Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdział 22

      Po kilku godzinach marszu ekspedycja znalazła się przed grzybnym dworem mistrzyni Hasyi.
- Trochę mało miejsca, ale czym chata bogata – uśmiechnęła się elfka. - Zaprosiłabym was do mojej nowej rezydencji w Arkngthunch, ale jeszcze nie wykończona. To znaczy potwory na najgłębszych poziomach jeszcze nie wykończone. A przypuszczam, że chodzi wam teraz przede wszystkim o spokój…
      Ledwie mistrzyni weszła do środka, natychmiast kazała przygotować pomieszczenia dla wędrowców.
- Dobrze, pani – powiedział Tovas. – Zrobię porządek w byłych kwaterach niewolników.
- Ani się waż! – skrytykowała go Hasya. – To są goście honorowi, mają dostać porządne łóżka!
Potem osobiście sprowadziła gości do jaskini pod domostwem, w której urządzono piwnicę. Jedną z pieczar wypełniała sadzawka ogrzewana gorącym źródłem, używana przez domowników jako łaźnia. Żeby nie tracić czasu, cała czwórka hogwartczyków wykąpała się równocześnie. Potem Hasya starannie wytarła wszystkich: nie szczędziła gościnności, chociaż widać było, że mało brakuje, aby padła na twarz. Zarówno Draco, jak i Kasandra z pewnym niepokojem obserwowali, jak elfka wyciera Harry’ego. Jeden i druga z ulgą odnotowali, że reakcja Złotego Chłopca na tę przysługę była całkowicie neutralna.
        Po kąpieli na wędrowców czekał już odpoczynek. Harry i Draco trafili obaj do jednego łóżka i wcale im to nie przeszkadzało. Zresztą byli tak wyczerpani, że i tak nie mogli tam robić nic innego poza spaniem.
        Następnego ranka, gdy chłopcy wstali, przyszła służąca i zawołała ich na śniadanie. Harry, jeszcze nie do końca obudzony, poszedł za nią wzdłuż korytarza, który wydawał się wykonany z żywego drewna… I o mały włos nie wygruził się do głębokiego szybu. Malfoy w ostatniej chwili złapał go za łokieć.
- Wypijcie najpierw eliksir powolnego spadania – służka beznamiętnie, jakby nic się nie zdarzyło, skinęła ręką na stolik w kącie.
         Na dole czekała mistrzyni Hasya w towarzystwie Kasandry i Hermiony.
- Nareszcie jesteście! – Granger na ich widok przyklasnęła. – Musicie zaraz wszystko opowiedzieć!
         No i Potter pojechał z narracyjnym koksem, streszczając przyjaciołom przygody, jakie przeżyli wraz z Malfoyem od momentu, gdy burza piaskowa ich rozdzieliła. Pominął tylko jedną przygodę, która miała miejsce w tej chłodnej jaskini…
- A z wami co się przez ten czas działo? – zainteresował się Draco. – Potter bardzo się o was martwił…
         Tym razem to Hermiona rozkręciła opowieść, mówiąc o tym, jak wpadła razem z Kasandrą w ręce ciemnych elfów i jak Hasya okazała im gościnność, i jak zaatakował ich niewidzialny zabójca.
           
Asasyn nie osiągnął jednak swojego celu, bo to jemu czarodziejka, ostrzeżona przez Swiftsure, wraziła sztylet między żebra. Wraz ze śmiercią skrytobójcy wygasło zaklęcie niewidzialności. Hermiona zauważyła wówczas ze zgrozą, że na jego czarnej szacie widniał namalowany krwawą czerwienią Mroczny Znak. Nie był czarny chyba tylko dlatego, że inaczej na czarnej szacie by się nie odróżniał.
- Śmierciożerca – powiedziała Granger pobladłymi wargi.
- No to się nażarł na zdrowie – rzuciła Kasandra beznamiętnie, choć sama jeszcze drżała.
         Mistrzyni Hasya spojrzała na nich uważnie.
- Wiecie coś o tym człowieku? – zapytała.
- My… to znaczy on… - plątała się Hermiona, próbując się wyrazić na tyle oględnie, aby nie zdradzić celu wyprawy. – To jeden ze sług… naszego przeciwnika. Kogoś, kto nastawał w przeszłości na nasze życie…
- Ciekawe – powiedziała elfka. – Dlaczego wasz wróg miałby atakować akurat mnie? Bo że to do mnie zmierzał z gołym sztyletem, nie mam wątpliwości.
         W jej czerwonych oczach błysnęło podejrzenie, aż Kasandrę przeszły ciarki.
- Powiedziałabym, że to akcja specjalnie zaaranżowana, abyście mogły zdobyć moje zaufanie – ciągnęła Hasya. – Ale sądząc po waszym ogólnym zmieszaniu i dezorientacji, sądzę, że to zbieg okoliczności. Nieprawdopodobny, ale jednak.
        Pochyliła się nad zwłokami skrytobójcy, rozpięła mu kołnierz, po czym odpięła wisior, który miał na szyi i pokazała go dziewczynom.
- A więc to tak… - powiedziała. – Amulet rodu Dagoth. Wygląda na to, że istotnie mamy wspólnego wroga. A ja jestem waszą dłużniczką.
          Strażnicy wynieśli ciało, a Hasya wskazała Kasandrze i Hermionie ławę.
- Zatem czym mogę wam służyć? – uśmiechnęła się elfka.
- Szukamy… naszej przyjaciółki – zaczęła ostrożnie Granger. – Została porwana przez sługi Szóstego Rodu. Wygląda na to, że wiesz o nich co nieco…
- Porwana? – mistrzyni Hasya zaciekawiła się. – A więc jednak ród Dagoth nie jest wam obcy?
- Przeprowadzili atak w naszych stronach jako sojusznicy naszego wroga – wyjaśniła Kasandra. – Przebyliśmy długą drogę, żeby uratować przyjaciółkę.
- My i jeszcze dwaj nasi towarzysze – sprecyzowała Hermiona. – Ale zgubili się w burzy piaskowej. Martwimy się o nich.
- To znaczy, że mamy do odnalezienia trzy osoby – podsumowała elfka.
          Swiftsure wyjrzała przez okno.
- Nie mamy pojęcia, dokąd udali się porywacze – zauważyła ze smutkiem. – Gdzie jest siedziba Dagothów?
- Siedziby są rozsiane po całej wyspie – rzekła Hasya. – Ale jeśli wasza przyjaciółka była kimś ważnym, na kim zależało nieprzyjacielowi, to sądzę, że zabrali ją na Czerwoną Górę.
- O, właśnie – potwierdziła Hermiona. – Szliśmy wszyscy w stronę Czerwonej Góry, zanim burza nas rozdzieliła. Znasz drogę?
- Znam – przez ciemną twarz mistrzyni przebiegł cień. – Ale to bardzo niebezpieczne miejsce. Będziecie potrzebowały pomocy.
- Możemy liczyć na twoich elfów? – Kasandra ucieszyła się ze wsparcia.
- Idę z wami – zadeklarowała Hasya. – Niech Dagoth Ur, czy z kimkolwiek się on tam sprzymierzył, nie myśli, że będzie na mnie nasyłał swoich rzezimieszków. Powiem też zbrojnym, żeby mieli baczenie na waszych towarzyszy.
- Powinni iść w tę samą stronę – powiedziała Hermiona. – Może ich jeszcze dogonimy.

         Dziewczyny wraz z Hasyą i tuzinem zbrojnych natychmiast wyruszyły w drogę. Jednak nie zdążyły dogonić Harry’ego i Dracona. Co gorsza, kiedy przekroczyły już magiczny mur zwany Upiorną Barierą, odgradzający terytoria rodu Dagoth od reszty świata, nagle obie, Hermiona i Kasandra, poczuły w głowach lęk i coś jakby mentalny wrzask, przerażający i dobiegający od północy…
- To zew Kluchonów! – krzyknęła Granger. – Harry i Malfoy są w niebezpieczeństwie!
            Elfka była wpierw skonsternowana, ale szybko zrozumiała, co się dzieje.
- Wiesz, skąd dochodzi ten zew? – zapytała, a Hermiona tylko kiwnęła głową.
            Drużyna ruszyła biegiem ku zboczom Czerwonej Góry.

***

- I tak was odnalazłyśmy – powiedziała Hermiona.
- W samą porę, Granger – westchnął Draco. – Inaczej tak bym się wściekł, że rozniósłbym tę całą cytadelę w drobny mak.
- A co z waszą przyjaciółką? – zapytała Hasya. – Mówiłaś przedtem, kiedy wracaliśmy, że jej dusza została zaklęta w mieczu. Obawiam się, że to oznacza śmierć…
- Zazwyczaj tak bywa – Hermiona pokiwała głową. – Ale Cho nie umarła. Zamiast tego leży w śpiączce, zawieszona w śnie między życiem a śmiercią. Jeżeli uda nam się sprowadzić ten miecz z powrotem, wówczas jest nadzieja, że ją jakoś uzdrowimy.
- Nigdy nie słyszałam, że da się chwytać dusze bez uśmiercenia ciała – mistrzyni powątpiewała. – A już na pewno niemożliwe jest wstawienie ich do ciała z powrotem. Jestem bardzo zdolną czarodziejką, staram się o tytuł profesora nauk magicznych, przeczytałam wiele ksiąg, ale o takiej możliwości nic nie wiem.
       Harry’emu serce uczyniło się z ołowiu, opadając niemal do stóp. Czyżby cała ta wyprawa miała pójść na marne?
- W naszych stronach magia działa inaczej niż u was – oświadczyła zdecydowanie Hermiona. – Może znajdziemy drogę.
        Nagle Malfoyowi przyszło do głowy coś z zupełnie innej beczki.
- A ten cały Dagoth Ur? – zapytał. – Padł na ziemię. Załatwiłyście go. Czy to znaczy, że zagrożenia już nie ma?
- Przykro mi cię rozczarowywać, Draconie – rzekła smutno Hasya. – Tak, padł bez życia, ale nie da się go zabić w zwyczajny sposób. Mrocznymi praktykami doszedł do półboskości, a ma ochotę i na pełną boskość. Wyspa dopiero czeka na wybrańca, który położy kres jego złowrogiemu panowaniu… I w ostatnim czasie coraz częściej łapię się na myśli, że to ja mogę być tym wybrańcem. Ale nie jestem gotowa, nie jestem… Cóż, mniejsza o to. Dzięki wam mam więcej czasu, żeby się przygotować…
      Wybrańcobójcę należało bezpiecznie dostarczyć do Hogwartu. Zarówno dla Pottera, jak i dla mistrzyni Hasyi samo dotknięcie miecza mogło oznaczać śmierć, więc zdecydowano, że ów magiczny brzeszczot będzie nosić Hermiona. Velan, dowódca straży, przyniósł z magazynu pochwę pod wymiar, a rękojeść owinięto starym workiem.
- Odpoczniemy trochę i możemy wracać – powiedział Harry, kiedy hogwartczycy zostali na chwilę sami.
- Ale jak? – zmartwiła się Kasandra. – Żeby się tu dostać, trzeba było godzinnego, potwornie skomplikowanego i męczącego rytuału z udziałem trojga potężnych czarodziejów. Sami nie damy rady tego zrobić…
     Wszystkich ogarnęło zniechęcenie. Draco klął pod nosem, Kasandra sprawiała wrażenie, jakby miała wybuchnąć płaczem. Wyglądało na to, że nie przemyśleli jednej z najistotniejszych spraw.
W tym momencie do pokoju wróciła Hasya.
- Co się stało? – zaniepokoiła się. – Macie problem? Może potrafiłabym pomóc…
        Popatrzyli po sobie. Co prawda starali się trzymać to w tajemnicy, ale teraz sprawa doszła do punktu, w którym już nie mieli nic do stracenia.
- Nie mamy jak wrócić do domu – odezwała się ostrożnie Hermiona.
- A gdzie jest wasz dom? – elfka zorientowała się, że pewnie gdzieś daleko. – Skyrim? Wysoka Skała? Może Akavir?
        Hogwartczykom te nazwy nic nie mówiły, ale przynajmniej były to miejsca, które znała sama Hasya, czego nie można było powiedzieć o Anglii.
- Jeszcze dalej – powiedziała Kasandra zrezygnowana. – Jesteśmy z innego świata.
         Oczy mistrzyni rozszerzyły się na moment.
- Ach, więc to takie buty – westchnęła. – W sumie to wiele wyjaśnia.
- Naprawdę bardzo chcielibyśmy wrócić – powiedział Harry. – Nie, żeby nie odpowiadała nam twoja gościna, ale czas nas goni… Nie wiesz, w jaki sposób otworzyć przejście?
- Nie wiem – Hasya pokręciła głową. – Ale być może wiem, kogo zapytać.
Wyjęła z biurka zwój zapisany niezrozumiałym dla Harry’ego i pozostałych alfabetem; bez wątpienia było to jakieś zaklęcie.
- Stańcie w ciasnej grupie – poleciła. – Muszę objąć was wszystkich.
      Skupili się zatem na dwóch metrach kwadratowych. Draco ostatkiem sił stłumił chęć wskoczenia Potterowi na ręce, Hasya przeczytała zaklęcie – i nagle zniknęli.
         Cała czwórka, razem z mistrzynią, znalazła się wtem na wolnym powietrzu. Byli najwyraźniej w jakiejś wiosce, pośrodku której stał kwadratowy budynek otoczony owalnym murem…
- Niedaleko stąd mieszka jeden z najzdolniejszych czarodziejów mojego bractwa – powiedziała Hasya. – Może on będzie coś wiedział. Albo też będzie wiedział, kogo zapytać.
        Nie uszli jednak daleko. Kiedy mijali pierwszą chałupę, spod ściany podniósł się zarośnięty żebrak w złachanym płaszczu i podartym kapturze i podszedł do Kasandry.
- Dobrzy ludzie, wspomóżcie byłego regenta chóru świątynnego – zajęczał. – Have mercy, sir, I gots nothin’ to eat. Mesje, że ne manż pa sis żur.
      Na słowo „sir” Hermiona przypomniała sobie, że podczas śniadania machinalnie schowała do kieszeni kawałek sera. Podała go więc żebrakowi.
- Dziękuję, panienko! – zaskrzypiał żebrak. – Twój czyn na pewno nie zostanie bez nagrody!
      I nagle zrzucił swoje łachmany i wyprostował się, z ponad dwóch metrów górując nawet nad wysoką Hasyą – brodacz w wytwornym stroju, którego prawa połowa utrzymana była w żywych, euforycznych barwach, a druga w ciemnych i przygnębiających. Promieniowała z niego aura czegoś pradawnego i totalnie pokręconego.
- Dobra robota! – zaniósł się szaleńczym śmiechem, wywijając trzymaną w dłoni laską. – To mi się naprawdę podobało! Cieszę się tak bardzo, że mógłbym wypruć wam flaki… Dagoth Ur budzi niepokój, wprawia w ludzi w szaleństwo. A to jest uzurpacja! Od szaleństwa jestem ja! Złotomordy w pełni zasłużył na te bęcki, które dostał…
- Proszę, zostaw nas w spokoju – powiedział Harry zmęczonym tonem. – Chcemy tylko wrócić do domu…
         Brodacz uderzył laską w ścianę chaty i ściana ta nagle zmieniła się w prostokąt bulgoczącej mgły.
- Oto brama, która zawiedzie was do celu – powiedział. – Pa!
         Hogwartczycy uściskali raz jeszcze Hasyę, a potem rzucili się w czarną bezdnię portalu…

       Kiedy Harry zdążył już zapanować nad żołądkiem, zorientował się, że stoją w komnacie zamkowej o kamiennych ścianach. Co jak co, ale nie wyglądała ona jak Hogwart.
       Naprzeciw trójki stali trzej młodzi ludzie. Jeden wysoki i rudy, w bogatym stroju i z mieczem przy pasie. Drugi miał czarny kapelusz zwieszony na plecach, w dłoni trzymał talię kart. Ten trzeci był brodaty i barczysty, za pasem trzymał topór.
- Krew i popioły! – zaklął karciarz. – A wyście co za jedni?
- Zawracamy! – krzyknęła Kasandra. – To nie tutaj!
       I znowu rzucili się w portal. I znowu tajemna przestrzeń rzucała nimi nie wiadomo gdzie, znowu ich żołądki i jelita skręcały się w węzły marynarskie, aż w końcu Harry dotknął policzkiem zimnej posadzki.
       Pierwsze, co usłyszał, to szum wody. Najwyraźniej wylądowali w czyjejś łazience. Podniósł głowę i zorientował się, że oto właśnie Luna Lovegood rozkoszuje się kąpielą.
Przez chwilę panowało pełne zakłopotania milczenie. Hermiona zakaszlała i dopiero wtedy Luna zauważyła, że poza nią w łazience są jeszcze cztery inne osoby. Krzyknęła i zerwała się, zasłaniając się wstydliwie oburącz.

- Wyluzuj, Pomyluna – powiedział Draco. – Tu sami swoi.

niedziela, 26 maja 2013

Rozdział 21

                                                                                                    
      Gdy Harry odzyskał przytomność, bolało go całe ciało. W uszach zadźwięczały mu zupełnie bez sensu słowa Dracona: „…i mam na myśli całe!”, ale od przyjemności, jakich wówczas zażył, jego obecną sytuację dzieliły lata świetlne. Czuł się dość skrępowany, będąc przywiązanym pionowo, z rozłożonymi rękami, do czegoś, co gniotło go w plecy. Pod powiekami czuł piasek i nie od razu zobaczył, gdzie się znajduje, ale za to od razu zobaczył tę chorobliwą czerwoną poświatę…
      Rozejrzał się za Malfoyem. Platynowłosy Draco znajdował się nieopodal. Głowa trochę mu zwisała, jakby był nieprzytomny. Kiedy wzrok Pottera przyzwyczaił się do ciemności, stwierdził, że ex-Ślizgon jest równie skrępowany jak on i cechuje się silnym przywiązaniem do piramidy krzeseł. Gdzieś z daleka dochodził świst pary i terkot nieznanych mechanizmów…
- Popatrz no, bracie – odezwał się tubalny, głęboki, a zarazem przerażający głos. – Nasi goście zaczynają się budzić…
        Harry spojrzał w stronę głosu. Stała tam potężna, ponaddwumetrowa postać o szarej skórze, ubrana jedynie w przepaskę biodrową; na twarzy miała okrągłą maskę ze złota. Towarzyszył jej drugi, niewiele niższy osobnik – potężnie zbudowany, brodaty elf, który na głowie miał coś w rodzaju turbanu, a także jeden z ohydnych „trąbalskich” w długiej szacie. Gdzieś za nimi czaiła się jeszcze jedna postać, odziana na czarno, ale Potter nie widział, kto to taki.
- Kim jesteście? – zapytał przerażony.
- Zasady dobrego wychowania mówią, że to gość pierwszy się przedstawia gospodarzowi – powiedziała istota w złotej masce. – Ale skoro już goście trafili się nam tacy niewychowani, trudno. Jestem Dagoth Ur, prawowity władca tego kraju, niesprawiedliwie pozbawiony swego dziedzictwa przez nędznych świętoszków, którzy uważają się za bogów… Jeszcze zobaczymy, kto z nas pierwszy osiągnie boskość… A to mój brat, Dagoth Velez.
- Dlaczego nas więzicie? – Harry starał się uzyskać jakiekolwiek informacje, a kątem oka spoglądał na Malfoya, którego twarz nie wyrażała szczególnego zadowolenia.
- To doskonałe pytanie – przyznał Dagoth Ur. - Mogliśmy was od razu zabić, jak to zawsze robimy z intruzami. W końcu cóż to takiego, dwóch n’wah więcej czy mniej. Ale nasz sojusznik wyraził zainteresowanie.
        Postać w czarnej szacie wysunęła się do przodu. Harry z rosnącym przerażeniem stwierdził, że na jej piersi namalowany jest białą farbą Mroczny Znak.
Śmierciożerca zrzucił kaptur i oczom obu hogwartczyków ukazało się bezlitosne oblicze Antona Dołochowa. Słynął w świecie czarodziejskim ze swego niesłychanego wprost okrucieństwa. Być może brało się ono stąd, że wszyscy, łącznie z zawodowymi tłumaczami literatury, robili w jego nazwisku byka ortograficznego.
- Ja niedoocenił was, Garri – Dołochow uśmiechnął się złowieszczo. – Wy dobrali się aż tutaj. Ale to już nie ważno. Wasz wspaniały ratunkowy plan przewalił się!
        Harry poczuł, że jego serce pokrywa się gęsią skórką.
- Co zrobiliście Cho Chang? – zapytał desperacko.
- Kto? Cho Chang? – zdziwił się śmierciożerca. – Ach, ta mała szliuszka azjackiej nacjonalności. Z niej teraz będzie samy duży pożytek, jakiego nigdy by nie było w waszem Hogwarcie.
Dołochow podszedł do stojącego z boku metalowego stolika. Stały tam butelki z jakimiś eliksirami, Harry dostrzegł też różdżkę swoją i Dracona. Większość miejsca na blacie zajmował jednak długi miecz z mlecznobiałego materiału. Śmierciożerca podniósł tę groźnie wyglądającą i na pewno magiczną broń.
 - Ty chcesz znać, gdzie jej dusza? – zaśmiał się na widok przerażonego spojrzenia Harry’ego. – Ona tu!
        Potter, uświadomiwszy sobie całą sytuację, niemal doznał pomieszania zmysłów. A więc tam jest dusza Cho – zamknięta w tym dziwnym białym mieczu! Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, powinni teraz ukraść ten miecz i wynosić się stąd jak najszybciej, po drodze starając się jeszcze odnaleźć Hermionę i Kasandrę. Ale nie wszystko poszło zgodnie z planem. Kasandra… Nie, to nie może się teraz skończyć, nie w ten sposób! Przecież oni jeszcze się nawet nie całowali…
        Dagoth Ur podszedł bliżej.
- Tak więc bardzo mi przykro, mili goście – powiedział z udawanym żalem, chociaż w jego głosie było wyraźnie słychać rozbawienie – ale nie udało wam się. Jak najszybciej powiadomię Voldemorta, że mam już i miecz, i was.
- Jaki macie interes, żeby trzymać z Czar… z Voldemortem? – rzucił Draco, który chyba doszedł już do siebie.
        Anton Dołochow spojrzał na niego ze wściekłością.
- Draco, ty zdrajca Czarnemu Panu! – syknął. – Kiedy twój ojciec uznał o tym, co ty nie chcesz więcej jego znać, on przyszedł w jarość.
- Cicho, Dołohow! – warknął Dagoth Velez, a śmierciożerca skrzywił się na tak obcesowe przekręcenie nazwiska.
- Dlaczego mam z nim sojusz? – przywódca rodu Dagoth sprawiał wrażenie, jakby uśmiechał się z samozadowoleniem, chociaż jego twarzy nie było widać. – To zupełnie proste. Najprostsza rzecz na świecie. On ma swoich wrogów, ja mam swoich. Postanowiliśmy pomóc sobie nawzajem. W ten sposób śmierciożercy pomogą nam wypędzić z wyspy wszystkich n’wah, a za to my wspomożemy Voldemorta w zdobyciu władzy w waszym świecie. Przymierza czasem ułatwiają parę rzeczy.
Dagoth Ur przejął ostrze od Dołochowa, uważnie obejrzał pod światło.
- To Wybrańcobójca – wyjaśnił. – Miecz specjalnie zaklęty w ten sposób, aby zabijać osoby wymienione w przepowiedniach. Tak się składa, że mam problem z pewnym wybrańcem, który rzekomo miałby mnie zabić i podobno już niebawem się tu pojawi. Azura, ta fałszywa boginka, chciała być sprytna, ale nie bardzo jej wyszło, bo teraz mam ostrze, od którego jej wybraniec zginie w męczarniach…
       Zaniósł się przerażającym śmiechem. Velez i ten drugi dołączyli do niego w upiornej kakofonicznej sarabandzie; w szczególności śmiech „trąbalskiego” nie sprawiał wrażenia czegokolwiek związanego z człowieczeństwem.
- Wasza wyśmienitość – odezwał się nagle Dołochow. – Jak wy na pewno znacie, u Czarnego Pana także jest problema z jednym wybrańcem, i słuczajno to akurat ten młody człowiek, który okazał się u was w gościach!
        Wszyscy spojrzeli na Harry’ego z napięciem. Harry jednak patrzył na Malfoya, w którego wzroku widać było autentyczny lęk.
- Skoro tak… - Dagoth Ur położył miecz na stole. – Może należałoby powiadomić Voldemorta, że ptaszek jest w naszym ręku?
- Po mojemu nie trzeba zabocić Czarnego Pana o takich podrobnościach – powiedział Dołochow. – Ja sam będę mieć cześć zamoczyć tego grzebanego podleca, Garri Pottera. Czarny Pan będzie mnie za to wdzięczny.
- Hahaha – odrzekł Dagoth Velez. – Wygląda na to, że wy, śmierciożercy, nie tracicie czasu, jeżeli chodzi o rozwiązywanie problemów.
         Dołochow wyciągnął różdżkę w stronę Malfoya i jego więzy natychmiast opadły. Draco zachwiał się na nogach, zrobił nieco sztywny krok w przód. Harry, cały czas skrępowany, wpatrywał się w niego z napięciem.
- Nie patrząc na twoją zdradę, Draco, jest u ciebie jeszcze jeden szans – powiedział okrutny Anton, wyciągając ku niemu białą rękojeść Wybrańcobójcy. – Jeśli ty ubijesz Pottera tym właśnie mieczem, Czarny Pan cię wybaczy.
       Draco Malfoy niepewną dłonią ujął miecz, spojrzał na niego rozkojarzonym wzrokiem. Chwilę później spojrzał na Pottera. Złotego Chłopca przebiegł dreszcz, gdy w jego oczach dostrzegł, pod powłoką zmęczenia, nieustępliwą i zimną malfoyowską wolę.
- I to spotka wszystkich, kto lekceważy Czarnym Panem! Wszystkich szlam, mugolej i w ogóle całego tego bezobrazia!
     Malfoy ścisnął miecz mocniej, aż pobielały mu kostki dłoni. Podszedł bliżej Harry’ego, tak że oddzielał go od tamtych. Popatrzył na Dagoth Ura, na Dołochowa, potem znowu na Harry’ego, a w jego oczach Potter dostrzegł bezbrzeżny smutek. Tchórzofret z trudem panował nad mimiką. Choć po jego policzku potoczyła się łza, uniósł miecz na wysokość szyi Pottera.
- Wypełni nakazanie, Draco, a wrócisz się w rzędy śmierciożerców! – tryumfował Dołochow
- Czoknij się w prącie, Antoszka – odpowiedział Draco.
Zrobił gwałtowny półobrót i magiczny oręż zanurzył się w ciele Dagoth Veleza, rozpłatując go niemal na pół. Elfodemon ryknął przerażająco. Jego wielki brat, Dagoth Ur, natychmiast rzucił się na Malfoya z pięściami. Zanim zdążył dobiec, Dołochow otrząsnął się z szoku i rozległo się donośne: „Crucio!” Wybrańcobójca zroszony krwią Veleza zadźwięczał o posadzkę, a Draco padł niemal równocześnie, zwijając się z niewyobrażalnego bólu.
Harry krzyknął. Nadzieja zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Gdy patrzył na cierpiącego Malfoya i okładających go szaroskórych sług, którzy właśnie wbiegli do pomieszczenia, nagle przez głowę przebiegły mu słowa Lukrecji de Volaille: „Niech duch Szóstego Domu będzie z wami…”
I nagle z pustej butelki, którą Potter miał w kieszeni, wypłynął obłok białej mgły, która szybko przybrała eteryczną postać zwalistego czarnobrodego chłopa. Obleśny Jermołaj, duch Klimpfjallu, wyciągnął zza pazuchy widmową siekierę i rzucił się na oprawców. Chociaż był duchem, obrażenia zadawał dość realistyczne, jednak Dagoth Ur w odpowiedzi przywołał inną zjawę i dwa eteralne byty zwarły się w starciu…
Wtedy wbiegł zakrwawiony niewolnik.
- Panie! – zawołał. – Zostaliśmy zaatakowani!
        Rozzłoszczony Dagoth Ur natychmiast zabił go zaklęciem. Zanim jednak zdążył się zdobyć na ogląd sytuacji, do pomieszczenia wpadła kula ognista. „Trąbalski” zaczął się miotać po komnacie, ogarnięty ogniem, aż spadł gdzieś w dół, do basenu z roztopioną lawą.
        Harry w dalszym ciągu był bezbronny, przywiązany do pryzmy krzeseł. Tymczasem jednak Anton Dołochow przykucnął za biurkiem i zaczął rzucać zaklęcia bojowe w stronę napastników nadchodzących od strony korytarza. Draco doszedł już do siebie po torturach Cruciatusem i widząc, że nikt nie zwraca na niego uwagi, przyczołgał się do stołu. Chwycił swoją różdżkę i wymierzył w Harry’ego, który w jednej chwili poczuł, że więzy już go nie trzymają.
Potter był sztywny po wielu godzinach wiszenia w niewygodnej pozycji, ale Draco rzucił mu jego różdżkę i kazał się schować. Harry natychmiast zanurkował za jedną z szaf. Tymczasem Malfoy, ukryty pod stołem, wytężył siły i rzucił Imperiusa na Dołochowa, aby ten walił zaklęciami w sługów rodu Dagoth, a nie w napastników.
Nagle stężenie magii w powietrzu osiągnęło poziom krytyczny. Komnatą wstrząsnął wybuch, a Dołochow i Dagoth Ur padli bez czucia. Do środka wpadły Hermiona i Kasandra z wyciągniętymi różdżkami.
- Nie strzelać! My swoi! – zawołał Draco i wyczołgał się spod stołu.
- Dzięki Merlinowi, że jesteście! – Kasandra niemal wybuchła łzami, a i Hermiona była blisko. – Gdzie dusza Cho?
- W tamtym mieczu! – Harry pokazał leżącego na podłodze Wybrańcobójcę. – Niech któraś z was go zabierze, bo mnie może zaszkodzić…
         Hermiona błyskawicznie owinęła miecz w rozciągnięty tuż obok chodnik i związała rzemieniem.
- A teraz wynosimy się stąd – powiedziała. – Oni mają w okolicy wielu krewnych, a nasza przyjaciółka nie może się tu długo utrzymać.
        Cała czwórka wybiegła z komnaty: przodem Kasandra, za nią Hermiona z mieczem, potem Harry z Draconem wspartym na ramieniu. Biegli przez rozjarzone czerwonym blaskiem korytarze, gdzie słudzy rodu Dagoth walczyli na śmierć i życie z dziwnymi wojownikami w żółtawych pancerzach i hełmach z muszli głowonogów. Zaklęcia przelatywały w powietrzu, pozostawiając po sobie woń ozonu, a gdzieś w bocznym korytarzu mistrzyni Hasya biła przeważnie wroga swą arcypotężną zaklętą bronią – Daedrycznym Rogalikiem Francuskim.
- Dobrze jest! – krzyknęła do niej Hermiona. – Wycofujemy się!
- Idźcie, będę was ubezpieczać! – odkrzyknęła Hasya, miotając piorun kulisty w stronę zgrupowania „trąbalskich”.
        Hogwartczykom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zaraz zjawił się jeden z wojowników Hasyi, który krótką drogą poprowadził ich do wyjścia.
          Dwie godziny później Harry i przyjaciele, wraz z oddziałem szaroskórych elfów, którzy w tej historii grali rolę „tych dobrych”, czekali w niewielkiej dolinie wśród popielnych wzgórz, dzieląc się wodą i odpoczywając. Ciągle byli na terytorium wroga, ale już poza zasięgiem niebezpieczeństwa.
          Po chwili zza wzgórza wyłoniła się bogata, choć mocno przybrudzona szata mistrzyni Hasyi. Elfka z grupą przybocznych dołączyła do grupy.
- Niedaleko stąd jest przejście – wyjawiła. – Przejdziemy przez pieczary i już będziemy na spokojnym terenie. Czy nie odmówicie mojej gościny?


Bardzo wszystkich przepraszam, ale jakoś tracę serce do tego opowiadania :( Nie chcę go rzucać, ale w ostatnim czasie myślę tylko o tym, żeby je doprowadzić do końca… Mimo wszystko mam nadzieję, że te najnowsze rozdziały chociaż w części Wam się podobają.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Rozdział 20



Draco obudził się i przejechał językiem po żebrach Pottera. Uczynił tak nie tylko po to, by poczuć smak jego skóry, ale przede wszystkim po to, żeby ocenić, czy olejek podziałał. Owszem, wchłonął się bardzo ładnie. Skóra była odpowiednio nawilżona i, jeśli wierzyć temu, co napisane na etykietce, trwale odporna nie tylko na wyschnięcie, ale i oparzenia. Dopiero potem zbadał swoją własną skórę, aby stwierdzić, że efekt jest podobny.
     W jaskini było całkiem ciemno. Malfoy wyciągnął różdżkę, zapalił światło, a potem spojrzał na Harry’ego, który wyglądał we śnie tak uro… Dobra, daj se siana. Wystarczy tego leżenia. Obudził Pottera i zaczął się ubierać.
      Harry obudził się z lekkim trudem. Dopiero po chwili przypomniał sobie, co się działo kilka godzin wcześniej. Doznał podwójnego szoku – najpierw na wspomnienie szczegółów sposobu, w jaki dzielili się ciepłem, a po raz drugi, gdy uświadomił sobie, że mu się podobało. Zaraz jednak odegnał tę myśl z głowy. Założył okulary, a potem całą resztę.
- Co za wieczór, co za noc – mruknął Draco. – Jest już ciemno.
- Powinniśmy chyba iść – zauważył Harry, unikając wzroku Malfoya.
- No raczej, heh – odrzekł Smok, który ukrywaniem zmieszania był równie pochłonięty, co Potter. – Mamy zadanie do wykonania.
      Harry spojrzał na kompas. Igła wskazywała dokładnie ten sam kierunek, co wcześniej, gdy patrzył przed snem. Cóż, należało się zbierać.
- A co z dziewczynami? – zapytał. – Jeżeli do tej pory nie przyszły…
- Dadzą sobie radę – uspokoił go Draco. – Zbierajmy się.
Potter doprowadził się już do porządku. Wstał, podszedł w stronę wyjścia z jaskini – i zamurowało go. Wylot był prawie całkiem zasypany piaskiem, tylko u góry pozostawała niewielka szczelina, przez którą widać było gwiazdy na niebie.
- Ta burza chyba trochę potrwała – zauważył bez entuzjazmu. – Jak zamierzamy stąd wyjść?
        Malfoy stanął obok. Nie wyglądało na to, żeby dali radę się przecisnąć przez szczelinę. Draco zaczął rozkopywać hałdę, ale zyskał tylko tyle, że więcej piachu wsypało się do jaskini.
- No to jesteśmy urządzeni – powiedział. – Nie wyleziemy. I tak dobrze, że nas nie zasypało, kiedyśmy tak smacznie sobie spali.
      Miał na końcu języka, że skoro już są tu uwięzieni, to mogą spożytkować czas w znacznie przyjemniejszy sposób, ale się powstrzymał. Harry patrzył gdzieś w głąb groty.
- Nie czujesz przeciągu? – zapytał. – Jeżeli wiatr wieje przez tę jaskinię, to którędyś musi wychodzić.
     Draco podążył za nim. Okazało się, że kiedy wybrali to miejsce na schronienie, zatrzymali się w pierwszym dogodnym miejscu, a sama jaskinia była trzy razy większa, niż myśleli. Dopiero przy magicznym świetle stało się to widoczne. Zdawało się, że powietrze uchodziło przez podłużny otwór gdzieś na końcu groty.
- A może tu gdzieś jest wyjście? – Potter zaczął się rozglądać.
      Nagle spostrzegł stalagmit, który różnił się kolorem od pozostałych, był wyraźnie jaśniejszy. Harry spróbował nim poruszyć i zaraz rozległ się ogłuszający zgrzyt, gdy część ściany się odsunęła.
- Niesamowite – powiedział Draco. – Tylko co, cholera, jeżeli w tym mroku coś się czai?
       Brnęli w milczeniu przez jaskinię, od czasu do czasu tylko szeptem wymieniając spostrzeżenia. Co ciekawe, kompas cały czas pokazywał, że idą w stronę celu. Jaskinia była całkiem pusta, nie dostrzegli żywej duszy…
       Draco nie mógł się uwolnić od myśli o tym, co zdarzyło się przed kilkoma godzinami. To już nie był zwyczajny przypadek na orgii, pod wpływem substancji, lecz świadoma decyzja. Potter wiedział, co robi. Oj, i to jak dobrze wiedział! Malfoy nie mógł się doczekać powtórzenia tego doświadczenia. Pytanie tylko, czy będzie to miało szansę przekształcić się w coś trwalszego…
Harry patrzył na sprawę inaczej. Cieszył się ze zmiany charakteru swojego byłego przeciwnika, nawet jeżeli niektóre aspekty, hm… budziły zakłopotanie. Poza tym Draco był dobry w łóżku, o ile tę jaskinię o piaszczystym dnie można było nazwać łóżkiem. Ale niepotrzebnie zrobił się wtedy taki melodramatyczny. Wyprawa była trudna i niebezpieczna, rozluźnienie nastroju z pewnością wyjdzie im obu na dobre.
W pewnej chwili zobaczyli schody. Stopnie z desek pięły się gdzieś pod górę, na położoną wyżej półkę skalną. Harry natychmiast zaczął wchodzić, z drżącym sercem oczekując momentu, gdy któryś ze stopni trzaśnie. Ale nie trzasnął.
Szli przez korytarze i szli, i szli, i szli. Wydawało się, że ta wędrówka nigdy się nie skończy. Wtem za zakrętem zajaśniało migotliwe czerwone światło.
- Stój! – szepnął Potter do Malfoya. – Takie samo światło było podczas ataku na Hogwart. Musimy być ostrożni!
- Szkoda, że nie wzięliśmy peleryny niewidki… - zauważył Draco.
         Ostrożnie podkradli się w stronę światła. Za rogiem serce w Harrym zamarło. Zobaczyli coś w rodzaju ołtarza, na którym paliło się kilkanaście świec w kolorze zakrzepłej krwi. Przed tym źródłem światła gięła się w pokłonach istota z trąbą, podobna do tej, którą zabił Snape w czasie ataku na Hogwart.
       Sługa rodu Dagoth wydawał się całkowicie pogrążony w modlitwie i obaj hogwartczycy myśleli, że uda im się go ominąć. Zaczęli się skradać… i akurat w tym momencie gdzieś z kąta wyskoczył szczur, ugryzł Malfoya w nogę, a ten krzyknął z bólu.
        Trąbalski odwrócił się ku nim i cisnął piorunem kulistym. Harry z trudem uskoczył, wyciągając różdżkę. Nie zdążył nic zrobić – Draco był szybszy i przeciwnik padł na ziemię.
- Jesteś cały? – zapytał Potter.
- W porządku – rzucił Malfoy przez zęby. – Szczur mnie tylko dziabnął, ale nic mi nie będzie.
- Lepiej wypij miksturę leczniczą – zaproponował Harry i podszedł w stronę ołtarza.
      Obok skupiska świec stał stół, na którym leżały jakieś drogie kamienie, kilka zwojów zapisanych niewiadomym pismem oraz butelki z płynem. Płyn sprawiał wrażenie magicznego, ale Harry nie wiedział, co to takiego. Niektóre z butelek miały etykiety, ale one też były opisane zupełnie nieczytelnie lub ozdobione obrazkami tak bardzo stylizowanymi, że aż niezrozumiałymi. Na dwóch z nich widniał pyszczek kota o dużych, świecących oczach.
- Może to eliksir nocnego widzenia? – zastanawiał się Draco, który właśnie zaaplikował sobie lekarstwo. – Weź, i tak już sporo dźwigamy, dwie flaszki nie zrobią nam różnicy.
     Poszli dalej. Jaskinia wiła się niczym jelito. Harry’emu przyszedł do głowy pokój wspólny Kluchonów. Tak daleko od domu…
       Wreszcie wyszli na świeże powietrze. Noc trwała, ale coś było nie tak. Niebo, choć niewątpliwie ciemne, wydawało się spowite chorobliwym czerwonym blaskiem, takim samym, jaki bił od tamtych świec. Ta poświata budziła ponury nastrój i sprawiała wrażenie gorączki. Nawet Malfoy wydawał się jakoś zaczerwieniony.
- Chodźmy stąd – powiedział Smok. – Bo znowu wdepniemy na jakiegoś brzydala.
       Harry otworzył butelkę z kotem na etykiecie. Powąchał, napił się. Efekt był natychmiastowy – teraz widział wszystko równie dokładnie, jak w dzień. Wypił połowę, resztę oddał Malfoyowi.
       Ruszyli więc dalej, jak kompas wskazywał. Znowu szli, i szli, i szli. Koci wzrok pozwalał im omijać wszystkie podejrzane kształty poruszające się w oddali. W ciągu pół godziny drogi widzieli je aż trzy, ale jakoś nie mieli ochoty sprawdzać, co to właściwie było. Nawet z daleka nie wyglądało sympatycznie.
Byli coraz bliżej, ale tym razem świeże powietrze marnym się dla nich okazało pocieszeniem, bo z każdym krokiem droga stawała się cięższa. Wspinali się pod górę, wśród suchych jak pieprz piasków, pod tym okrutnym czerwonym niebem. Czasem się potykali, czasem zjeżdżali w dół, w skroniach paliło…
- Tośmy się wpakowali – jęknął Malfoy. – Tak bardzo chciałbym teraz siedzieć sobie spokojnie w pokoju wspólnym i słuchać, jak cholerna woda śpiewa w pieprzonym imbryku!
       W końcu doszli do stromej skarpy piaskowca, wysokiej na kilkanaście metrów. Droga tu się kończyła, nie dało się iść dalej – z jednej strony kamienna ściana, z drugiej spadek. Jednak kompas wskazywał, że wędrowcy znajdą się na szlaku, gdy pokonają tę skarpę.
- Nie ma gruczoła, żebyśmy tam wleźli – zauważył Draco.
- No to musimy wlecieć – powiedział Harry i zaczął przygotowywać jedyną ocalałą miotłę. Do tej pory była owinięta szmatą, aby piasek nie osadzał się między witkami.
- Tylko uważaj – powiedział Malfoy. – To jakieś dziadostwo, lubi się psuć w tutejszym klimacie.
Potter po krótkiej chwili trwożnej niepewności wzbił się w górę. Gdy już stał na szczycie, zrzucił miotłę Smokowi i już po chwili obaj byli tam wysoko.
Przed sobą widzieli piaszczysty skrawek ziemi zabudowany ruinami kilku budynków, wykonanych jakby z piaskowca, ale w sumie trudno powiedzieć. Gdzieniegdzie z ziemi wychodziły zardzewiałe metalowe rury pokryte resztkami jakichś napisów. Lekki wiatr niósł między nimi chusty piasku, szeleścił suchymi, ciernistymi krzakami.
Trzeba było uważać – nie wiadomo, kto lub co może się kryć w tych ruinach. Harry i Draco zaczęli więc przemykać wzdłuż murów, z różdżkami w pogotowiu i rozglądając się bacznie.
Kompas zawiódł ich pod niewielki portal wyciosany w zboczu góry. Były w nim okrągłe drzwi z dziwnego metalu. Ani to miedź, ani brąz…
- To na pewno tutaj? – zapytał Draco niepewnie.
- Wątpię, żeby ten przedmiot, w którym jest dusza Cho, poniewierał się gdzieś pod gołym niebem. Wchodzimy.
     Wnętrze było, najdelikatniej mówiąc, dziwne. Komnaty połączone korytarzami, a wszystko to z piaskowca i tego samego niespotykanego metalu. W pomieszczeniach stały meble, w większości także metalowe i ustawione z kompletną pogardą dla funkcjonalności – piramidy z krzeseł, kolumna szaf na środku pokoju, kredens drzwiami do ściany… Wszędzie paliły się te same upiorne, czerwone świece. Draco poczuł, że boli go głowa i palą policzki, i to wcale nie z powodu myśli o Potterze. To miejsce było po prostu niezdrowe.
- Słyszysz to? – szepnął Harry nagle. Rzeczywiście, uszu Malfoya dobiegło rytmiczne stukanie, jakby odgłos kroków. Zbliżały się.
       Zanim zdążyli zareagować, zza zakrętu wyszedł kościotrup, poskrzypując zeschniętymi stawami. W dłoni trzymał spory miecz, który wyglądał na naprawdę ostry. Na ich widok złowieszczo zakłapał szczęką i rzucił się na intruzów. Więcej nie zdążył zrobić – Draco i Harry uderzyli razem. Kości rozprysły się po całym korytarzu, miecz zadzwonił o podłogę.
- Uff – Potter odetchnął z ulgą, lecz zaraz potem usłyszał coś jeszcze. Zły, skrzypiący, nosowy głos:
- Durny szkieletor znowu pogubił kości kto to będzie sprzątał pytam komodę trzeba przestawić na tamtą ścianę a w tym miejscu postawić biurko i ten dywan zupełnie tu nie pasuje…
       Z tego samego kierunku wyszedł siwowłosy sługa Dagothów. Draco nie czekał, aż tamten się zorientuje – od razu walnął w niego zaklęciem. Przeciwnik, padając, wydał z siebie przeszywający ryk, a gdzieś piętro wyżej rozległo się tupanie.
- No to kaplica – parsknął Malfoy.
- Schowajmy się w jednym z tych pustych pomieszczeń! – Harry poprowadził tchórzofreta do ucieczki.
      Jednak gdy już wbiegali do pokoju, w którym mieli szukać schronienia, ujrzał błysk przed oczami, a potem nie widział już nic…

sobota, 16 marca 2013

Rozdział 18



     Kasandra brnęła przez szary pył. Słaniała się ze zmęczenia, od gorąca skronie pulsowały bólem, czuła zawroty głowy. Było już popołudnie, ale przez to wcale nie chłodniej.
      Spojrzała na Hermionę. Trudno było zgadnąć, że Granger ma brązowe włosy – w tej chwili były całkiem szare. Ten sam kolor miała twarz Hermiony, jej dłonie, szata i w ogóle wszystko. Kasandra była pewna, że sama wygląda podobnie.
        Co za pech! Nie dość, że w burzy piaskowej się zgubiły, oddzieliły od Harry’ego i Malfoya, to jeszcze zupełnie straciły orientację i wywędrowały nie wiadomo gdzie. Tak się złożyło, że to Harry miał kompas…
      Teraz obie dziewczyny zmierzały na północny wschód. Coraz bardziej schodziły ze szlaku i nic nie mogły na to poradzić, o czym przypominał, gdzieś po lewej stronie lśniący w słońcu grot włóczni.
     Wkrótce po tym, jak pył opadł, Kasandra i Hermiona nagle wpadły na pięciu uzbrojonych osobników. Jednego udało się porazić Drętwotą, ale pozostali i tak mieli przewagę liczebną. Nie dość że uzbrojeni po zęby, to w dodatku przynajmniej jeden był czarodziejem. Dziewczyny nie miały już siły, żeby uciekać, do obrony tym bardziej. Musiały się poddać.
 - Cóż, najwyżej dowiemy się czegoś konkretnego – mruknęła Hermiona.
 - Nie gadać! – warknął chrapliwie jeden ze zbrojnych, najwyraźniej dowódca.
Teraz pełzły resztkami sił, czując za sobą obecność pięciu konwojentów. Kasandra nie wiedziała, czy ma do czynienia z ludźmi, czy z elfami, takimi jak te, które napadły na Hogwart. Zbrojni byli prawie całkowicie zakuci w zbroje z dziwnego materiału przypominającego kość, a na głowach mieli półprzezroczyste hełmy z muszli wielkich ślimaków czy głowonogów.
W pewnym momencie Swiftsure zobaczyła w oddali coś. Z początku myślała, że to drzewo. Nareszcie trochę zieleni na tym całym pustkowiu! Z czasem okazało się jednak, że to coś znacznie większego, sięgało czterech pięter. Coś pośredniego pomiędzy drzewem a grzybem, z grubymi gałęziami rozciągającymi się na różne strony.
Kiedy konwój podszedł bliżej, okazało się, że wokół grzyba stoi kilka kamiennych chat. Przeszli obok. U zdrewniałej podstawy grzyba mieściły się duże okrągłe drzwi z brązu. Dowódca straży trącił Kasandrę drzewcem w plecy, każąc wejść do środka.
       Sądząc po grzybnym wyglądzie tej rośliny-budynku, Swiftsure spodziewała się wilgotnych, lepkich i nieprzyjemnych pomieszczeń. Jakież było jej zdumienie, gdy znalazła się w obszernej, całkiem suchej sali, oświetlonej lampionami i świecznikami. Ściany wyglądały niemal zupełnie jak drewno, na podłodze leżał czerwono-złoty dywan, stał stół z kilkoma krzesłami. Po przeciwnej stronie sali znajdowały się drzwi, przy czym, co ciekawe, na wysokości dziesięciu stóp, a nie było widać żadnych schodów.
       Gdzieś z wnętrza podszedł ku nim, wspierając się na lasce, długowłosy elf w bogato haftowanej szacie.
- Na Almalexię, co ty wyprawiasz! – wydarł się na dowódcę strażników. – Przyprowadzasz tu jakieś łazęgi prosto z pustyni, naniesiesz piachu do środka… Co powie pani, kiedy przyjdzie?
- Ale pani przecież sama, jak wraca, to przeważnie…
- Nie denerwuj mnie! – długowłosy pogroził laską. – A tak w ogóle, to od kiedy wprowadza się jeńców głównym wejściem? Do lochu z nimi!
- Dziwnie wyglądają, sera – tłumaczył się strażnik. – Myślałem, że pani chciałaby je widzieć…To chyba jakieś awanturnice – powiedział strażnik.
- Awanturnice, wielkie mi co! – prychnął majordomus. – Pełno takich się szwenda po całej wyspie. Sam kiedyś byłem awanturnikiem, ale dostałem strzałą w kolano. Doprowadź je do porządku, a potem porozmawiamy!
      Strażnik wyprowadził dziewczyny z grzybnej rezydencji, zawołał coś do swoich ludzi. Po chwili skinął na Hermionę i Kasandrę, każąc im iść na skraj osady.
      Stała tam balia pełna wody, a obok dwa wiadra. Kasandrze oczy zaświeciły na ten widok. Nie mogła się doczekać, kiedy zmyje z siebie kurz pustyni…
- Teraz się umyjcie – powiedział dowódca straży. – Zawołajcie, kiedy skończycie. Stanę za rogiem chałupy, ale nie próbujcie żadnych sztuczek.
      Dotknął swojego ślimaczego hełmu.
- Ten hełm jest zaklęty – wyjaśnił. – Dzięki niemu będę widział, w którym miejscu stoicie, chociaż nie zobaczę was samych. Jeżeli jednak zaczniecie uciekać, gwarantuję, że przestanę być wstydliwy.
     Poszedł zatem za róg. Pierwsza weszła do wody Hermiona. Kasandra stała do niej plecami i pilnowała, czy nikt nie podgląda.
- Dlaczego oni mówią po angielsku? – zapytała w pewnej chwili.
- Może nie mówią – odrzekła Hermiona, polewając się wodą z wiaderka. – Jesteśmy Kluchonkami, więc w magiczny sposób rozumiemy ich język.
- Tak, ale to oznacza, że… - Kasandra westchnęła – oni rozumieją też to, co my mówimy. A przecież nie wiemy, po czyjej są stronie.
- Masz rację – zgodziła się Granger. – Lepiej trzymać buzię na kłódkę i nie zdradzać nikomu, co tu robimy.
- To jak wytłumaczymy naszą obecność?
- Nie słyszałaś, co mówił ten kamerdyner? Awanturników jest tu pełno. Dwie poszukiwaczki przygód więcej nikogo nie zdziwią.
Po jakimś czasie Hermiona wyszła i zabrała się za czyszczenie odzieży. Teraz zanurzyła się Kasandra. Z prawdziwą rozkoszą poczuła, jak woda zmywa zmęczenie i wypełniają ją nowe siły. Wzięła wiadro z ciepłą wodą i starannie wypłukała swoje kręcone włosy.
       Gdy wreszcie doprowadziły do porządku siebie i swoją odzież, podszedł strażnik.
- Mistrzyni Hasya chce was widzieć – powiedział.
      Zaprowadził obie dziewczyny z powrotem do hallu. Tym razem kulejący majordomus stał pod ścianą, a na środku pomieszczenia stała pani tego dworu.
      Mistrzyni Hasya była wysoką, szczupłą elfką o ciemnoszarej skórze, łagodnych rysach i z ciemnymi włosami do ucha. Miała na sobie szatę z granatowego jedwabiu, znacznie mniej krzykliwą od tej, którą nosił jej sługa.
- Pani, to są właśnie te dwie… - majordomus zawahał się, szukając odpowiedniego określenia – istoty ludzkie, które Velan przyprowadził z pustyni. Powiedziałem mu, że ich miejsce jest w anczlu, ale ten redorański kmiot się uparł, że musisz je zobaczyć osobiście…
        Hasya podeszła bliżej. Jej wzrok nagle padł na Kasandrę.
- Masz takie same blizny jak ja! – powiedziała.
Swiftsure z zaskoczeniem zauważyła, że na ciemnej skórze elfki wyraźnie odznaczały się identyczne ślady po cięciach, jakie miała ona sama.
- Powiedz, skąd to masz? – zapytała mistrzyni z autentyczną ciekawością.
        Kasandra nie uważała za właściwe robić kobiecie, w której mocy się znalazła, wykładu o tym, co to jest Durmstrang i dlaczego padła ofiarą tamtejszych chuliganów.
- To zrobili zbóje, pani – powiedziała. – Dawno temu.
          Mistrzyni Hasya spojrzała na nią z zastanowieniem.
- Zbóje, powiadasz? – w jej głosie brzmiało rozczarowanie. – Ale to i tak ciekawy zbieg okoliczności. Mam wrażenie, że skądś cię znam…
       W tym momencie Hermiona zachwiała się. Majordomus i strażnik sprężyli się, gotowi bronić panią przed atakiem, ale Granger odzyskała równowagę.
- Przepraszam, to z głodu… - powiedziała, wspierając się na ramieniu podanym przez Kasandrę.
- Z głodu? – Hasya spochmurniała, spojrzała na majordomusa. – Tovasie, nie chcesz chyba powiedzieć, że nie dostały nic do jedzenia?
- Pani… - przełożony służby próbował wymyślić jakieś wytłumaczenie.
- Milcz! – zdenerwowała się mistrzyni, jej czerwone oczy zabłysły. – Nakryć na trzy osoby w moim salonie. Już.
- Ale pani… - Tovas był skonsternowany. – Nie wiadomo, co za jedne…

     Oczywiście służba musiała w końcu zrobić to, czego od niej żądano. Hasya zaprowadziła Hermionę i Kasandrę do swoich prywatnych komnat. „Zaprowadziła” to zresztą niezbyt adekwatne określenie, bo okazało się, że schody dochodzą tylko do pierwszego piętra. Na wyższe kondygnacje prowadził szyb. Pani domu dała dziewczynom fiolki z miksturami, dzięki którym mogły wznieść się w powietrze na wystarczająco długo, by dotrzeć do salonu na szczycie wieży.
     Salon był zdumiewająco przytulny, z kominkiem, biblioteczką oraz szafką, na której stały naczynia z dziwnego brązowawego metalu, ozdobione interesującymi wzorami. Stół był nakryty na trzy osoby. Hasya kazała dziewczynom usiąść.
- Częstujcie się – powiedziała. – O moim ludzie wszyscy mówią, że nie słynie z gościnności.
     Jedzenie, oprócz chleba, nie przypominało niczego, co Kasandra znałaby ze swojego świata, ale pachniało cudownie. Na smak też nie było gorsze.
- Dziękujemy, pani – ukłoniła się Hermiona.
- Jeśli to nie jest tajemnicą – rzekła elfka – co was sprowadza w tak niegościnne strony?
      Zgodnie z tym, co było wcześniej umówione, w miarę prawdopodobną gadkę rozkręciła Granger, podczas gdy Kasandra rzuciła się na jedzenie.
        Ciekawe, jak sobie radzą Harry i Malfoy? Swiftsure zamarła na myśl, że po burzy zostali we dwóch. Ale cóż, widać tak już musi być… Mają kompas, na pewno dadzą sobie radę. Teraz największy problem, żeby do nich dołączyć.
        Kasandra poczuła obok siebie ruch, jakby ktoś przechodził, ale odwróciła się i nikogo tam nie było. Nie zdążyła się zdziwić, gdy kątem oka zauważyła fałdę, która w jednej chwili sama się zrobiła na dywanie.
Niewiele myśląc, złapała talerz z sosem i z całej siły rzuciła. Talerz przeleciał o łokieć na prawo od gospodyni. Hasya zerwała się na równe nogi, z głębi korytarza podbiegł uzbrojony wojownik, gotów przyszpilić Kasandrę do podłogi za atak na panią domu.
Ale sos nie spadł na podłogę, lecz zawisł w powietrzu, oblepiając czyjeś przedramię i łokieć.
- Niewidzialny zabójca! – krzyknął ktoś i nagle zapanował wielki chaos.

niedziela, 24 lutego 2013

Rozdział 17


        Harry ocknął się na ziemi. Było zimno, szczękał zębami. Podniósł się, poprawił okulary, a potem się rozejrzał.
       Była noc. Z pewnym zaskoczeniem Potter dostrzegł na niebie dwa księżyce – jeden biały, a drugi różowy. Świeciły na tyle jasno, że w promieniu kilkunastu metrów widoczność była całkiem dobra.
        Hermiona też już doszła do siebie i właśnie pomagała wstać Kasandrze. Harry zatem podszedł do Dracona i sprawdził, czy wszystko z nim w porządku.
- Gdzie my w ogóle jesteśmy? – Malfoy rozejrzał się zdezorientowany.
        Znajdowali się w piaszczystym wąwozie, który wyglądał jak wyschnięte koryto rzeki. Piasek, na którym stali, tworzył zbitą i popękaną powierzchnię, podobną do zeschniętego błota. Gdzieniegdzie wystawały uschnięte kikuty drzew. W okolicy pełno było różnych nieprzyjemnie wyglądających fiflaków, suswołów i fafłochów.
- Nieważne, gdzie byśmy byli, musimy znaleźć Cho… To znaczy duszę Cho – stwierdził Harry i spojrzał na kompas. – Ruszamy na północny zachód.
         Powlekli się wyschniętym wąwozem. Dokuczał im chłód, a chmury pyłu, jaki wzbijali, sięgały im do kolan.
Potter prowadził, wszyscy w naturalny sposób powierzyli mu przywództwo. Nie dlatego, że był Wybrańcem, Złotym Chłopcem czy jak mu tam. Nawet nie dlatego, że dostał od Lukrecji zaklęty kompas. Jakoś tak po prostu wyszło, że wszyscy poszli za nim.
Kasandra Swiftsure nie czuła się zbyt pewnie. Oto była na obcej ziemi, mało tego – w innym świecie, na kompletnym pustkowiu – w towarzystwie Harry’ego! Nie mogła jednak myśleć o tym, by się do niego zbliżyć. W końcu był z nimi także Malfoy, który wyraźnie nie darzył jej sympatią, za to Pottera – wręcz przeciwnie. Kasandra postanowiła trzymać się bliżej Hermiony, szły obok siebie i rozmawiały półgłosem. Granger odnosiła się do niej serdecznie i miała dla niej wiele życzliwości.
Draco Malfoy trzymał straż tylną. Co za ironia, jeszcze niedawno temu traktowaliby go właśnie jak kogoś, przed kim trzeba się bronić… Nie chciał się trzymać blisko Pottera, byłby z pewnością zakłopotany, czując na sobie wzrok Kasandry. Widział, jak Swiftsure patrzy na Harry’ego, i coś mu mówiło, że ta dziewczyna jeszcze nie zrezygnowała. Wobec tego Draco sam, z własnej woli, przesunął się na tył pochodu, obserwując, czy ktoś ich nie śledzi.
- W tym piachu zostawiamy ślady, że ślepy by znalazł – powiedział w pewnej chwili z niezadowoleniem.
- W takim razie trzeba będzie polecieć  – Hermiona wzruszyła ramionami i zaczęła przygotowywać miotłę, przewieszoną dotąd przez plecy. W jej ślad poszli pozostali.
- Kasandro, ty leć przodem – powiedział Harry. – Jesteś najlepszą miotlarką z nas.
       Swiftsure uśmiechnęła się nieśmiało na tę pochwałę. Dosiadła swojej quidditchówki i wzbiła się w powietrze na jakieś trzynaście stóp.
- Droga wolna! – zawołała. Reszta ekspedycji wystartowała za chwilę.
            Lecieli pod nocnym niebem, łopocząc szatami. Lodowaty wiatr owiewał ich twarze.
- Ale zimno – powiedziała Hermiona.
- Nie bój nic, Granger – skrzywił się Draco. – Wzejdzie słońce, to jeszcze zatęsknisz za chłodem. Stawiam na co najmniej trzydzieści w cieniu.
- To się najwyżej rozbiorę – odrzekła Hermiona. – Chyba cię to nie zgorszy, co, Malfoyu?
- Granger, ty jesteś bardzo zdolna, ale głupia – rzekł tchórzofret. – Jak myślisz, niby dlaczego różni Beduini chodzą w długich kiecach? To tylko biały człowiek na pustyni się rozbiera, a potem co? Odwodnienie i poparzenia słoneczne! Harry na pewno przyzna mi rację… Ach, kurde, dlaczego nie wziąłem żadnej czapki?
        Zeszli w dół i lecieli nisko nad ziemią, aby uniknąć podmuchów wiatru. Mijali uschnięte drzewa, kości nieokreślonych zwierząt i zębate formy skalne.
       W pewnym momencie stanęła przed nimi rzeka gorejącej lawy. Nie widzieli jej, gdy nadlatywali, bo strome zbocza ukrywały przed ich oczami blask magmy – lecz teraz się wyłoniła, czerwona i tak bardzo rozżarzona, że prawie było słychać szum rozgrzanego powietrza.
- W górę! – krzyknęła Kasandra. – Bo się usmażymy!
       Wzleciała na dwadzieścia stóp, aby bezpiecznie sforsować rzekę lawy. Harry i pozostali uczynili tak samo. Śmignęli przez rozpadlinę błyskawicznie. Jednak w ostatniej chwili, gdy już prawie byli na drugim brzegu, Kasandra poczuła, że traci panowanie… Runęła z krzykiem w dół, prosto ku gorącej magmie. Owionęło ją gorące powietrze, zapowiedź niewyobrażalnego ognia…
          I nagle ktoś złapał ją za rękę. Był to Draco.
- Szybciej, Swiftsure! Czuję, że też zaraz padnę!
      Harry i Hermiona, którzy byli już po drugiej stronie, wyciągnęli różdżki i razem użyli zaklęć, aby przyciągnąć Kasandrę i Malfoya bezpiecznie do brzegu. Swiftsure była czerwona na twarzy i dłoniach, cała mokra od potu, ale przeżyła. Dłońmi kurczowo ściskała bezużyteczną miotłę, która zaczęła się dymić. Draco odebrał od niej miotłę i wcisnął w piach, aby zagasić tlące się witki.
- Już myślałam, że… - powiedziała Kasandra i zaczęła drżeć. Harry objął ją ramieniem.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwo – mruknął Malfoy, jakby dla uspokojenia i siebie, i pozostałych. – Następnym razem poszukamy mostu.
        Dlaczego to właśnie on ją uratował? Prosta sprawa, bo był najbliżej. Zupełnie, ale to zupełnie nie miało to żadnego związku z Harrym. Żadnego. Tak Draco Malfoy uspokajał swoje myśli.
       Kasandra już powoli doszła do siebie, chociaż serce ciągle jeszcze mocno jej biło. Była też skwaszona utratą ulubionej miotły, ale cóż zrobić… To i tak jeden z mniejszych problemów.
       Hermiona obejrzała swoją. Pustynny pył osadził się między witkami, tworząc zbite bryły. Próbowała otrzepać miotłę o kamień narzutowy, ale bez większego powodzenia.
- Nie polecimy dalej – powiedziała. – Trzeba będzie pieszo.
- No masz – mruknął Draco. – Miał być mercedes, a wyszło per pedes.
         Ruszyli dalej, tym razem używając mioteł jako lasek, gdy brnęli przez grząski piach. Zdążali powoli, lecz z determinacją w kierunku, który wskazywała strzałka kompasu…
           W pewnej chwili wstało słońce, oblewając wszystko wokół delikatnym różem.
- Ale różowo – zauważyła Kasandra.
- Pansy by się ucieszyła – rzekł Malfoy sarkastycznie.
        Jednak drużyna nie miała za bardzo nastroju do żartów, gdyż razem ze słońcem pojawił się upał. Słońce prażyło bezlitośnie, jego promienie odbijały się od piasku. Pot lał się strumieniami z całej czwórki wędrowców. Kasandra rozpuściła kędzierzawe czarne włosy, aby osłaniały jej kark. Draco nie miał takiej możliwości, a przy jego jasnej karnacji słońce bardzo dawało się we znaki, więc ściągnął koszulę i założył sobie na głowę na wzór arabskiej kefii.
- Dobrze, że wzięliśmy wodę – stwierdził Harry.
- Tylko pamiętajcie, że musi starczyć na dłużej – rzekła Kasandra. – Czasem ludzie szaleją od upału i od razu wypijają cały zapas…
        Wokół nich rozciągała się pofałdowana połać piasku, z wybrzuszeniami wydm. Gdzieś daleko z przodu majaczył wielki szczyt dyszący rdzawoczarnym dymem.
- To pewnie jest ta Czerwona Góra – powiedziała Hermiona z przejęciem. – Główna siedziba rodu Dagoth. Czyżbyśmy właśnie tam szli?
- Nie chcę was niepokoić, ale strzałka wskazuje właśnie w tym kierunku – oznajmił Harry.
- Jak się tam dostaniemy? Na pewno to miejsce nie będzie opustoszałe – Kasandra miała wątpliwości.
- Cóż, nie darmo mamy w składzie byłego Ślizgona – Hermiona spojrzała na Malfoya postironicznie. – Na pewno zaprowadzi nas tam podstępem…
      Nagle w górze rozległ się donośny skrzek. Przestraszeni podnieśli głowy: na niebie kołował wielki skrzydlaty jaszczur.
- Na Merlina! – zawołał Draco. – Pterodaktyl, czy ki diabeł?
       Stwór krzyknął jeszcze kilka razy, a potem spadł na nich. Hogwartczycy rozpierzchli się. Harry wyciągnął różdżkę, ale był zbyt roztrzęsiony, żeby precyzyjnie wycelować, bo napastnik był szybki.
Gadzina dopadła Malfoya. Draco zasłonił się miotłą, która trzasnęła w dziobie jaszczura. Tchórzofret instynktownie walnął pierdaktyla kawałkiem kija w łeb i zaczął uciekać.
         Potwór załopotał skrzydłami, rzucając się w pogoń za Draconem. Nagle jakby wyrżnął w ścianę i z przeraźliwym skrzekiem (bynajmniej nie żabim, ani tym bardziej Józefem) poleciał na kilkadziesiąt stóp w tył.
- Nie no, niezłe jesteśmy – powiedziała Kasandra Swiftsure, spoglądając na swoją różdżkę, na powalonego jaszczura, a potem na Hermionę, która też stała z wyciągniętą różdżką.
- Ja bym nie była pewna, czy ktoś nam nie pomógł – zauważyła Granger. – Chodźmy już, może on jest tylko nieprzytomny.
         I natychmiast się oddalili. W czasie ucieczki przed pterodaktylem zeszli trochę z trasy, ale na szczęście mieli kompas.
Upał w dalszym ciągu im doskwierał. Harry był już cały czerwony na twarzy, dziewczyny tak samo. Malfoy miał trochę lepiej, bo zasłonił twarz swą prowizoryczną kefiją z koszuli… jednak coś za coś, bo wierzchni materiał szaty trochę go podgryzał.
Nagle zerwała się burza piaskowa. Nie, żeby wcześniej była widoczna z pewnej odległości. Po prostu szli, szli i wtem okazało się, że mają piasek nie tylko pod nogami, ale i wszędzie dookoła. Chmury pyłu wdzierały się do oczu, ust i nosa, wpadały do kieszeni, osadzały się we włosach.
- Trzymajmy się blisko! – zawołał Harry. – Inaczej się zgubimy!
        Brnęli więc dalej wśród tumanów, powoli i z wysiłkiem. Strzałka niestrudzenie wskazywała drogę ku miejscu, gdzie przechowywano duszę Cho, ale siły przyjaciół były na wyczerpaniu. Szorstki piach chłostał ich twarze, w nawiewanym pyle iść było coraz trudniej. Harry wiedział, że długo nie wytrzyma…
         W całej tej burzy nie było widać prawie nic, więc nagle Potter z pewnym zaskoczeniem spostrzegł, że tuż po lewej ręce ma jakąś skarpę.
- Chodźmy wzdłuż tego wzniesienia – powiedział. – Przynajmniej z jednej strony mamy osłonę.
         Jednak taka osłona okazała się niewystarczająca. Harry już padał z nóg. Przez myśl mu przeszło, że przyjdzie mu paść wśród tego piachu i za jakiś czas ktoś inny znajdzie jego bielejące kości. Albo i nie znajdzie, bo zasypie wszystko, zawieje… I wtedy zobaczył jaskinię.
Chwycił kij od miotły jeszcze mocniej i resztką sił dowlókł się do wejścia.
W jaskini panował chłód, przyjemny po wielu godzinach pełznięcia przez pustynię. Dno wypełniała warstwa ciepłego piasku. Harry zrzucił bagaż i doprowadził się do porządku, wytrzepując piasek, skąd się tylko dało.
- Ciekawe, czy zostaną nam jeszcze jakieś miotły, zanim dotrzemy do celu – powiedział Draco. Odrzucił resztki swojej, przegryzionej przez jaszczura, i odwiązał z głowy koszulę. Cóż, miał parę kilo piasku mniej do wytrząśnięcia.
         Potter usiadł pod ścianą. Przeciągnął się i sięgnął po kanapki. Nagle coś poważnie go zaniepokoiło.
- Ty – zwrócił się do Malfoya. – Gdzie są dziewczyny?
         Draco odwrócił się do wyjścia jaskini i o mało nie podskoczył.
- Kurde balans! Zgubiliśmy je – jęknął. – Nawet nie wiem, jak dawno temu.
- I co teraz?
- Musimy czekać – Draco pociągnął łyk wody.
- Na co? – zdenerwował się Harry. – Mogą być w niebezpieczeństwie!
- Nie martw się, Potter – uspokoił go Malfoy. – Wszyscy czworo jesteśmy Kluchonami. Wiedzielibyśmy, gdyby coś się im stało.
- Powiadasz? Ale jeżeli jednak…
- Jeżeli idą wzdłuż skarpy, to prędzej czy później tu trafią, a jeżeli nie, to w taką burzę i tak ich nie znajdziemy. Musimy czekać, Harry…