcmokujących się na przerwie, a czasem niemalże na lekcji.
Ale Hermiona wiedziała również, że nie jest bezpiecznie. Zdawała sobie sprawę z zagrożenia, jakie dla świata czarodziejów stanowią Śmierciożercy – Organizacja Zagraniczna. Poprzedniego dnia profesor de Volaille pokazała jej niepokojący artykuł w „Proroku Codziennym”: „Wspólna akcja aurorów i mugolskiej policji! Rozbito gang Hun-w-Octów!” W gazecie stało, że lider gangu, znany jako Syriusz Żółty, przyznał na przesłuchaniu, że on i jego chuligani otrzymywali wsparcie od człowieka, którym mógł być Synchroniusz Walruss. Profesor de Volaille podejrzewała, że akcja z rozrzucaniem ulotek propagandowych, do której doszło wkrótce po ataku na Hogwart, była także jego dziełem.
Opiekunka Kluchonów zaangażowała więc Hermionę do pracy wywiadowczej. Miała się zająć poszukiwaniem i weryfikacją wszelkich możliwych danych o członkach Organizacji Zagranicznej, żeby potem dało się spokojnie przechwytywać jednego po drugim. Hermiona odniosła już pierwszy sukces. Za pośrednictwem Cardiusa, puszczyka do zadań specjalnych, nawiązała kontakt korespondencyjny z Pablo Angosturą, podając się za uczennicę pragnącą dołączyć do młodego ugrupowania śmierciożerców. Chłopak wyraził zainteresowanie, więc Granger poszła za ciosem i teraz właśnie szła do sowiarni, aby sprawdzić, czy Angostura przysłał już jakąś odpowiedź.
I nagle zza rogu korytarza wylazł Severus Snape.
- Panno Granger, co pani tu robi o tej porze? – zapytał ironicznie.
- Potrzebowałam wyjść – odrzekła ironicznie Hermiona.
       Snape podszedł bliżej, w jego oczach zabłysło coś, co napełniło Hermionę niepokojem.
- Dziwne rzeczy się ostatnio dzieją w szkole – powiedział rozedrganym głosem. – Bardzo dziwne.
- C… co pan ma na myśli, profesorze? – zapytała Hermiona z przestrachem.
- Ty dobrze wiesz, co mam na myśli, Granger. I ty mi powiesz, co mam na myśli.
- Profesorze? Czy wszystko z panem w porządku?
      Severus stał już o krok od Hermiony, potem o pół kroku. Wyciągnął ręce i złapał dziewczynę za biodra.
- Wszystko mi powiesz, prawda? Pewnie, że mi wszystko powiesz. Wszyściusieńko, do ostatniego szczegółu.
- Niech pan mnie puści – powiedziała Hermiona, czując narastającą panikę.
     Tymczasem jedna z dłoni Snape’a powędrowała w górę i zajęła się międleniem łopatki Hermiony, a druga zsunęła się na jej kolano.
- Nie ma powodu, żeby cokolwiek ukrywać, Granger – wyrzęził Mistrz Eliksirów. – Nie ma powodu. Ty nic przede mną nie ukryjesz, ja też przed tobą niczego nie będę.
      I na potwierdzenie swoich słów zaczął jedną ręką rozpinać szatę, podczas gdy druga trekkingowała po udzie Hermiony. Granger krzyknęła, ale na korytarzu nikogo nie było.
- Panie profesorze! – Szarpnęła się w jego ramionach. – Co pan robi? Tak nie wolno!
- Wszystko mi powiesz i nie pożałujesz – Severus zaczął się ślinić, łapiąc Hermionę za najniższą część pleców.  – Ja muszę wiedzieć, ja nie jestem głupi. Prawda, że nie, Granger? Może nie taki mądry i wszechwiedzący jak ty, ale na pewno nie głupi!
Przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, a potem chwycił od dołu za kolano, zarzucając sobie jej nogę na biodro. Hermiona próbowała go odpychać, ale był silniejszy.
- Niech pan tego nie robi – powtarzała. – Naprawdę, niech pan tego nie robi.
      Ale Snape już nie słuchał, tylko zaczął miętosić jej biust.
- Wow, Hermiona taka Granger, wow, pani taka sprytna, wow, sekrety takie sekretne, wow, ciało takie jędrne, wow, piersi takie soczyste, wow, różdżka taka twarda, uszanowanko… - mamrotał obłąkańczo pod nosem.
- Viscodigitus! – krzyknęła nagle Hermiona. Snape próbował zjechać jedną z rąk na jej brzuch i jeszcze niżej, lecz wtem zauważył, że nie może nic zrobić. Jego ręce przykleiły się do szaty panny Granger. A Hermiona natychmiast przypomniała sobie zajęcia dodatkowe dla Kluchonów z Lukrecją de Volaille.
- Zapamiętajcie raz na zawsze, że nikt nie może was dotykać bez waszej zgody – powiedziała wówczas nauczycielka. – Za zgodą to co innego. A już jeśli sami się dotykacie, to jest zupełnie w porządku i nikt nie ma prawa się tego czepiać, o ile nie czynicie tego publicznie.
     I zaraz nauczyła Kluchonów zaklęcia Viscodigitus, mającego zastosowanie w obronie przed obleśnymi obmacywaczami. Gdy bowiem dłonie napastnika zostaną unieruchomione, ofiara może zrzucić albo rozerwać daną część odzieży i wyślizgnąć się molestatorowi. Co prawda zaklęcie to nie było idealne, bo na przykład Hermiona miała na sobie dość wąską szatę z dobrego materiału, której nie mogła ani łatwo zdjąć, ani rozpruć… Ale wystarczyło, żeby niecny Severus został przyłapany na gorącym uczynku przez Neville’a Longbottoma i Murtazę az-Zahriego, którzy przybiegli na pomoc, odczuwając kluchoński zew zagrożenia.
- No panie profesorze… - Longbottom pokręcił głową. – Mam przynajmniej nadzieję, że pan to robi za obustronną zgodą…
- Nawet gdyby tu była zgoda, to i tak jest nie w porządku - odezwał się Murtaza. – Dlatego, że stosunek podległości.
       Zaraz za uczniami z ciemności korytarza wychynęła Lukrecja de Volaille. Na widok Snape’a z dłońmi na piersiach Hermiony na jej twarzy wykwitł gniew, który szybko jednak ustąpił chłodnej determinacji.
- Widzę, profesorze, że się pan mocno zagubił – powiedziała lodowatym tonem.
Podeszła do Snape’a, wyciągnęła różdżkę i dała mu nią po łapach, wyswobadzając tym samym Hermionę, która natychmiast odskoczyła i pobiegła do sowiarni.
      Severus wyglądał równie żałośnie jak spaniel zbity przez właściciela za to, że wytarzał się w bagnie.
- Ja… tylko chciałem się dowiedzieć – wymamrotał drżąco. – Poznać odpowiedzi…
- Zaraz się pan wszystkiego dowie! – Lukrecja uśmiechnęła się mściwie. – A nawet jeszcze więcej!
       Złapała Snape’a za kołnierz i bez trudu zaciągnęła go w stronę najbliższych drzwi. Zamachał bezradnie rękami, znikając w głębi pomieszczenia. Szczęknął przekręcany klucz.
- Idziemy? – zapytał Murtaza. – Od tej pory to raczej nie nasza sprawa.
- Aha – potwierdził Neville. W głowie układał już czastuszkę o tym wydarzeniu, aby na następnej uczcie zaskoczyć Weasleya. Ciekawe, co wówczas powie ten wybitny poeta Hogwartu.


       Draco Malfoy obudził się jeszcze przed świtem – niewielkie osiągnięcie zważywszy, że był już grudzień, więc słońce wstawało później niż większość uczniów. Ale nie o to chodzi. Nawet na tle uczniów wstających o normalnej porze, chociaż w grudniu było jeszcze ciemno, Draco obudził się grubo wcześniej i miał po temu znaczące powody.
Nie czuł się dobrze. Jego żołądek sprawiał wrażenie, jakby chciał zrobić dziurę w brzuchu, wyskoczyć na zewnątrz i uciec w siną dal. Draco podniósł się na łokciach i rozejrzał się w poszukiwaniu Harry’ego, ale go nie zobaczył: Potter najwyraźniej pełnił obowiązki gdzieś w zamku. Szkoda, poprzedniego wieczoru tak fajnie mu się napierało na Dracona…
Malfoy gwałtownie wykicnął z łóżka, aż zajęczały sprężyny, i kucgalopkiem pobiegł do łazienki.
      No, rzygło mu się. Ale właściwie dlaczego? Przecież aż tyle nie wypił. Prawdę mówiąc, poprzedniego wieczoru w ogóle nie pił… Draco spojrzał w lustro. Sam sobie wydał się trochę dziwny.

     Zamknął za sobą drzwi, rozebrał się i stanął przed lustrem. Cholera, brzuch miał jakby trochę większy…
- O żeż w mordeczkę – przemówił do swojego odbicia w lustrze.
    A potem poczuł, że uginają się pod nim nogi. Musiał usiąść na brzegu wanny, pomyśleć i się pozbierać. Czyż trzy tygodnie temu Harry nie potraktował go w łóżku szczególnie dobrze? Kto by pomyślał, że taki mógł być tego skutek… Fakt, że Draco był facetem, nie miał większego znaczenia. W końcu kiedy w grę wchodzi magia, różne rzeczy się zdarzają.
- Masz ci los – mruknął. – Zachciało mi się przemiany w dziewczynę, no to zacząłem. Szkoda, że od dupy strony…
    Draco wstał i założył górę od piżamy. Chciał wracać do łóżka, żeby przespać jeszcze te dwie godziny, które mu zostały do pobudki, ale nie mógł zmrużyć oka. Cały czas przez jego głowę przesuwały się ponure wizje. Merlinie! Co powie Harry, jak się dowie? A może teraz go zostawi?


wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział 23

     Podążali przez ciemny korytarz Hogwartu. Luną się nie przejmowali – i tak jej nikt nie uwierzy. Było pusto, nikogo w zasięgu wzroku. Mimo wszystko musieli zachować ostrożność. Dopiero by było, gdyby po wyjściu cało z tych wszystkich przygód zarobili nagle szlaban u Snape’a…
Samotny zegar przy ścianie pokazywał drugą w nocy.
- Ciekawe – zauważył Harry. – Kiedy weszliśmy w tamten portal, było przed południem, a tu środek nocy.
- Czas u nich biegnie trochę inaczej niż u nas – Hermiona szybko znalazła wyjaśnienie.
- Zmęczony jestem – powiedział Malfoy. – Co robimy?
- Są trzy możliwości – zdecydował Potter. – Możemy się zdrzemnąć w pokoju wspólnym, rozejść się po dormitoriach albo od razu budzić Dumbledore’a. Ma ktoś inne propozycje?
- Wybieram trzecią – rzekła Granger. – W końcu tu chodzi o życie Cho.

      Dyrektor już na nich czekał, widocznie w jakiś sposób dowiedział się wcześniej.
- Cieszę się, że wam się udało, moi drodzy! – powiedział z niecierpliwością. – Gdzie jest artefakt z duszą Cho Chang?
- To ten miecz – Hermiona odpięła broń od paska. – Ostrożnie, może być bardzo niebezpieczny.
- Połóżcie go na biurku – nakazał Dumbledore.
- Jak wygląda sprawa z Cho? – zaniepokoił się Harry.
- Nie jest dobrze – dyrektor spuścił wzrok. – Dziewczyna niknie w oczach. Strasznie schudła, od kiedy wyruszyliście, uzdrowiciele od świętego Munga są bezradni.
- Teraz przynajmniej jest nadzieja – zauważyła Kasandra.
- Tak jest – dyrektor uśmiechnął się blado. – Nie wiem, co byśmy bez was zrobili. A teraz usiądźcie i opowiadajcie.
    Opowieść, w czasie której uczestnicy wyprawy raczyli się herbatą i szarlotką, podgrzanymi przez Dumbledore’a zaklęciem, trwała dobre kilka godzin. Dyrektor wypytywał o szczegóły podróży oraz walki w siedzibie rodu Dagoth, lecz, na szczęście dla Pottera i Malfoya, nie interesowały go bardziej przyziemne (czy raczej – podziemne) przygody.
- Dobrze – powiedział wreszcie. – Muszę teraz zabrać ten miecz do szpitala, a wy odpocznijcie. Zasłużyliście na to.
      Wieść jakoś się rozeszła, bo gdy Harry i spółka wracali od Dumbledore’a, nagle zostali obskoczeni przez grupę Kluchonów. Koledzy rzucali się im na szyję, klepali po plecach, przekrzykiwali się.
- Nareszcie! – cieszył się Ron Weasley. – Aleście pokazali tym cieciożercom!
- A ty skąd wiesz? – Harry był zdziwiony, że wiadomości doszły do przyjaciela, zanim jeszcze zdążył opowiedzieć komukolwiek poza dyrektorem.
- Przedwczoraj po południu pokazał się nam Obleśny Jermołaj – wyjaśnił Weasley. – Opowiedział nam o tym, jak leźliście przez pustynię, i o bitwie z nieprzyjacielem.
      Draco poczerwieniał na te słowa. Jeżeli bowiem duch Klimpfjallu towarzyszył im w podróży i wszystko widział, to widocznie widział także…
- Zaraz! Jak to przedwczoraj? – zdziwił się Potter. – Co dziś właściwie mamy?
- Niedzielę – powiedział zdezorientowany Ron. – A czemu pytasz?
- Wyruszyliśmy we środę wieczorem i byliśmy tam trzy noce – liczył Harry. – Czyli powinniśmy wrócić w sobotę, a jest niedziela?
- W takim razie cały dzień błąkaliśmy się gdzieś między światami – przyznała Hermiona. – Co prawda w ogóle tego nie pamiętam.
- Ja też nie – odezwał się Malfoy. – Ale to by wyjaśniało, czemu się czuję tak cholernie zmęczony.
- To chodźcie odpocząć do pokoju wspólnego – zaproponował Ron.
- Odpocząć? – zdziwiła się Hermiona. – A lekcje?
- Niedziela jest – przypomniał Weasley.

      Niedziela czy nie niedziela, personel szpitala św. Munga miał spore zadanie do wykonania. Dumbledore szedł w stronę sali operacyjnej wraz z Lukrecją de Volaille, która niosła na ramieniu Wybrańcobójcę. Oboje długo czekali na ten moment, kiedy będą mogli aportować się do szpitala.
- Czy na pewno dokładnie przestudiowała pani te księgi? – zapytał Lukrecję zaniepokojony. – Pewne elementy rytuału wydają mi się… cóż, dziwne.
- O co konkretnie panu chodzi, dyrektorze? – zapytała de Volaille.
- Cóż, jeżeli dobrze zrozumiałem ten skrót, który przedstawiła mi pani przed wyruszeniem, to rękojeść tego miecza trzeba będzie umieścić… - resztę zdania Dumbledore powiedział jej szeptem na ucho.
- Dyrektorze – żachnęła się opiekunka Klimpfjallu. – Nie czas się wstydzić, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie. Nigdy nie rozrywał pan nieprzytomnej kobiecie bluzki, żeby zrobić masaż serca?
- Hm… - zmieszał się Albus. – No cóż, nie.
- W takim razie proszę przyjąć, że to zabieg uzdrowicielski jak każdy inny.
- Ale to pani będzie wkładać ten miecz – rzucił Dumbledore surowo. – Żebym potem nie miał żadnych kłopotów.
       Weszli do sali. Czekała już tam na nich grupa uzdrowicieli, dobranych dokładnie według zaleceń de Volaille: sami najlepsi w swoich dziedzinach. Do tego, ze względu na ryzyko związane z Wybrańcobójcą, upewniono się, że żaden z członków zespołu nie jest główną postacią jakiejkolwiek przepowiedni.
Na środku pomieszczenia stał prosty stół operacyjny, a na nim leżała Cho przykryta białym prześcieradłem. Była niezwykle wychudzona, chociaż od ataku, w którym została skrzywdzona, minęło wcale nie tak wiele czasu. Tylko unosząca się nieznacznie pierś wskazywała, że dziewczyna w ogóle żyje.
- Już jesteśmy – powiedziała Lukrecja.
- Bardzo dobrze – potwierdził starszy uzdrowiciel chłodnym, profesjonalnym tonem. – Bierzmy się do roboty.
       Rytuał trwał pięć godzin z okładem. Dubmeldore (tak się zmęczył, że nie pamiętał, jak się nazywa) i Lukrecja pracowali wspólnie z uzdrowicielami. W pewnej chwili, gdzieś tak po dwóch godzinach, magiczny miecz rozjarzył się niczym mugolska jarzeniówka. Ciało Cho zaczęło drżeć, a w końcu miotać się w drgawkach, dziewczyna głęboko oddychała, ale to nawet nie była połowa operacji…
     Wreszcie światło, jakie emitował miecz, zgasło. De Volaille zabrała go ze stołu operacyjnego, a wówczas Cho Chang, po raz pierwszy od dwóch tygodni, przewróciła się z pleców na prawy bok, podkładając sobie rękę pod głowę.
- Zrobione – powiedział starszy uzdrowiciel.
- Zgotujcie rosołu – rzekła profesor Lukrecja. – Będzie głodna jak wilk, kiedy się obudzi.

     W Pokoju Wspólnym opowieściom nie było końca. Każdy chciał usłyszeć historię o wyprawie ratunkowej, więc Potter i przyjaciele musieli powtarzać ją wielokrotnie. Z drugiej strony Harry, Hermiona, Kasandra i Draco starali się dowiedzieć czegoś o tym, co się działo pod ich nieobecność. Okazało się, że w Hogsmeade miał miejsce pościg aurorów za niezidentyfikowanym śmierciożercą, a do samego zamku przeniknął tajemniczy zamachowiec, który upodobnił się do Draco Malfoya. Usiłował spetryfikować McGonagall, ale coś mu nie wyszło i sam się spetryfikował. Dyrektor kazał go postawić jako krasnala ogrodowego przed chatą Hagrida.
- W dodatku Filch napisał do Ministerstwa, żeby oddali mu kasę za zasikany dywan – dodał Weasley.
      Siedzieli przy stole na stercie miękkich poduszek, jedli sernik i popijali wino. Harry z przodu, Kasandra obok niego, Hermiona z drugiego końca stołu, a Draco nieco dalej, z uwagą popatrując, czy przypadkiem Swiftsure nie próbuje zanadto zbliżyć się do Pottera.
- A co ze Snape’em? – zapytał Harry. – Nadal się tak dziwnie zachowuje?
- Snape jest na zwolnieniu – Ron machnął ręką. – Trzmiel wysłał go na chorobowe po tym, jak któregoś dnia przyszedł na lekcję w stroju kangura. Teraz zastępuje go taki jeden śmieszny gość. Za wiele się nie nauczysz, ale za to lekcja szybko zleci.
 - Co za gość? – zapytała Hermiona, ale nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi, bo akurat nadszedł Blaise Zabini. Miał już solidną plerezę – krótko z przodu, długo z tyłu, pewnie wyhodował ją z pomocą magii. Ubrany był w skórzaną kurtkę, obcisłe dżinsy i srebrzyste kozaki, a pod szyją miał czerwoną bandanę.
- Żółwik, Smoku! – zawołał rozradowany do Malfoya.
- Człowieku, coś ty z siebie zrobił? – wykrzyknął zaszokowany Draco. – Milli Vanilli?
- Co, nie podoba ci się moja nowa powierzchowność? – Blaise zasymulował focha. – A tak w ogóle, to słyszałem co nieco o twojej rodzinie.
- Znaczy, co takiego? – zainteresował się Malfoy.
- Twój stary już chodzi na rzęsach – powiedział Zabini. – Nie dość, że ty zwiałeś, to jeszcze Sam-Wiesz-Kto zdążył mu już wyczyścić lodówkę i barek.
- Na pewno tam nie wrócę – Draco zaśmiał się bezsilnie.
- To co zrobisz w wakacje?
- Jeszcze nie wiem. Pójdę pod most, cokolwiek – rzekł tchórzofret. - Lepiej powiedz, co słychać w obozie Slytherinu.
- A po staremu – Zabini wzruszył ramionami, sięgając po fajkę wodną. – Crabbe i Goyle walą szlaban za szlabanem. Wiem z pewnych źródeł, że po twoim przeniesieniu pojawiło się spore rozczarowanie wobec Voldemorta. Teraz w domu jest znacznie mniej wannabe-śmierciożerców niż jeszcze w zeszłym roku. Zresztą zobacz sam.
      Pod przeciwległą ścianą pokoju grupa ex-Ślizgonów śpiewała pieśń o Voldemorcie:

Gdzie nie świeci słońce z rana,
Tam jest dom Czarnego Pana.
Tomasz Riddle tam przebywa,
Czarny paltot go okrywa.
Odtrącony i wyklęty,
Żądzą zemsty ogarnięty,
Upadł jemu koniec nosa,
Z oczów płynie krwawa rosa…

- Cały czas mnie zastanawia, kim był ten żebrak, który otworzył bramę między światami – powiedziała Kasandra Swiftsure. – Wyglądał jakoś znajomo…
- Przypomniałam sobie trochę z tych ksiąg, które czytałam przed wyprawą – stwierdziła Hermiona – i sądzę, że to był Sheggorath, Cukrowy Kocur. Tamtejszy bóg szaleństwa.
- To niech nas ma w opiece – powiedział Harry. – Bo to chyba jeszcze nie koniec.
- Chodźmy popływać – zaproponowała Kasandra, spoglądając zalotnie na Pottera.


wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 22

      Po kilku godzinach marszu ekspedycja znalazła się przed grzybnym dworem mistrzyni Hasyi.
- Trochę mało miejsca, ale czym chata bogata – uśmiechnęła się elfka. - Zaprosiłabym was do mojej nowej rezydencji w Arkngthunch, ale jeszcze nie wykończona. To znaczy potwory na najgłębszych poziomach jeszcze nie wykończone. A przypuszczam, że chodzi wam teraz przede wszystkim o spokój…
      Ledwie mistrzyni weszła do środka, natychmiast kazała przygotować pomieszczenia dla wędrowców.
- Dobrze, pani – powiedział Tovas. – Zrobię porządek w byłych kwaterach niewolników.
- Ani się waż! – skrytykowała go Hasya. – To są goście honorowi, mają dostać porządne łóżka!
Potem osobiście sprowadziła gości do jaskini pod domostwem, w której urządzono piwnicę. Jedną z pieczar wypełniała sadzawka ogrzewana gorącym źródłem, używana przez domowników jako łaźnia. Żeby nie tracić czasu, cała czwórka hogwartczyków wykąpała się równocześnie. Potem Hasya starannie wytarła wszystkich: nie szczędziła gościnności, chociaż widać było, że mało brakuje, aby padła na twarz. Zarówno Draco, jak i Kasandra z pewnym niepokojem obserwowali, jak elfka wyciera Harry’ego. Jeden i druga z ulgą odnotowali, że reakcja Złotego Chłopca na tę przysługę była całkowicie neutralna.
        Po kąpieli na wędrowców czekał już odpoczynek. Harry i Draco trafili obaj do jednego łóżka i wcale im to nie przeszkadzało. Zresztą byli tak wyczerpani, że i tak nie mogli tam robić nic innego poza spaniem.
        Następnego ranka, gdy chłopcy wstali, przyszła służąca i zawołała ich na śniadanie. Harry, jeszcze nie do końca obudzony, poszedł za nią wzdłuż korytarza, który wydawał się wykonany z żywego drewna… I o mały włos nie wygruził się do głębokiego szybu. Malfoy w ostatniej chwili złapał go za łokieć.
- Wypijcie najpierw eliksir powolnego spadania – służka beznamiętnie, jakby nic się nie zdarzyło, skinęła ręką na stolik w kącie.
         Na dole czekała mistrzyni Hasya w towarzystwie Kasandry i Hermiony.
- Nareszcie jesteście! – Granger na ich widok przyklasnęła. – Musicie zaraz wszystko opowiedzieć!
         No i Potter pojechał z narracyjnym koksem, streszczając przyjaciołom przygody, jakie przeżyli wraz z Malfoyem od momentu, gdy burza piaskowa ich rozdzieliła. Pominął tylko jedną przygodę, która miała miejsce w tej chłodnej jaskini…
- A z wami co się przez ten czas działo? – zainteresował się Draco. – Potter bardzo się o was martwił…
         Tym razem to Hermiona rozkręciła opowieść, mówiąc o tym, jak wpadła razem z Kasandrą w ręce ciemnych elfów i jak Hasya okazała im gościnność, i jak zaatakował ich niewidzialny zabójca.
           
Asasyn nie osiągnął jednak swojego celu, bo to jemu czarodziejka, ostrzeżona przez Swiftsure, wraziła sztylet między żebra. Wraz ze śmiercią skrytobójcy wygasło zaklęcie niewidzialności. Hermiona zauważyła wówczas ze zgrozą, że na jego czarnej szacie widniał namalowany krwawą czerwienią Mroczny Znak. Nie był czarny chyba tylko dlatego, że inaczej na czarnej szacie by się nie odróżniał.
- Śmierciożerca – powiedziała Granger pobladłymi wargi.
- No to się nażarł na zdrowie – rzuciła Kasandra beznamiętnie, choć sama jeszcze drżała.
         Mistrzyni Hasya spojrzała na nich uważnie.
- Wiecie coś o tym człowieku? – zapytała.
- My… to znaczy on… - plątała się Hermiona, próbując się wyrazić na tyle oględnie, aby nie zdradzić celu wyprawy. – To jeden ze sług… naszego przeciwnika. Kogoś, kto nastawał w przeszłości na nasze życie…
- Ciekawe – powiedziała elfka. – Dlaczego wasz wróg miałby atakować akurat mnie? Bo że to do mnie zmierzał z gołym sztyletem, nie mam wątpliwości.
         W jej czerwonych oczach błysnęło podejrzenie, aż Kasandrę przeszły ciarki.
- Powiedziałabym, że to akcja specjalnie zaaranżowana, abyście mogły zdobyć moje zaufanie – ciągnęła Hasya. – Ale sądząc po waszym ogólnym zmieszaniu i dezorientacji, sądzę, że to zbieg okoliczności. Nieprawdopodobny, ale jednak.
        Pochyliła się nad zwłokami skrytobójcy, rozpięła mu kołnierz, po czym odpięła wisior, który miał na szyi i pokazała go dziewczynom.
- A więc to tak… - powiedziała. – Amulet rodu Dagoth. Wygląda na to, że istotnie mamy wspólnego wroga. A ja jestem waszą dłużniczką.
          Strażnicy wynieśli ciało, a Hasya wskazała Kasandrze i Hermionie ławę.
- Zatem czym mogę wam służyć? – uśmiechnęła się elfka.
- Szukamy… naszej przyjaciółki – zaczęła ostrożnie Granger. – Została porwana przez sługi Szóstego Rodu. Wygląda na to, że wiesz o nich co nieco…
- Porwana? – mistrzyni Hasya zaciekawiła się. – A więc jednak ród Dagoth nie jest wam obcy?
- Przeprowadzili atak w naszych stronach jako sojusznicy naszego wroga – wyjaśniła Kasandra. – Przebyliśmy długą drogę, żeby uratować przyjaciółkę.
- My i jeszcze dwaj nasi towarzysze – sprecyzowała Hermiona. – Ale zgubili się w burzy piaskowej. Martwimy się o nich.
- To znaczy, że mamy do odnalezienia trzy osoby – podsumowała elfka.
          Swiftsure wyjrzała przez okno.
- Nie mamy pojęcia, dokąd udali się porywacze – zauważyła ze smutkiem. – Gdzie jest siedziba Dagothów?
- Siedziby są rozsiane po całej wyspie – rzekła Hasya. – Ale jeśli wasza przyjaciółka była kimś ważnym, na kim zależało nieprzyjacielowi, to sądzę, że zabrali ją na Czerwoną Górę.
- O, właśnie – potwierdziła Hermiona. – Szliśmy wszyscy w stronę Czerwonej Góry, zanim burza nas rozdzieliła. Znasz drogę?
- Znam – przez ciemną twarz mistrzyni przebiegł cień. – Ale to bardzo niebezpieczne miejsce. Będziecie potrzebowały pomocy.
- Możemy liczyć na twoich elfów? – Kasandra ucieszyła się ze wsparcia.
- Idę z wami – zadeklarowała Hasya. – Niech Dagoth Ur, czy z kimkolwiek się on tam sprzymierzył, nie myśli, że będzie na mnie nasyłał swoich rzezimieszków. Powiem też zbrojnym, żeby mieli baczenie na waszych towarzyszy.
- Powinni iść w tę samą stronę – powiedziała Hermiona. – Może ich jeszcze dogonimy.

         Dziewczyny wraz z Hasyą i tuzinem zbrojnych natychmiast wyruszyły w drogę. Jednak nie zdążyły dogonić Harry’ego i Dracona. Co gorsza, kiedy przekroczyły już magiczny mur zwany Upiorną Barierą, odgradzający terytoria rodu Dagoth od reszty świata, nagle obie, Hermiona i Kasandra, poczuły w głowach lęk i coś jakby mentalny wrzask, przerażający i dobiegający od północy…
- To zew Kluchonów! – krzyknęła Granger. – Harry i Malfoy są w niebezpieczeństwie!
            Elfka była wpierw skonsternowana, ale szybko zrozumiała, co się dzieje.
- Wiesz, skąd dochodzi ten zew? – zapytała, a Hermiona tylko kiwnęła głową.
            Drużyna ruszyła biegiem ku zboczom Czerwonej Góry.

***

- I tak was odnalazłyśmy – powiedziała Hermiona.
- W samą porę, Granger – westchnął Draco. – Inaczej tak bym się wściekł, że rozniósłbym tę całą cytadelę w drobny mak.
- A co z waszą przyjaciółką? – zapytała Hasya. – Mówiłaś przedtem, kiedy wracaliśmy, że jej dusza została zaklęta w mieczu. Obawiam się, że to oznacza śmierć…
- Zazwyczaj tak bywa – Hermiona pokiwała głową. – Ale Cho nie umarła. Zamiast tego leży w śpiączce, zawieszona w śnie między życiem a śmiercią. Jeżeli uda nam się sprowadzić ten miecz z powrotem, wówczas jest nadzieja, że ją jakoś uzdrowimy.
- Nigdy nie słyszałam, że da się chwytać dusze bez uśmiercenia ciała – mistrzyni powątpiewała. – A już na pewno niemożliwe jest wstawienie ich do ciała z powrotem. Jestem bardzo zdolną czarodziejką, staram się o tytuł profesora nauk magicznych, przeczytałam wiele ksiąg, ale o takiej możliwości nic nie wiem.
       Harry’emu serce uczyniło się z ołowiu, opadając niemal do stóp. Czyżby cała ta wyprawa miała pójść na marne?
- W naszych stronach magia działa inaczej niż u was – oświadczyła zdecydowanie Hermiona. – Może znajdziemy drogę.
        Nagle Malfoyowi przyszło do głowy coś z zupełnie innej beczki.
- A ten cały Dagoth Ur? – zapytał. – Padł na ziemię. Załatwiłyście go. Czy to znaczy, że zagrożenia już nie ma?
- Przykro mi cię rozczarowywać, Draconie – rzekła smutno Hasya. – Tak, padł bez życia, ale nie da się go zabić w zwyczajny sposób. Mrocznymi praktykami doszedł do półboskości, a ma ochotę i na pełną boskość. Wyspa dopiero czeka na wybrańca, który położy kres jego złowrogiemu panowaniu… I w ostatnim czasie coraz częściej łapię się na myśli, że to ja mogę być tym wybrańcem. Ale nie jestem gotowa, nie jestem… Cóż, mniejsza o to. Dzięki wam mam więcej czasu, żeby się przygotować…
      Wybrańcobójcę należało bezpiecznie dostarczyć do Hogwartu. Zarówno dla Pottera, jak i dla mistrzyni Hasyi samo dotknięcie miecza mogło oznaczać śmierć, więc zdecydowano, że ów magiczny brzeszczot będzie nosić Hermiona. Velan, dowódca straży, przyniósł z magazynu pochwę pod wymiar, a rękojeść owinięto starym workiem.
- Odpoczniemy trochę i możemy wracać – powiedział Harry, kiedy hogwartczycy zostali na chwilę sami.
- Ale jak? – zmartwiła się Kasandra. – Żeby się tu dostać, trzeba było godzinnego, potwornie skomplikowanego i męczącego rytuału z udziałem trojga potężnych czarodziejów. Sami nie damy rady tego zrobić…
     Wszystkich ogarnęło zniechęcenie. Draco klął pod nosem, Kasandra sprawiała wrażenie, jakby miała wybuchnąć płaczem. Wyglądało na to, że nie przemyśleli jednej z najistotniejszych spraw.
W tym momencie do pokoju wróciła Hasya.
- Co się stało? – zaniepokoiła się. – Macie problem? Może potrafiłabym pomóc…
        Popatrzyli po sobie. Co prawda starali się trzymać to w tajemnicy, ale teraz sprawa doszła do punktu, w którym już nie mieli nic do stracenia.
- Nie mamy jak wrócić do domu – odezwała się ostrożnie Hermiona.
- A gdzie jest wasz dom? – elfka zorientowała się, że pewnie gdzieś daleko. – Skyrim? Wysoka Skała? Może Akavir?
        Hogwartczykom te nazwy nic nie mówiły, ale przynajmniej były to miejsca, które znała sama Hasya, czego nie można było powiedzieć o Anglii.
- Jeszcze dalej – powiedziała Kasandra zrezygnowana. – Jesteśmy z innego świata.
         Oczy mistrzyni rozszerzyły się na moment.
- Ach, więc to takie buty – westchnęła. – W sumie to wiele wyjaśnia.
- Naprawdę bardzo chcielibyśmy wrócić – powiedział Harry. – Nie, żeby nie odpowiadała nam twoja gościna, ale czas nas goni… Nie wiesz, w jaki sposób otworzyć przejście?
- Nie wiem – Hasya pokręciła głową. – Ale być może wiem, kogo zapytać.
Wyjęła z biurka zwój zapisany niezrozumiałym dla Harry’ego i pozostałych alfabetem; bez wątpienia było to jakieś zaklęcie.
- Stańcie w ciasnej grupie – poleciła. – Muszę objąć was wszystkich.
      Skupili się zatem na dwóch metrach kwadratowych. Draco ostatkiem sił stłumił chęć wskoczenia Potterowi na ręce, Hasya przeczytała zaklęcie – i nagle zniknęli.
         Cała czwórka, razem z mistrzynią, znalazła się wtem na wolnym powietrzu. Byli najwyraźniej w jakiejś wiosce, pośrodku której stał kwadratowy budynek otoczony owalnym murem…
- Niedaleko stąd mieszka jeden z najzdolniejszych czarodziejów mojego bractwa – powiedziała Hasya. – Może on będzie coś wiedział. Albo też będzie wiedział, kogo zapytać.
        Nie uszli jednak daleko. Kiedy mijali pierwszą chałupę, spod ściany podniósł się zarośnięty żebrak w złachanym płaszczu i podartym kapturze i podszedł do Kasandry.
- Dobrzy ludzie, wspomóżcie byłego regenta chóru świątynnego – zajęczał. – Have mercy, sir, I gots nothin’ to eat. Mesje, że ne manż pa sis żur.
      Na słowo „sir” Hermiona przypomniała sobie, że podczas śniadania machinalnie schowała do kieszeni kawałek sera. Podała go więc żebrakowi.
- Dziękuję, panienko! – zaskrzypiał żebrak. – Twój czyn na pewno nie zostanie bez nagrody!
      I nagle zrzucił swoje łachmany i wyprostował się, z ponad dwóch metrów górując nawet nad wysoką Hasyą – brodacz w wytwornym stroju, którego prawa połowa utrzymana była w żywych, euforycznych barwach, a druga w ciemnych i przygnębiających. Promieniowała z niego aura czegoś pradawnego i totalnie pokręconego.
- Dobra robota! – zaniósł się szaleńczym śmiechem, wywijając trzymaną w dłoni laską. – To mi się naprawdę podobało! Cieszę się tak bardzo, że mógłbym wypruć wam flaki… Dagoth Ur budzi niepokój, wprawia w ludzi w szaleństwo. A to jest uzurpacja! Od szaleństwa jestem ja! Złotomordy w pełni zasłużył na te bęcki, które dostał…
- Proszę, zostaw nas w spokoju – powiedział Harry zmęczonym tonem. – Chcemy tylko wrócić do domu…
         Brodacz uderzył laską w ścianę chaty i ściana ta nagle zmieniła się w prostokąt bulgoczącej mgły.
- Oto brama, która zawiedzie was do celu – powiedział. – Pa!
         Hogwartczycy uściskali raz jeszcze Hasyę, a potem rzucili się w czarną bezdnię portalu…

       Kiedy Harry zdążył już zapanować nad żołądkiem, zorientował się, że stoją w komnacie zamkowej o kamiennych ścianach. Co jak co, ale nie wyglądała ona jak Hogwart.
       Naprzeciw trójki stali trzej młodzi ludzie. Jeden wysoki i rudy, w bogatym stroju i z mieczem przy pasie. Drugi miał czarny kapelusz zwieszony na plecach, w dłoni trzymał talię kart. Ten trzeci był brodaty i barczysty, za pasem trzymał topór.
- Krew i popioły! – zaklął karciarz. – A wyście co za jedni?
- Zawracamy! – krzyknęła Kasandra. – To nie tutaj!
       I znowu rzucili się w portal. I znowu tajemna przestrzeń rzucała nimi nie wiadomo gdzie, znowu ich żołądki i jelita skręcały się w węzły marynarskie, aż w końcu Harry dotknął policzkiem zimnej posadzki.
       Pierwsze, co usłyszał, to szum wody. Najwyraźniej wylądowali w czyjejś łazience. Podniósł głowę i zorientował się, że oto właśnie Luna Lovegood rozkoszuje się kąpielą.
Przez chwilę panowało pełne zakłopotania milczenie. Hermiona zakaszlała i dopiero wtedy Luna zauważyła, że poza nią w łazience są jeszcze cztery inne osoby. Krzyknęła i zerwała się, zasłaniając się wstydliwie oburącz.

- Wyluzuj, Pomyluna – powiedział Draco. – Tu sami swoi.