Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bitwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bitwa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 33

      Draco nie wiedział, ile czasu spędził zamknięty w ciemności i poniżeniu. Godzinę, dwie? Całą noc? Trząsł się z zimna i wstydu. Bernadetta Heckler, po tym, jak go wykorzystała, zabrała mu ubranie. Leżał w kącie nagi, a jedynym, co miał na sobie, była dziwna bransoleta na kostce, zrobiona z jarzącego się na zielono metalu. Malfoy nie wiedział, co to takiego, i wcale nie chciał wiedzieć.
         Wreszcie ktoś otworzył drzwi. Wszedł wysoki, ciemnowłosy chłopak w popielatej szacie.
- Dobra, idziemy – powiedział do Dracona, po czym brutalnie podniósł go, złapał za kark i wyprowadził za drzwi.
       Ku swojej zgrozie tchórzofret rozpoznał pomieszczenia, przez które tamten go prowadził. Byli w Malfoy Manor! A to znaczyło, że już za chwilę spotka rodziców… A może nawet… Może samego…
     W głównym salonie na górze okna zasłonięto ciężkimi czarnymi kotarami. Panował mrok, rozświetlony tylko strategicznie rozmieszczonymi świecami. Na środku znajdował się nakreślony lśniącą kredą krąg, a w jego centrum – sześciokątny czarny kamień z metalowymi obręczami. Wokół stało mnóstwo ludzi. Śmierciożercy w czarnych szatach, jedni w maskach, drudzy bez. Peter Pettigrew, Fenriz Greyback (ostatnio hipstersko zmienił sobie ostatnią literę imienia), Alecto Carrow, Thorfinn Rowle i wielu innych… Anton Dołochow z pokancerowaną twarzą uśmiechnął się na widok Dracona z mściwą satysfakcją.
Osobno stała grupa młodych ludzi w szarych szatach z zielonymi obszyciami i wyhaftowanym na piersi zielonym Mrocznym Znakiem. Buchała z nich duma nowego pokolenia sług Voldemorta. Bernie Heckler, stojąca w tej grupie, lubieżnie zatrzepotała do Malfoya językiem, obok stał koleś, którego Draco spotkał w Hogsmeade. Wraz z nimi, w takich samych szatach, stali Crabbe i Goyle, rechocząc obleśnie na widok nagości i poniżenia Dracona.
     Chłopak, który wyprowadził Malfoya z piwnicy, wypchnął go na środek, pod czarny kamień. Draco, zdrętwiały ze strachu, cały czas rozglądał się za rodzicami, ale ich nie widział.
- A więc syn marnotrawny wrócił! – zabrzmiał sykliwy głos.
      Draco odwrócił się, by spojrzeć prosto w gadzie oblicze lorda Voldemorta. Zadrżał i zatoczył się, boleśnie uderzając biodrami o sześciokątny kamień. W końcu wyprostował się i jeszcze raz spojrzał na Czarnego Pana. Gdzieś za jego plecami krył się Lucjusz Malfoy, ubrany w odświętną szatę, ale trochę jakby skulony. Patrzenie na to, co się dzieje z jego synem, sprawiało mu ewidentną przykrość, o ile nie fizyczny ból.
        Voldemort mocno ścisnął Dracona za podbródek.
- Zdradziłeś, Draco – powiedział. – Ale widzę, że w końcu do nas wróciłeś. Wszyscy wracają.
- Nie… - tylko tyle Malfoy był w stanie wykrztusić.
- No i bardzo się zmieniłeś w ostatnim czasie – zauważył Voldemort. – Narażałeś życie dla jednej żółtej. Tak bardzo nie po malfoyowsku…
- „Żółta” to nie jest dopuszczalne określenie – sprzeciwił się Draco. – „Szkotka chińskiego pochodzenia”.
- Wszystko jedno – Czarny Pan skrzywił się z niesmakiem. – Daję ci unikalną szansę, abyś odkupił swoje winy. Drugiej nie dostaniesz. Zresztą… Nie możesz odmówić.
- Co ze mną zrobicie? – zapytał zaskoczony Draco, drżąc pod zimnym dotykiem Voldemorta i jadowitymi spojrzeniami śmierciożerców.
         Lord Voldemort uśmiechnął się drapieżnie.
- Czeka cię niesamowity zaszczyt, Draco – oznajmił wielkim głosem. – Dasz mi dziedzica.
- Cooooo? – Malfoy był zaszokowany. – Przecież to… Ja nie byłem w ciąży, to tylko taki eliksir!
- Eliksir eliksirem – Czarny Pan nie dał się zbić z tropu. – Czyżbyś nie wierzył, że jestem w stanie to zrobić? Zaraz cię zapłodnię, młody człowieku, a potem wydasz na świat moją córkę. Nie martw się, dostaniesz solidną ochronę młodego pokolenia śmierciożerców…
       Draco pobladł i osunął się na kolana. Natychmiast podbiegli Pettigrew i ciemnowłosy chłopak – Wolfram Wulff, jeden z Organizacji Zagranicznej. Podnieśli Malfoya i postawili go na czarnym kamieniu, przywiązując jego nadgarstki i kostki do stalowych obręczy. Draco znalazł się w niewygodnej, poniżającej pozycji, po prostu wypięty.
- Nadszedł czas, śmierciożercy! – wykrzyknął Voldemort. – Moja córka zabije Pottera i całą resztę tego tałatajstwa. Potem pomożemy naszemu sojusznikowi, Dagoth Urowi… Mam go  gdzieś, ale to zrobię, żeby nie myślał, że jesteśmy słabi. A wtedy czysta krew zapanuje nad światem!
        Ciężkim wzrokiem potoczył po zebranych.
- Zaczynamy. Is everybody in? The ceremony is about to begin.
- Poczekajmy, panie – odezwał się Pablo Angostura. – Jeszcze jedna kandydatka do naszej organizacji obiecała przyjść.
- Nie będę na nikogo czekał – syknął Voldemort. – Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
      Wyszedł na środek kręgu i zbliżył się do skrępowanego Dracona. Nagle coś go zatrzymało, odwrócił się do jego ojca.
- Lucjuszu, gdzie twoja żona? – zapytał z przyganą.
- Ona… źle się czuje, panie – powiedział Lucjusz Malfoy. – Nie chce tego widzieć.
- Co to znaczy „nie chce”? – zdenerwował się Czarny Pan. – Idź po nią, niech tu natychmiast przyjdzie. Ja tak każę!
     Lucjusz powlókł się smętnie po Narcyzę i zanim ją przyprowadził, minęło ładnych kilka minut. Matka Dracona wyglądała na załamaną, najwyraźniej chwilę wcześniej płakała, teraz trzymała w dłoni chusteczkę. Lucjusz, podtrzymując ją za ramię, stanął obok reszty śmierciożerców.
     Sytuacja wyglądała niewesoło. Ale Draco jednak jeszcze nie stracił całej nadziei. Spokojnie, Kluchoni powinni już poczuć magiczne wołanie o pomoc i już wkrótce przyjaciele przybędą go uratować…
- Zapewne myślisz teraz o tym, że już wkrótce przyjaciele przybędą cię uratować – uśmiechnął się Voldemort. – Nic z tych rzeczy, młody człowieku. Synchroniusz Walruss, mój najzdolniejszy współpracownik, pojął, jak działa ten wasz nowy hogwarcki alarm. Bransoletka na twojej kostce to jego pomysł. Twoi przyjaciele nawet się nie dowiedzą, że coś jest nie tak.
      Zbliżył się do Malfoya od tyłu, gotowy wejść w niego brutalnie.
- Chwileczkę! – zawołał ktoś. – Jeszcze my!
     Do salonu wpadła Bellatrix Lestrange w towarzystwie długowłosego brodacza w kraciastej szacie. Oboje byli zaczerwienieni i zdyszani.
- Synchroniuszu, gdzie wyście się podziewali? – rozsierdził się Voldemort.
- Trochę byliśmy zajęci, ale mam nadzieję, że nie minęliśmy najlepszego! – odrzekł Walruss.
- Nadzieję to ja ciebie zaraz…! – odpowiedział wódz śmierciożerców. – Wyciągaj tego fleta i rób, co do ciebie należy!
     Synchroniusz wyjął więc z zanadrza flet poprzeczny, stanął na jednej nodze i zaczął grać, groteskowo wybałuszając oczy. Jego muzyka wprowadziła do pomieszczenia jeszcze bardziej upiorny nastrój, niż był do tej pory. Z pewnością była nośnikiem jakichś mrocznych zaklęć…
      Draco rozejrzał się jeszcze raz. Ciemność, płomyki świec i dym. Śmierciożercy dookoła, ci starsi i młoda gwardia. Na obwodzie kręgu stali Pettigrew, Bellatrix i Walruss, tworząc trójkąt, którego centrum był on, Draco Malfoy, wygięty na czarnym kamieniu. Z tyłu zaszeleściły szaty Voldemorta. Draco poczuł jego lodowate dłonie na swoich pośladkach.
Za późno. Wszelka nadzieja przepadła. Już za chwilę Voldemort wetknie mu swego czarnego pana…
      Wtem rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pička materina! – zaklął Voldemort. – Lucjuszu, do jasnej ciasnej, to twój dom czy dworzec King’s Cross?
- Ja pójdę otworzyć – zaoferował się Angostura. – To pewnie ta nasza nowicjuszka.
      Wyszedł z salonu. Voldemort wpadł w gniew, wydawało się, że lada chwila rzuci w kogoś Cruciatusem.
     Jedna z szyb nagle pękła i rozsypała się z trzaskiem, a do pomieszczenia wpadło coś, co zerwało kotarę, owijając się w nią. Czarny kształt gwałtownie przeleciał przez salon i z impetem walnął Glizdogona w brzuch, aż padł na posadzkę. Oszołomieni śmierciożercy nie wiedzieli, co zrobić, gdy przez okno wleciał na miotle Blaise Zabini, a za nim – Potter i jacyś inni z Hogwartu…
    Czarny kształt wyhamował na ścianie i gdy zrzucił zasłonę, okazało się, że jest on Ronem Weasleyem, który natychmiast wyciągnął różdżkę i zaatakował Bellatrix Lestrange. Tymczasem Harry wytrącił różdżkę Lucjuszowi.
     Wybuchła bitwa. Atakujący hogwartczycy szybko zaangażowali śmierciożerców, którzy po pierwszym szoku podjęli rękawicę i wyciągnęli różdżki. Draco, cały czas wypięty na środku pomieszczenia, oberwał Drętwotą i osunął się bezwładnie na czarny kamień. Wyszło mu to na dobre: leżąc płasko, miał mniejsze szanse trafienia avadą lub innym niebezpiecznym czarem. Po całym salonie niosły się okrzyki, złorzeczenia i formuły zaklęć.
- Drętwota!
- Crucio!
- Gińcie, szlamy!
- Expulso!
- Sectumsempra!
- Aaaaaaargh!
- Expelliarmus!
- Incendio!
- W twarz?!! W twarz?!!
- Protego!
- Verfluchte Schweine!
- Avada kedavra!
- Moja noga!
- A masz, czekolado!
- Expecto patronum!
- Awruk!!!
- Obscuro!
- Semprini!
- Impedimenta!
- Perkele!
Powietrze było całe gęste od czarów. Ludzie Voldemorta nie szczędzili magii, aby powstrzymać napastników, jeden tylko Clovis Corneille-Noire konwencjonalnie rżnął nożem. Synchroniusz Walruss w przerwach między zaklęciami grał na flecie. Przelatująca naokoło magia wydawała się nie czynić mu żadnej szkody. W pewnej chwili wyciągnął flet i cisnął zaklęcie w Parvati Patil, wlatującą właśnie przez okno. Parvati poleciała na ścianę i legła bez życia.
Harry w całym tym zamieszaniu próbował dosięgnąć Dracona, uwolnić go i rozpocząć odwrót. Tak miało być: uwolnić młodego Malfoya i chodu do Hogwartu. Ale kiedy Synchroniusz zabił Parvati, niektórym Kluchonom ostatecznie puściły nerwy i także oni przestali dawać przeciwnikom pardon. Potter musiał się wykazać zwinnością, lawirując między walczącymi i unikając świszczących w powietrzu zaklęć.
Goyle próbował rzucić avadą w Neville’a Longbottoma. Neville okazał się szybszy, odparł atak i wytrącił Goyle’owi różdżkę. Fenriz rzucił się na Mariettę Edgecombe, ale dopadł go Murtaza az-Zahri, przybrał formę ośmiornicy i niewiele myśląc, skręcił wilkołakowi kark. Teodor Nott chował się za stołem przed zaciekłymi atakami Bellatrix, Zdenek Slanina zmienił się w kangura i kopał ile wlezie. Zabiniemu udało się podpalić szatę Wulffa. Tymczasem Ron w ferworze walki zgubił różdżkę, więc łomotał śmierciożerców kijem od miotły.
Nagle tuż przed Harrym wyrosła jak spod ziemi Narcyza Malfoy.
- Spedaliłeś mi syna! Giń! – krzyknęła, celując w niego różdżką. – Avaaaaa…
         Nie dokończyła zaklęcia, bo akurat dopadło ją monstrualne szczytowanie, kolejne z chronicznej serii wywołanej przez Voldemorta. Cyzia upadła na kolana i złapała się za rozkrok. Różdżka zadźwięczała na posadzce, ale krótko, bo Harry zaraz ją przechwycił. W samą porę, Thorfinn Rowle akurat w niego wycelował…

       Pablo Angostura słusznie odgadł, że do drzwi dzwoniła dziewczyna z Hogwartu, z którą korespondował od jakiegoś czasu. Tego wieczoru miała oficjalnie stać się śmierciożerczynią – Pablo napisał do niej, że dziś nadszedł odpowiedni moment, bo zdarzy się coś niezwykłego…
      Ale gdy otworzył drzwi, przeżył szok. To była Hermiona Granger. Uderzyły wspólnie, ona i Kasandra. Gdy Angostura padł na ziemię, bez trudu przeszły obok niego, a za nimi do środka Malfoy Manor wsypało się kilkoro innych Kluchonów.
- Dobra nasza! – powiedziała Hermiona. – Tam na górze już się rozpętało. Bierz Malfoya i w nogi!
      Wpadły po schodach jak burza, bez trudu obezwładniając jakiegoś zamaskowanego śmierciożercę, który wybiegł im na spotkanie. W salonie panowała totalna jatka i chaos. Kasandra od razu włączyła się do walki. Crabbe właśnie wziął na cel Longbottoma, lecz Swiftsure strąciła zaklęciem żyrandol, który spadł mu na głowę. Tymczasem Hermiona zaangażowała samą Bellatrix, spychając ją do defensywy. Weasley łoił miotłą szarego kangura, którym był Zdenek Slanina. Synchroniusz Walruss wypuścił ze swego fletu śmiercionośne zaklęcie prosto w Rona, lecz rudzielec na swoje szczęście akurat się pośliznął i rozciągnął na posadzce, a czar dosięgnął Corneille-Noire’a. Natomiast Murtaza z powrotem przybrał ludzką postać i próbował zaklęciami ognia wykurzyć Dołochowa z szafy, w której ten zajął umocnioną pozycję.
        Kasandra pochylona podbiegła zakosami ku środkowi sali, prosto do czarnego kamienia. Draco leżał na nim sflaczały i nieprzytomny. Swiftsure bez namysłu przecięła więzy zaklęciem Diffindo, a gdy Malfoy był już wolny, zarzuciła go sobie na plecy.
- Mam, nie dam! Mam, nie dam! – wykrzykiwała, biegnąc w stronę drzwi wyjściowych.
        Voldemort, z początku oszołomiony napadem, a potem zajęty odpieraniem ataków, nagle dostrzegł Kasandrę uciekającą z Draconem. Avadę zieloną i zdradną wysłał w jej kierunku, lecz Justin Finch-Fletchley dostrzegł zagrożenie i zastąpił drogę śmiertelnego czaru, biorąc go na siebie…
        Kasandra szybko zbiegła po schodach i była już w holu. Nigdy by nie przypuszczała, że byłaby w stanie biegać z Malfoyem na plecach, a jednak! Teraz tylko za drzwi, poza posiadłość, schować się gdzieś w żywopłocie i czekać ze świstoklikiem na pozostałych…
- Cześć, Swiftsure – rozległ się nagle złowieszczo znajomy głos. – Znowu mi się pętasz pod nogami?
       Kasandra spojrzała prosto w zimne oczy Bernie Heckler, swojej prześladowczyni z Durmstrangu… Lęk z dawnych lat chwycił ją brutalnie, sparaliżował, nie była w stanie nic zrobić…
         Bernadetta uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Sektumsempra! – powiedziała, machając różdżką. Z twarzy Kasandry strumień krwi trysnął aż na ścianę, dziewczyna padła na ziemię…

       Tymczasem na górze śmierciożercy zaczęli zdobywać przewagę. Część Kluchonów odleciała przez okno, myśląc błędnie, że Malfoy jest już uratowany, część leżała nieprzytomna lub została zepchnięta do zaimprowizowanych kryjówek. Harry leżał w kącie przysypany tynkiem ze ściany i szczątkami mebli, zbyt słaby, aby cokolwiek zrobić. Czarny Pan wydawał się tryumfować.
Zwycięstwo było niemal pewne, więc Bellatrix Lestrange zbiegła na dół, aby pomóc młodej Bernadetcie wciągnąć Malfoya z powrotem. Mało brakowało, a z całego rytuału nic by nie wyszło!
Obie ocuciły Dracona i przyprowadziły przed oblicze swego przywódcy.
- Co za skrajna głupota! – wykrzyknął Voldemort. – Naprawdę myśleliście, że możecie pokonać najpotężniejszego czarodzieja wszech czasów? Wy, garstka niedoświadczonych gówniarzów? Nawet w kupie jesteście słabsi ode mnie! I nawet z tymi waszymi nie wiadomo jakimi mocami z innego świata!
         Rozejrzał się uważnie po zniszczonym salonie. Najwyraźniej wypatrywał Harry’ego, ale jakoś go nie dostrzegł pod stertą gruzu i drewna.
- A gdzie się podział Potter? Stchórzył? Tak, to typowe dla waszego Złotego Chłopca. Wystarczy, że zaczną się prawdziwe kłopoty, a on już pali gumy! Ale mniejsza o to. Rozprawię się z nim później. Na razie jeszcze nie skończyliśmy naszego małego rendez-vous, paniczu Malfoy!
        Wyczerpany i wycieńczony Draco, drżąc z zimna w uścisku Bernie z jednej strony, a Bellatrix z drugiej, nie miał już siły na nic. Atak Kluchonów na chwilę przywrócił mu nadzieję, ale wraz z ich klęską wszystko runęło w gruzy tym bardziej. Teraz marzył tylko o tym, żeby to wszystko się jak najszybciej skończyło. Tu i teraz.
 - Nie zostanę twoim rozpłodowcem! – krzyknął. – Takiego chwieja!
        Voldemort roześmiał się złowrogo.
- Otóż obawiam się, drogi Draco, że nie masz innego wyjścia. Muszę jednak przyznać, że zdolny jesteś, skoro udało ci się jakoś wezwać pomoc. Drugi raz nie będę taki nieostrożny. Wiesz co, Draco? Żeby dać mi dziecko, nie będziesz koniecznie potrzebował rąk ani nóg…
        Tym razem zaśmiał się Synchroniusz Walruss, klaszcząc entuzjastycznie w dłonie.
- Czy ja mogę się tym zająć, panie? – poprosił. – Bardzo mi się ostatnio spodobał mugolski wynalazek zwany piłą łańcuchową.
- To dopiero po zapłodnieniu – odrzekł Czarny Pan. – No dobrze, młody człowieku, otwórz się przede mną i pozwól mi wejść!
       Brutalnie złapał Malfoya za biodra. Draco zakwilił bezradnie w oczekiwaniu straszliwego bólu, który zakończy wszystko, co w jego życiu było dobre…
- Przestańcie natychmiast! – donośny kobiecy głos zabrzmiał echem w zrujnowanym salonie.
        Voldemort obejrzał się, Draco mimo wszystko tak samo. W drzwiach stała Lukrecja de Volaille. Z jej niskiej, pulchnej sylwetki emanowała niesamowita energia, połowa włosów wydawała się płonąć żywym ogniem, a druga połowa była czarna jak smoła.
- Kim jesteś?! – krzyknął Voldemort. Nie po raz pierwszy mu przeszkodzono, ale ta kobieta wzbudziła w nim prawdziwy, nieokreślony niepokój.
- Twoją zgubą, Voldemorcie – odpowiedziała Lukrecja.
- Każdy tak mówi – rzekł Czarny Pan. – A potem leży w pyle i we krwi, tak jak ci tutaj dookoła. Nachodzisz mnie w domu mojego znajomego, przeszkadzasz w rozmowie z jego synem… Jak by nie patrzeć, jesteśmy tu wszyscy u siebie. Czego chcesz, gadaj!
        Profesor de Volaille była spokojna, patrząc w gadzie oblicze Voldemorta.
- Czy pamiętasz Esmeraldę Goldcrest? Młodą, pełną radości dziewczynę, którą brutalnie zgwałciłeś tylko dlatego, że się z ciebie śmiała? Założę się, że nie. Dla ciebie jedna zbrodnia więcej to bez różnicy. Esmeralda umarła w nędzy i wstydzie, porzucona przez rodzinę. Wszyscy mówili, że sama sobie jest winna, że cię sprowokowała. Nie doczekała sprawiedliwości. Ale ja dopilnuję, aby kara cię nie minęła, lordzie.
       Voldemort stał w miejscu, wpatrzony w Lukrecję. Zupełnie stracił rezon i orientację. Zszokowany, nie wiedział nawet, co odpowiedzieć.
Tymczasem profesor de Volaille rozpruła swoją szatę, uwalniając bujne, jędrne piersi. Harry, nawet otępiony ze zmęczenia, nawet będąc w śmiertelnym zagrożeniu, musiał przyznać, że to najpiękniejsze ciało, jakie w życiu widział, nie licząc oczywiście Dracona…
Ale Lukrecja de Volaille nie miała zamiaru nikogo kusić. Ujęła oburącz swą różdżkę i z całej siły wbiła ją między piersi. Trysnęła krew, spływając w dół jej dekoltu. Lukrecja słabnącym głosem zdążyła tylko powiedzieć:
- Na taką ofiarę nie pomogą żadne horkruksy. Avada kedavra… Tato!
        Różdżka pofrunęła jak strzała z łuku, ciągnąc za sobą jadowicie zielony strumień światła przeplatany czerwienią. Voldemort został trafiony prosto w serce. Runął na ścianę i wyrżnął w nią z taką siłą, że posypało się szkło z tych okien, w których jeszcze do tej pory się uchowało, a z szafy na drugim końcu salonu pospadały ocalałe dzbanki.

     Harry otworzył oczy i powoli się podniósł, otrząsając z siebie gruz i resztki mebli. W salonie, pod warstwą pyłu, leżały ciała. Parvati Patil, Bernadetta Heckler, Justin Finch-Fletchley, Peter Pettigrew. Spojrzał na zakrwawione zwłoki Lukrecji de Volaille. Na jej twarzy zagościł ogromny spokój, jakby odeszła w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
     Ron wygramolił się zza przewróconego stołu, Hermiona także zaczynała odzyskiwać przytomność. Wyglądało na to, że znowu cała ich trójka miała szczęście… Neville Longbottom pełzł po podłodze na czworakach. Dotarł do Zabiniego i próbował go obudzić. Murtaza az-Zahri także kuśtykał od jednej leżącej postaci do drugiej, sprawdzając, co dla kogo da się zrobić.
     Potter wstał i spojrzał na środek salonu. Czarny kamień, do którego wcześniej przykuto Malfoya, rozpadł się na pół. Obok spoczywało ciało Voldemorta, skurczone i jakby nadpalone, różdżka Lukrecji ciągle sterczała z jego mostka.
       Draco dygotał pod ścianą. W oczach miał łzy, a na ustach szalony uśmiech. Nagle zerwał się, chwycił kij golfowy, który mu akurat leżał pod nogami. Rzucił się na Voldemorta i dał upust wszystkim swoim emocjom.
- This is what happens! – krzyczał, łojąc Czarnego Pana z całej siły. – This is what happens! When you! Fuck! A stranger! In the ass!!!
- Dosyć, Draco – Harry zmęczonym gestem złapał go za ramię. – To już koniec. Wygraliśmy. Tak mi się przynajmniej wydaje…
       Malfoy odrzucił kij. Stał na środku pomieszczenia, wciąż nagi i wciąż dygoczący, ledwo trzymał się na nogach. Nie miał już na kostce zielonej bransolety. Z lękiem wypatrywał swoich rodziców wśród leżących ciał, ale nigdzie nie było ich widać. Hermiona podeszła i owinęła Dracona kawałkiem okiennej zasłony.
- Już dobrze… - powtarzał Draco obsesyjnie. – Już wszystko dobrze. Wracamy do domu…


niedziela, 26 maja 2013

Rozdział 21

                                                                                                    
      Gdy Harry odzyskał przytomność, bolało go całe ciało. W uszach zadźwięczały mu zupełnie bez sensu słowa Dracona: „…i mam na myśli całe!”, ale od przyjemności, jakich wówczas zażył, jego obecną sytuację dzieliły lata świetlne. Czuł się dość skrępowany, będąc przywiązanym pionowo, z rozłożonymi rękami, do czegoś, co gniotło go w plecy. Pod powiekami czuł piasek i nie od razu zobaczył, gdzie się znajduje, ale za to od razu zobaczył tę chorobliwą czerwoną poświatę…
      Rozejrzał się za Malfoyem. Platynowłosy Draco znajdował się nieopodal. Głowa trochę mu zwisała, jakby był nieprzytomny. Kiedy wzrok Pottera przyzwyczaił się do ciemności, stwierdził, że ex-Ślizgon jest równie skrępowany jak on i cechuje się silnym przywiązaniem do piramidy krzeseł. Gdzieś z daleka dochodził świst pary i terkot nieznanych mechanizmów…
- Popatrz no, bracie – odezwał się tubalny, głęboki, a zarazem przerażający głos. – Nasi goście zaczynają się budzić…
        Harry spojrzał w stronę głosu. Stała tam potężna, ponaddwumetrowa postać o szarej skórze, ubrana jedynie w przepaskę biodrową; na twarzy miała okrągłą maskę ze złota. Towarzyszył jej drugi, niewiele niższy osobnik – potężnie zbudowany, brodaty elf, który na głowie miał coś w rodzaju turbanu, a także jeden z ohydnych „trąbalskich” w długiej szacie. Gdzieś za nimi czaiła się jeszcze jedna postać, odziana na czarno, ale Potter nie widział, kto to taki.
- Kim jesteście? – zapytał przerażony.
- Zasady dobrego wychowania mówią, że to gość pierwszy się przedstawia gospodarzowi – powiedziała istota w złotej masce. – Ale skoro już goście trafili się nam tacy niewychowani, trudno. Jestem Dagoth Ur, prawowity władca tego kraju, niesprawiedliwie pozbawiony swego dziedzictwa przez nędznych świętoszków, którzy uważają się za bogów… Jeszcze zobaczymy, kto z nas pierwszy osiągnie boskość… A to mój brat, Dagoth Velez.
- Dlaczego nas więzicie? – Harry starał się uzyskać jakiekolwiek informacje, a kątem oka spoglądał na Malfoya, którego twarz nie wyrażała szczególnego zadowolenia.
- To doskonałe pytanie – przyznał Dagoth Ur. - Mogliśmy was od razu zabić, jak to zawsze robimy z intruzami. W końcu cóż to takiego, dwóch n’wah więcej czy mniej. Ale nasz sojusznik wyraził zainteresowanie.
        Postać w czarnej szacie wysunęła się do przodu. Harry z rosnącym przerażeniem stwierdził, że na jej piersi namalowany jest białą farbą Mroczny Znak.
Śmierciożerca zrzucił kaptur i oczom obu hogwartczyków ukazało się bezlitosne oblicze Antona Dołochowa. Słynął w świecie czarodziejskim ze swego niesłychanego wprost okrucieństwa. Być może brało się ono stąd, że wszyscy, łącznie z zawodowymi tłumaczami literatury, robili w jego nazwisku byka ortograficznego.
- Ja niedoocenił was, Garri – Dołochow uśmiechnął się złowieszczo. – Wy dobrali się aż tutaj. Ale to już nie ważno. Wasz wspaniały ratunkowy plan przewalił się!
        Harry poczuł, że jego serce pokrywa się gęsią skórką.
- Co zrobiliście Cho Chang? – zapytał desperacko.
- Kto? Cho Chang? – zdziwił się śmierciożerca. – Ach, ta mała szliuszka azjackiej nacjonalności. Z niej teraz będzie samy duży pożytek, jakiego nigdy by nie było w waszem Hogwarcie.
Dołochow podszedł do stojącego z boku metalowego stolika. Stały tam butelki z jakimiś eliksirami, Harry dostrzegł też różdżkę swoją i Dracona. Większość miejsca na blacie zajmował jednak długi miecz z mlecznobiałego materiału. Śmierciożerca podniósł tę groźnie wyglądającą i na pewno magiczną broń.
 - Ty chcesz znać, gdzie jej dusza? – zaśmiał się na widok przerażonego spojrzenia Harry’ego. – Ona tu!
        Potter, uświadomiwszy sobie całą sytuację, niemal doznał pomieszania zmysłów. A więc tam jest dusza Cho – zamknięta w tym dziwnym białym mieczu! Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, powinni teraz ukraść ten miecz i wynosić się stąd jak najszybciej, po drodze starając się jeszcze odnaleźć Hermionę i Kasandrę. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Kasandra… Nie, to nie może się teraz skończyć, nie w ten sposób! Przecież oni jeszcze się nawet nie całowali…
        Dagoth Ur podszedł bliżej.
- Tak więc bardzo mi przykro, mili goście – powiedział z udawanym żalem, chociaż w jego głosie było wyraźnie słychać rozbawienie – ale nie udało wam się. Jak najszybciej powiadomię Voldemorta, że mam już i miecz, i was.
- Jaki macie interes, żeby trzymać z Czar… z Voldemortem? – rzucił Draco, który chyba doszedł już do siebie.
        Anton Dołochow spojrzał na niego ze wściekłością.
- Draco, ty zdrajca Czarnemu Panu! – syknął. – Kiedy twój ojciec uznał o tym, co ty nie chcesz więcej jego znać, on przyszedł w jarość.
- Cicho, Dołohow! – warknął Dagoth Velez, a śmierciożerca skrzywił się na tak obcesowe przekręcenie nazwiska.
- Dlaczego mam z nim sojusz? – przywódca rodu Dagoth sprawiał wrażenie, jakby uśmiechał się z samozadowoleniem, chociaż jego twarzy nie było widać. – To zupełnie proste. Najprostsza rzecz na świecie. On ma swoich wrogów, ja mam swoich. Postanowiliśmy pomóc sobie nawzajem. W ten sposób śmierciożercy pomogą nam wypędzić z wyspy wszystkich n’wah, a za to my wspomożemy Voldemorta w zdobyciu władzy w waszym świecie. Przymierza czasem ułatwiają parę rzeczy.
Dagoth Ur przejął ostrze od Dołochowa, uważnie obejrzał pod światło.
- To Wybrańcobójca – wyjaśnił. – Miecz specjalnie zaklęty w ten sposób, aby zabijać osoby wymienione w przepowiedniach. Tak się składa, że mam problem z pewnym wybrańcem, który rzekomo miałby mnie zabić i podobno już niebawem się tu pojawi. Azura, ta fałszywa boginka, chciała być sprytna, ale nie bardzo jej wyszło, bo teraz mam ostrze, od którego jej wybraniec zginie w męczarniach…
       Zaniósł się przerażającym śmiechem. Velez i ten drugi dołączyli do niego w upiornej kakofonicznej sarabandzie; w szczególności śmiech „trąbalskiego” nie sprawiał wrażenia czegokolwiek związanego z człowieczeństwem.
- Wasza wyśmienitość – odezwał się nagle Dołochow. – Jak wy na pewno znacie, u Czarnego Pana także jest problema z jednym wybrańcem, i słuczajno to akurat ten młody człowiek, który okazał się u was w gościach!
        Wszyscy spojrzeli na Harry’ego z napięciem. Harry jednak patrzył na Malfoya, w którego wzroku widać było autentyczny lęk.
- Skoro tak… - Dagoth Ur położył miecz na stole. – Może należałoby powiadomić Voldemorta, że ptaszek jest w naszym ręku?
- Po mojemu nie trzeba zabocić Czarnego Pana o takich podrobnościach – powiedział Dołochow. – Ja sam będę mieć cześć zamoczyć tego grzebanego podleca, Garri Pottera. Czarny Pan będzie mnie za to wdzięczny.
- Hahaha – odrzekł Dagoth Velez. – Wygląda na to, że wy, śmierciożercy, nie tracicie czasu, jeżeli chodzi o rozwiązywanie problemów.
         Dołochow wyciągnął różdżkę w stronę Malfoya i jego więzy natychmiast opadły. Draco zachwiał się na nogach, zrobił nieco sztywny krok w przód. Harry, cały czas skrępowany, wpatrywał się w niego z napięciem.
- Nie patrząc na twoją zdradę, Draco, jest u ciebie jeszcze jeden szans – powiedział okrutny Anton, wyciągając ku niemu białą rękojeść Wybrańcobójcy. – Jeśli ty ubijesz Pottera tym właśnie mieczem, Czarny Pan cię wybaczy.
       Draco Malfoy niepewną dłonią ujął miecz, spojrzał na niego rozkojarzonym wzrokiem. Chwilę później spojrzał na Pottera. Złotego Chłopca przebiegł dreszcz, gdy w jego oczach dostrzegł, pod powłoką zmęczenia, nieustępliwą i zimną malfoyowską wolę.
- I to spotka wszystkich, kto lekceważy Czarnym Panem! Wszystkich szlam, mugolej i w ogóle całego tego bezobrazia!
     Malfoy ścisnął miecz mocniej, aż pobielały mu kostki dłoni. Podszedł bliżej Harry’ego, tak że oddzielał go od tamtych. Popatrzył na Dagoth Ura, na Dołochowa, potem znowu na Harry’ego, a w jego oczach Potter dostrzegł bezbrzeżny smutek. Tchórzofret z trudem panował nad mimiką. Choć po jego policzku potoczyła się łza, uniósł miecz na wysokość szyi Pottera.
- Wypełni nakazanie, Draco, a wrócisz się w rzędy śmierciożerców! – tryumfował Dołochow
- Czoknij się w prącie, Antoszka – odpowiedział Draco.
Zrobił gwałtowny półobrót i magiczny oręż zanurzył się w ciele Dagoth Veleza, rozpłatując go niemal na pół. Elfodemon ryknął przerażająco. Jego wielki brat, Dagoth Ur, natychmiast rzucił się na Malfoya z pięściami. Zanim zdążył dobiec, Dołochow otrząsnął się z szoku i rozległo się donośne: „Crucio!” Wybrańcobójca zroszony krwią Veleza zadźwięczał o posadzkę, a Draco padł niemal równocześnie, zwijając się z niewyobrażalnego bólu.
Harry krzyknął. Nadzieja zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Gdy patrzył na cierpiącego Malfoya i okładających go szaroskórych sług, którzy właśnie wbiegli do pomieszczenia, nagle przez głowę przebiegły mu słowa Lukrecji de Volaille: „Niech duch Szóstego Domu będzie z wami…”
I nagle z pustej butelki, którą Potter miał w kieszeni, wypłynął obłok białej mgły, która szybko przybrała eteryczną postać zwalistego czarnobrodego chłopa. Obleśny Jermołaj, duch Klimpfjallu, wyciągnął zza pazuchy widmową siekierę i rzucił się na oprawców. Chociaż był duchem, obrażenia zadawał dość realistyczne, jednak Dagoth Ur w odpowiedzi przywołał inną zjawę i dwa eteralne byty zwarły się w starciu…
Wtedy wbiegł zakrwawiony niewolnik.
- Panie! – zawołał. – Zostaliśmy zaatakowani!
        Rozzłoszczony Dagoth Ur natychmiast zabił go zaklęciem. Zanim jednak zdążył się zdobyć na ogląd sytuacji, do pomieszczenia wpadła kula ognista. „Trąbalski” zaczął się miotać po komnacie, ogarnięty ogniem, aż spadł gdzieś w dół, do basenu z roztopioną lawą.
        Harry w dalszym ciągu był bezbronny, przywiązany do pryzmy krzeseł. Tymczasem jednak Anton Dołochow przykucnął za biurkiem i zaczął rzucać zaklęcia bojowe w stronę napastników nadchodzących od strony korytarza. Draco doszedł już do siebie po torturach Cruciatusem i widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, przyczołgał się do stołu. Chwycił swoją różdżkę i wymierzył w Harry’ego, który w jednej chwili poczuł, że więzy już go nie trzymają.
Potter był sztywny po wielu godzinach wiszenia w niewygodnej pozycji, ale Draco rzucił mu jego różdżkę i kazał się schować. Harry natychmiast zanurkował za jedną z szaf. Tymczasem Malfoy, ukryty pod stołem, wytężył siły i rzucił Imperiusa na Dołochowa, aby ten walił zaklęciami w sługów rodu Dagoth, a nie w napastników.
Nagle stężenie magii w powietrzu osiągnęło poziom krytyczny. Komnatą wstrząsnął wybuch, a Dołochow i Dagoth Ur padli bez czucia. Do środka wpadły Hermiona i Kasandra z wyciągniętymi różdżkami.
- Nie strzelać! My swoi! – zawołał Draco i wyczołgał się spod stołu.
- Dzięki Merlinowi, że jesteście! – Kasandra niemal wybuchła łzami, a i Hermiona była blisko. – Gdzie dusza Cho?
- W tamtym mieczu! – Harry pokazał leżącego na podłodze Wybrańcobójcę. – Niech któraś z was go zabierze, bo mnie może zaszkodzić…
         Hermiona błyskawicznie owinęła miecz w rozciągnięty tuż obok chodnik i związała rzemieniem.
- A teraz wynosimy się stąd – powiedziała. – Oni mają w okolicy wielu krewnych, a nasza przyjaciółka nie może się tu długo utrzymać.
        Cała czwórka wybiegła z komnaty: przodem Kasandra, za nią Hermiona z mieczem, potem Harry z Draconem wspartym na ramieniu. Biegli przez rozjarzone czerwonym blaskiem korytarze, gdzie słudzy rodu Dagoth walczyli na śmierć i życie z dziwnymi wojownikami w żółtawych pancerzach i hełmach z muszli głowonogów. Zaklęcia przelatywały w powietrzu, pozostawiając po sobie woń ozonu, a gdzieś w bocznym korytarzu mistrzyni Hasya biła przeważnie wroga swą arcypotężną zaklętą bronią – Daedrycznym Rogalikiem Francuskim.
- Dobrze jest! – krzyknęła do niej Hermiona. – Wycofujemy się!
- Idźcie, będę was ubezpieczać! – odkrzyknęła Hasya, miotając piorun kulisty w stronę zgrupowania „trąbalskich”.
        Hogwartczykom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zaraz zjawił się jeden z wojowników Hasyi, który krótką drogą poprowadził ich do wyjścia.
          Dwie godziny później Harry i przyjaciele, wraz z oddziałem szaroskórych elfów, którzy w tej historii grali rolę „tych dobrych”, czekali w niewielkiej dolinie wśród popielnych wzgórz, dzieląc się wodą i odpoczywając. Ciągle byli na terytorium wroga, ale już poza zasięgiem niebezpieczeństwa.
          Po chwili zza wzgórza wyłoniła się bogata, choć mocno przybrudzona szata mistrzyni Hasyi. Elfka z grupą przybocznych dołączyła do grupy.
- Niedaleko stąd jest przejście – wyjawiła. – Przejdziemy przez pieczary i już będziemy na spokojnym terenie. Czy nie odmówicie mojej gościny?


Bardzo wszystkich przepraszam, ale jakoś tracę serce do tego opowiadania :( Nie chcę go rzucać, ale w ostatnim czasie myślę tylko o tym, żeby je doprowadzić do końca… Mimo wszystko mam nadzieję, że te najnowsze rozdziały chociaż w części Wam się podobają.

niedziela, 9 grudnia 2012

Rozdział 11


      Harry był w dormitorium i już miał się kłaść, kiedy w jego umyśle eksplodował przeszywający krzyk. Niebezpieczeństwo! W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że to krzyczała Cho. W jej głosie był niewyobrażalny ból…
       Zanim zdążył pomyśleć, złapał za różdżkę i wybiegł z dormitorium. Razem z Ronem, który najwyraźniej usłyszał to samo. W korytarzu niemal zderzyli się z Malfoyem.
       Nie wiadomo skąd, Harry wiedział, w którą stronę biec. To gdzieś na dole… Kiedy wreszcie dopadli korytarza, z którego nadeszło wezwanie, zamarli. Powykręcane ciało Cho Chang leżało na posadzce, a nad nią stały trzy istoty o szarozielonej skórze, spiczastouche i czerwonookie. Za nimi powietrze falowało, a z tej fali wychodziły kolejne. Jedni byli całkiem nadzy, inni mieli przepaski biodrowe. Już sam widok napastników mroził krew w żyłach. Harry jednak dostrzegł coś jeszcze gorszego. Niektórzy z nich mieli zamiast twarzy wielkie dziury, przez które było widać wydrążone wnętrze czaszki. Na widok uczniów szaroskórzy zaczęli coś krzyczeć, a potem rzucili się na nich.
   Rozgorzała bitwa. Na miejscu, jakimś cudem, znalazł się niemal cały Klimpfjall. Groźne okrzyki i nieartykułowane ryki napastników mieszały się z wykrzykiwanymi zaklęciami. Kolejny piorun kulisty przeleciał dwa kroki od Harry’ego, powalając na ziemię jakiegoś Ślizgona. Tymczasem Teodor Nott celnym zaklęciem powstrzymał trzech napastników.
       Uczniowie Hogwartu kryli się za meblami, drzwiami i wszelkimi innymi osłonami, ale że nie było ich za wiele, kilka osób już leżało na posadzce. Harry nie miał czasu się przyglądać. Miał wrażenie, że różdżka w jego dłoni parzy od zaklęć rzucanych jedno po drugim.
Najeźdźcy atakowali falami, jedni z gołymi rękami, inni z maczugami czy sztyletami. Zaklęcia obrońców ścinały ich bez trudu, ale kiedy jedna grupa padła, po niej nadchodziła następna. Kilku siwowłosych trzymało się z tyłu, miotając w uczniów własne czary bojowe. Nie używali różdżek. Za ich plecami kłębili się kolejni, którzy porywali meble i zaczynali je przestawiać. Nie wyglądało to, jakby tworzyli z nich osłony dla walczących towarzyszy, tylko jakby wpadli w szał aranżacji wnętrz. Przestawiali szafy na środek pomieszczenia, odwracali stoły do góry nogami, budowali piramidy z krzeseł…
Ron, oprócz czarów, obrzucał napastników wyrafinowanymi obelgami. Parę kroków dalej Lukrecja de Volaille, zuchwale wystawiając swą bujną pierś na kpinę z niebezpieczeństwa, waliła z dwóch różdżek. Wśród głosów wykrzykujących zaklęcia dało się też słyszeć Hermionę, Finch-Fletchleya, Zabiniego… Draco nie przypominał tego samego chłopaka, który kilka godzin wcześniej łkał na ramieniu Pottera. Teraz stał na galeryjce i ciskał avadami w szaroskórych, wołając donośnie: „This is the part when you fall down and BLEEEED to death!!!”.
Kluchoni bili się dzielnie, jednak nieprzyjaciół wydawało się nadchodzić coraz więcej. Teodor Nott w ferworze walki zapomniał o osłonie i nieopatrznie wysunął się do przodu. Dopadła go zaraz czwórka pustogłowych. Zaczęli go bezlitośnie bić i kopać.
Hermiona zaklęciem odrzuciła napastników do tyłu, a Murtaza az-Zahri wyskoczył i odepchnął Notta w kierunku swoich.
- Chcecie walczyć czterech na jednego? Proszę bardzo! – krzyknął do szaroskórych i rzucił się w sam ich środek, w locie transmutując w ośmiornicę. Swymi mackami dusił, łamał karki, wytrącał broń z rąk, podcinał nogi. Lecz chociaż opór Kluchonów trwał, a napastnicy przewracali się o meble, które sami w jakimś szale bez sensu poustawiali, atak trwał… Cienka czarna linia wkrótce pęknie i mury Hogwartu staną się sceną rzezi…
      Harry dostrzegł poruszenie w głębi. Przez portal – bo to chyba z czymś takim mieli do czynienia – przeszła postać w długiej, brunatnej szacie. Kiedy podeszła bliżej światła, okazało się, że w miejscu twarzy ma ohydną mackę czy trąbę.
       Cisnęła jednym zaklęciem – dziewczyna w mundurku Gryffindoru stanęła w płomieniach. Cisnęła drugim – Lukrecja de Volaille upuściła różdżkę i złapała się za serce. Istota z trąbą podniosła ręce, by po raz trzeci rzucić zaklęcie. Nagle rozległo się donośne „Sektumsempra!” i napastnik padł zakrwawiony na ziemię. To Severus Snape przybiegł i pokazał, co myśli o takim zakłócaniu jego wolnego czasu.
     Harry opadał z sił, dwoiło mu się przed oczami. Czyżby to miał już być koniec? Nowy fortel Voldemorta? A może nie? Może Hogwart ma zupełnie innego wroga i jemu, Potterowi, przyjdzie tu polegnąć, nie pokonawszy Czarnego Pana? Poprawił okulary, wycelował w jednego z siwych… Wtedy z portalu coś wyszło. Coś dużego.
     Przypuszczalnie nawet Hagrid nie widział czegoś podobnego. To było wielkie, pękate, z dużą ilością macek. Nie szło ani pełzło, lecz jakby sunęło ponad ziemią. I co najgorsze – miało na sobie długą, bogato wyszywaną szatę, co pozwalało sądzić, że to coś kiedyś było człowiekiem. Bądź istotą zbliżoną.
     Harry wpatrywał się jak zahipnotyzowany w potwora, przed którym nawet reszta napastników jakby ustąpiła. Macki na głowie… tego czegoś zadrżały, poruszyły się i uniosły. Wyleciała z nich wielka, zielona kula. Zielona jak avada. Leciała prosto na Pottera…
     Nie mógł się ruszyć. Czas jakby się zatrzymał, magiczny pocisk wydawał się przemierzać korytarz w ślimaczym tempie, a Harry tylko wpatrywał się. Zauroczony? Przeczuwając nieuniknione?
       Nagle ktoś z całej siły wpadł na niego z boku, podcinając mu kolana. Potter uderzył głową o posadzkę i stracił przytomność…