Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kluchoni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kluchoni. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 33

      Draco nie wiedział, ile czasu spędził zamknięty w ciemności i poniżeniu. Godzinę, dwie? Całą noc? Trząsł się z zimna i wstydu. Bernadetta Heckler, po tym, jak go wykorzystała, zabrała mu ubranie. Leżał w kącie nagi, a jedynym, co miał na sobie, była dziwna bransoleta na kostce, zrobiona z jarzącego się na zielono metalu. Malfoy nie wiedział, co to takiego, i wcale nie chciał wiedzieć.
         Wreszcie ktoś otworzył drzwi. Wszedł wysoki, ciemnowłosy chłopak w popielatej szacie.
- Dobra, idziemy – powiedział do Dracona, po czym brutalnie podniósł go, złapał za kark i wyprowadził za drzwi.
       Ku swojej zgrozie tchórzofret rozpoznał pomieszczenia, przez które tamten go prowadził. Byli w Malfoy Manor! A to znaczyło, że już za chwilę spotka rodziców… A może nawet… Może samego…
     W głównym salonie na górze okna zasłonięto ciężkimi czarnymi kotarami. Panował mrok, rozświetlony tylko strategicznie rozmieszczonymi świecami. Na środku znajdował się nakreślony lśniącą kredą krąg, a w jego centrum – sześciokątny czarny kamień z metalowymi obręczami. Wokół stało mnóstwo ludzi. Śmierciożercy w czarnych szatach, jedni w maskach, drudzy bez. Peter Pettigrew, Fenriz Greyback (ostatnio hipstersko zmienił sobie ostatnią literę imienia), Alecto Carrow, Thorfinn Rowle i wielu innych… Anton Dołochow z pokancerowaną twarzą uśmiechnął się na widok Dracona z mściwą satysfakcją.
Osobno stała grupa młodych ludzi w szarych szatach z zielonymi obszyciami i wyhaftowanym na piersi zielonym Mrocznym Znakiem. Buchała z nich duma nowego pokolenia sług Voldemorta. Bernie Heckler, stojąca w tej grupie, lubieżnie zatrzepotała do Malfoya językiem, obok stał koleś, którego Draco spotkał w Hogsmeade. Wraz z nimi, w takich samych szatach, stali Crabbe i Goyle, rechocząc obleśnie na widok nagości i poniżenia Dracona.
     Chłopak, który wyprowadził Malfoya z piwnicy, wypchnął go na środek, pod czarny kamień. Draco, zdrętwiały ze strachu, cały czas rozglądał się za rodzicami, ale ich nie widział.
- A więc syn marnotrawny wrócił! – zabrzmiał sykliwy głos.
      Draco odwrócił się, by spojrzeć prosto w gadzie oblicze lorda Voldemorta. Zadrżał i zatoczył się, boleśnie uderzając biodrami o sześciokątny kamień. W końcu wyprostował się i jeszcze raz spojrzał na Czarnego Pana. Gdzieś za jego plecami krył się Lucjusz Malfoy, ubrany w odświętną szatę, ale trochę jakby skulony. Patrzenie na to, co się dzieje z jego synem, sprawiało mu ewidentną przykrość, o ile nie fizyczny ból.
        Voldemort mocno ścisnął Dracona za podbródek.
- Zdradziłeś, Draco – powiedział. – Ale widzę, że w końcu do nas wróciłeś. Wszyscy wracają.
- Nie… - tylko tyle Malfoy był w stanie wykrztusić.
- No i bardzo się zmieniłeś w ostatnim czasie – zauważył Voldemort. – Narażałeś życie dla jednej żółtej. Tak bardzo nie po malfoyowsku…
- „Żółta” to nie jest dopuszczalne określenie – sprzeciwił się Draco. – „Szkotka chińskiego pochodzenia”.
- Wszystko jedno – Czarny Pan skrzywił się z niesmakiem. – Daję ci unikalną szansę, abyś odkupił swoje winy. Drugiej nie dostaniesz. Zresztą… Nie możesz odmówić.
- Co ze mną zrobicie? – zapytał zaskoczony Draco, drżąc pod zimnym dotykiem Voldemorta i jadowitymi spojrzeniami śmierciożerców.
         Lord Voldemort uśmiechnął się drapieżnie.
- Czeka cię niesamowity zaszczyt, Draco – oznajmił wielkim głosem. – Dasz mi dziedzica.
- Cooooo? – Malfoy był zaszokowany. – Przecież to… Ja nie byłem w ciąży, to tylko taki eliksir!
- Eliksir eliksirem – Czarny Pan nie dał się zbić z tropu. – Czyżbyś nie wierzył, że jestem w stanie to zrobić? Zaraz cię zapłodnię, młody człowieku, a potem wydasz na świat moją córkę. Nie martw się, dostaniesz solidną ochronę młodego pokolenia śmierciożerców…
       Draco pobladł i osunął się na kolana. Natychmiast podbiegli Pettigrew i ciemnowłosy chłopak – Wolfram Wulff, jeden z Organizacji Zagranicznej. Podnieśli Malfoya i postawili go na czarnym kamieniu, przywiązując jego nadgarstki i kostki do stalowych obręczy. Draco znalazł się w niewygodnej, poniżającej pozycji, po prostu wypięty.
- Nadszedł czas, śmierciożercy! – wykrzyknął Voldemort. – Moja córka zabije Pottera i całą resztę tego tałatajstwa. Potem pomożemy naszemu sojusznikowi, Dagoth Urowi… Mam go  gdzieś, ale to zrobię, żeby nie myślał, że jesteśmy słabi. A wtedy czysta krew zapanuje nad światem!
        Ciężkim wzrokiem potoczył po zebranych.
- Zaczynamy. Is everybody in? The ceremony is about to begin.
- Poczekajmy, panie – odezwał się Pablo Angostura. – Jeszcze jedna kandydatka do naszej organizacji obiecała przyjść.
- Nie będę na nikogo czekał – syknął Voldemort. – Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi.
      Wyszedł na środek kręgu i zbliżył się do skrępowanego Dracona. Nagle coś go zatrzymało, odwrócił się do jego ojca.
- Lucjuszu, gdzie twoja żona? – zapytał z przyganą.
- Ona… źle się czuje, panie – powiedział Lucjusz Malfoy. – Nie chce tego widzieć.
- Co to znaczy „nie chce”? – zdenerwował się Czarny Pan. – Idź po nią, niech tu natychmiast przyjdzie. Ja tak każę!
     Lucjusz powlókł się smętnie po Narcyzę i zanim ją przyprowadził, minęło ładnych kilka minut. Matka Dracona wyglądała na załamaną, najwyraźniej chwilę wcześniej płakała, teraz trzymała w dłoni chusteczkę. Lucjusz, podtrzymując ją za ramię, stanął obok reszty śmierciożerców.
     Sytuacja wyglądała niewesoło. Ale Draco jednak jeszcze nie stracił całej nadziei. Spokojnie, Kluchoni powinni już poczuć magiczne wołanie o pomoc i już wkrótce przyjaciele przybędą go uratować…
- Zapewne myślisz teraz o tym, że już wkrótce przyjaciele przybędą cię uratować – uśmiechnął się Voldemort. – Nic z tych rzeczy, młody człowieku. Synchroniusz Walruss, mój najzdolniejszy współpracownik, pojął, jak działa ten wasz nowy hogwarcki alarm. Bransoletka na twojej kostce to jego pomysł. Twoi przyjaciele nawet się nie dowiedzą, że coś jest nie tak.
      Zbliżył się do Malfoya od tyłu, gotowy wejść w niego brutalnie.
- Chwileczkę! – zawołał ktoś. – Jeszcze my!
     Do salonu wpadła Bellatrix Lestrange w towarzystwie długowłosego brodacza w kraciastej szacie. Oboje byli zaczerwienieni i zdyszani.
- Synchroniuszu, gdzie wyście się podziewali? – rozsierdził się Voldemort.
- Trochę byliśmy zajęci, ale mam nadzieję, że nie minęliśmy najlepszego! – odrzekł Walruss.
- Nadzieję to ja ciebie zaraz…! – odpowiedział wódz śmierciożerców. – Wyciągaj tego fleta i rób, co do ciebie należy!
     Synchroniusz wyjął więc z zanadrza flet poprzeczny, stanął na jednej nodze i zaczął grać, groteskowo wybałuszając oczy. Jego muzyka wprowadziła do pomieszczenia jeszcze bardziej upiorny nastrój, niż był do tej pory. Z pewnością była nośnikiem jakichś mrocznych zaklęć…
      Draco rozejrzał się jeszcze raz. Ciemność, płomyki świec i dym. Śmierciożercy dookoła, ci starsi i młoda gwardia. Na obwodzie kręgu stali Pettigrew, Bellatrix i Walruss, tworząc trójkąt, którego centrum był on, Draco Malfoy, wygięty na czarnym kamieniu. Z tyłu zaszeleściły szaty Voldemorta. Draco poczuł jego lodowate dłonie na swoich pośladkach.
Za późno. Wszelka nadzieja przepadła. Już za chwilę Voldemort wetknie mu swego czarnego pana…
      Wtem rozległ się dzwonek do drzwi.
- Pička materina! – zaklął Voldemort. – Lucjuszu, do jasnej ciasnej, to twój dom czy dworzec King’s Cross?
- Ja pójdę otworzyć – zaoferował się Angostura. – To pewnie ta nasza nowicjuszka.
      Wyszedł z salonu. Voldemort wpadł w gniew, wydawało się, że lada chwila rzuci w kogoś Cruciatusem.
     Jedna z szyb nagle pękła i rozsypała się z trzaskiem, a do pomieszczenia wpadło coś, co zerwało kotarę, owijając się w nią. Czarny kształt gwałtownie przeleciał przez salon i z impetem walnął Glizdogona w brzuch, aż padł na posadzkę. Oszołomieni śmierciożercy nie wiedzieli, co zrobić, gdy przez okno wleciał na miotle Blaise Zabini, a za nim – Potter i jacyś inni z Hogwartu…
    Czarny kształt wyhamował na ścianie i gdy zrzucił zasłonę, okazało się, że jest on Ronem Weasleyem, który natychmiast wyciągnął różdżkę i zaatakował Bellatrix Lestrange. Tymczasem Harry wytrącił różdżkę Lucjuszowi.
     Wybuchła bitwa. Atakujący hogwartczycy szybko zaangażowali śmierciożerców, którzy po pierwszym szoku podjęli rękawicę i wyciągnęli różdżki. Draco, cały czas wypięty na środku pomieszczenia, oberwał Drętwotą i osunął się bezwładnie na czarny kamień. Wyszło mu to na dobre: leżąc płasko, miał mniejsze szanse trafienia avadą lub innym niebezpiecznym czarem. Po całym salonie niosły się okrzyki, złorzeczenia i formuły zaklęć.
- Drętwota!
- Crucio!
- Gińcie, szlamy!
- Expulso!
- Sectumsempra!
- Aaaaaaargh!
- Expelliarmus!
- Incendio!
- W twarz?!! W twarz?!!
- Protego!
- Verfluchte Schweine!
- Avada kedavra!
- Moja noga!
- A masz, czekolado!
- Expecto patronum!
- Awruk!!!
- Obscuro!
- Semprini!
- Impedimenta!
- Perkele!
Powietrze było całe gęste od czarów. Ludzie Voldemorta nie szczędzili magii, aby powstrzymać napastników, jeden tylko Clovis Corneille-Noire konwencjonalnie rżnął nożem. Synchroniusz Walruss w przerwach między zaklęciami grał na flecie. Przelatująca naokoło magia wydawała się nie czynić mu żadnej szkody. W pewnej chwili wyciągnął flet i cisnął zaklęcie w Parvati Patil, wlatującą właśnie przez okno. Parvati poleciała na ścianę i legła bez życia.
Harry w całym tym zamieszaniu próbował dosięgnąć Dracona, uwolnić go i rozpocząć odwrót. Tak miało być: uwolnić młodego Malfoya i chodu do Hogwartu. Ale kiedy Synchroniusz zabił Parvati, niektórym Kluchonom ostatecznie puściły nerwy i także oni przestali dawać przeciwnikom pardon. Potter musiał się wykazać zwinnością, lawirując między walczącymi i unikając świszczących w powietrzu zaklęć.
Goyle próbował rzucić avadą w Neville’a Longbottoma. Neville okazał się szybszy, odparł atak i wytrącił Goyle’owi różdżkę. Fenriz rzucił się na Mariettę Edgecombe, ale dopadł go Murtaza az-Zahri, przybrał formę ośmiornicy i niewiele myśląc, skręcił wilkołakowi kark. Teodor Nott chował się za stołem przed zaciekłymi atakami Bellatrix, Zdenek Slanina zmienił się w kangura i kopał ile wlezie. Zabiniemu udało się podpalić szatę Wulffa. Tymczasem Ron w ferworze walki zgubił różdżkę, więc łomotał śmierciożerców kijem od miotły.
Nagle tuż przed Harrym wyrosła jak spod ziemi Narcyza Malfoy.
- Spedaliłeś mi syna! Giń! – krzyknęła, celując w niego różdżką. – Avaaaaa…
         Nie dokończyła zaklęcia, bo akurat dopadło ją monstrualne szczytowanie, kolejne z chronicznej serii wywołanej przez Voldemorta. Cyzia upadła na kolana i złapała się za rozkrok. Różdżka zadźwięczała na posadzce, ale krótko, bo Harry zaraz ją przechwycił. W samą porę, Thorfinn Rowle akurat w niego wycelował…

       Pablo Angostura słusznie odgadł, że do drzwi dzwoniła dziewczyna z Hogwartu, z którą korespondował od jakiegoś czasu. Tego wieczoru miała oficjalnie stać się śmierciożerczynią – Pablo napisał do niej, że dziś nadszedł odpowiedni moment, bo zdarzy się coś niezwykłego…
      Ale gdy otworzył drzwi, przeżył szok. To była Hermiona Granger. Uderzyły wspólnie, ona i Kasandra. Gdy Angostura padł na ziemię, bez trudu przeszły obok niego, a za nimi do środka Malfoy Manor wsypało się kilkoro innych Kluchonów.
- Dobra nasza! – powiedziała Hermiona. – Tam na górze już się rozpętało. Bierz Malfoya i w nogi!
      Wpadły po schodach jak burza, bez trudu obezwładniając jakiegoś zamaskowanego śmierciożercę, który wybiegł im na spotkanie. W salonie panowała totalna jatka i chaos. Kasandra od razu włączyła się do walki. Crabbe właśnie wziął na cel Longbottoma, lecz Swiftsure strąciła zaklęciem żyrandol, który spadł mu na głowę. Tymczasem Hermiona zaangażowała samą Bellatrix, spychając ją do defensywy. Weasley łoił miotłą szarego kangura, którym był Zdenek Slanina. Synchroniusz Walruss wypuścił ze swego fletu śmiercionośne zaklęcie prosto w Rona, lecz rudzielec na swoje szczęście akurat się pośliznął i rozciągnął na posadzce, a czar dosięgnął Corneille-Noire’a. Natomiast Murtaza z powrotem przybrał ludzką postać i próbował zaklęciami ognia wykurzyć Dołochowa z szafy, w której ten zajął umocnioną pozycję.
        Kasandra pochylona podbiegła zakosami ku środkowi sali, prosto do czarnego kamienia. Draco leżał na nim sflaczały i nieprzytomny. Swiftsure bez namysłu przecięła więzy zaklęciem Diffindo, a gdy Malfoy był już wolny, zarzuciła go sobie na plecy.
- Mam, nie dam! Mam, nie dam! – wykrzykiwała, biegnąc w stronę drzwi wyjściowych.
        Voldemort, z początku oszołomiony napadem, a potem zajęty odpieraniem ataków, nagle dostrzegł Kasandrę uciekającą z Draconem. Avadę zieloną i zdradną wysłał w jej kierunku, lecz Justin Finch-Fletchley dostrzegł zagrożenie i zastąpił drogę śmiertelnego czaru, biorąc go na siebie…
        Kasandra szybko zbiegła po schodach i była już w holu. Nigdy by nie przypuszczała, że byłaby w stanie biegać z Malfoyem na plecach, a jednak! Teraz tylko za drzwi, poza posiadłość, schować się gdzieś w żywopłocie i czekać ze świstoklikiem na pozostałych…
- Cześć, Swiftsure – rozległ się nagle złowieszczo znajomy głos. – Znowu mi się pętasz pod nogami?
       Kasandra spojrzała prosto w zimne oczy Bernie Heckler, swojej prześladowczyni z Durmstrangu… Lęk z dawnych lat chwycił ją brutalnie, sparaliżował, nie była w stanie nic zrobić…
         Bernadetta uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Sektumsempra! – powiedziała, machając różdżką. Z twarzy Kasandry strumień krwi trysnął aż na ścianę, dziewczyna padła na ziemię…

       Tymczasem na górze śmierciożercy zaczęli zdobywać przewagę. Część Kluchonów odleciała przez okno, myśląc błędnie, że Malfoy jest już uratowany, część leżała nieprzytomna lub została zepchnięta do zaimprowizowanych kryjówek. Harry leżał w kącie przysypany tynkiem ze ściany i szczątkami mebli, zbyt słaby, aby cokolwiek zrobić. Czarny Pan wydawał się tryumfować.
Zwycięstwo było niemal pewne, więc Bellatrix Lestrange zbiegła na dół, aby pomóc młodej Bernadetcie wciągnąć Malfoya z powrotem. Mało brakowało, a z całego rytuału nic by nie wyszło!
Obie ocuciły Dracona i przyprowadziły przed oblicze swego przywódcy.
- Co za skrajna głupota! – wykrzyknął Voldemort. – Naprawdę myśleliście, że możecie pokonać najpotężniejszego czarodzieja wszech czasów? Wy, garstka niedoświadczonych gówniarzów? Nawet w kupie jesteście słabsi ode mnie! I nawet z tymi waszymi nie wiadomo jakimi mocami z innego świata!
         Rozejrzał się uważnie po zniszczonym salonie. Najwyraźniej wypatrywał Harry’ego, ale jakoś go nie dostrzegł pod stertą gruzu i drewna.
- A gdzie się podział Potter? Stchórzył? Tak, to typowe dla waszego Złotego Chłopca. Wystarczy, że zaczną się prawdziwe kłopoty, a on już pali gumy! Ale mniejsza o to. Rozprawię się z nim później. Na razie jeszcze nie skończyliśmy naszego małego rendez-vous, paniczu Malfoy!
        Wyczerpany i wycieńczony Draco, drżąc z zimna w uścisku Bernie z jednej strony, a Bellatrix z drugiej, nie miał już siły na nic. Atak Kluchonów na chwilę przywrócił mu nadzieję, ale wraz z ich klęską wszystko runęło w gruzy tym bardziej. Teraz marzył tylko o tym, żeby to wszystko się jak najszybciej skończyło. Tu i teraz.
 - Nie zostanę twoim rozpłodowcem! – krzyknął. – Takiego chwieja!
        Voldemort roześmiał się złowrogo.
- Otóż obawiam się, drogi Draco, że nie masz innego wyjścia. Muszę jednak przyznać, że zdolny jesteś, skoro udało ci się jakoś wezwać pomoc. Drugi raz nie będę taki nieostrożny. Wiesz co, Draco? Żeby dać mi dziecko, nie będziesz koniecznie potrzebował rąk ani nóg…
        Tym razem zaśmiał się Synchroniusz Walruss, klaszcząc entuzjastycznie w dłonie.
- Czy ja mogę się tym zająć, panie? – poprosił. – Bardzo mi się ostatnio spodobał mugolski wynalazek zwany piłą łańcuchową.
- To dopiero po zapłodnieniu – odrzekł Czarny Pan. – No dobrze, młody człowieku, otwórz się przede mną i pozwól mi wejść!
       Brutalnie złapał Malfoya za biodra. Draco zakwilił bezradnie w oczekiwaniu straszliwego bólu, który zakończy wszystko, co w jego życiu było dobre…
- Przestańcie natychmiast! – donośny kobiecy głos zabrzmiał echem w zrujnowanym salonie.
        Voldemort obejrzał się, Draco mimo wszystko tak samo. W drzwiach stała Lukrecja de Volaille. Z jej niskiej, pulchnej sylwetki emanowała niesamowita energia, połowa włosów wydawała się płonąć żywym ogniem, a druga połowa była czarna jak smoła.
- Kim jesteś?! – krzyknął Voldemort. Nie po raz pierwszy mu przeszkodzono, ale ta kobieta wzbudziła w nim prawdziwy, nieokreślony niepokój.
- Twoją zgubą, Voldemorcie – odpowiedziała Lukrecja.
- Każdy tak mówi – rzekł Czarny Pan. – A potem leży w pyle i we krwi, tak jak ci tutaj dookoła. Nachodzisz mnie w domu mojego znajomego, przeszkadzasz w rozmowie z jego synem… Jak by nie patrzeć, jesteśmy tu wszyscy u siebie. Czego chcesz, gadaj!
        Profesor de Volaille była spokojna, patrząc w gadzie oblicze Voldemorta.
- Czy pamiętasz Esmeraldę Goldcrest? Młodą, pełną radości dziewczynę, którą brutalnie zgwałciłeś tylko dlatego, że się z ciebie śmiała? Założę się, że nie. Dla ciebie jedna zbrodnia więcej to bez różnicy. Esmeralda umarła w nędzy i wstydzie, porzucona przez rodzinę. Wszyscy mówili, że sama sobie jest winna, że cię sprowokowała. Nie doczekała sprawiedliwości. Ale ja dopilnuję, aby kara cię nie minęła, lordzie.
       Voldemort stał w miejscu, wpatrzony w Lukrecję. Zupełnie stracił rezon i orientację. Zszokowany, nie wiedział nawet, co odpowiedzieć.
Tymczasem profesor de Volaille rozpruła swoją szatę, uwalniając bujne, jędrne piersi. Harry, nawet otępiony ze zmęczenia, nawet będąc w śmiertelnym zagrożeniu, musiał przyznać, że to najpiękniejsze ciało, jakie w życiu widział, nie licząc oczywiście Dracona…
Ale Lukrecja de Volaille nie miała zamiaru nikogo kusić. Ujęła oburącz swą różdżkę i z całej siły wbiła ją między piersi. Trysnęła krew, spływając w dół jej dekoltu. Lukrecja słabnącym głosem zdążyła tylko powiedzieć:
- Na taką ofiarę nie pomogą żadne horkruksy. Avada kedavra… Tato!
        Różdżka pofrunęła jak strzała z łuku, ciągnąc za sobą jadowicie zielony strumień światła przeplatany czerwienią. Voldemort został trafiony prosto w serce. Runął na ścianę i wyrżnął w nią z taką siłą, że posypało się szkło z tych okien, w których jeszcze do tej pory się uchowało, a z szafy na drugim końcu salonu pospadały ocalałe dzbanki.

     Harry otworzył oczy i powoli się podniósł, otrząsając z siebie gruz i resztki mebli. W salonie, pod warstwą pyłu, leżały ciała. Parvati Patil, Bernadetta Heckler, Justin Finch-Fletchley, Peter Pettigrew. Spojrzał na zakrwawione zwłoki Lukrecji de Volaille. Na jej twarzy zagościł ogromny spokój, jakby odeszła w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
     Ron wygramolił się zza przewróconego stołu, Hermiona także zaczynała odzyskiwać przytomność. Wyglądało na to, że znowu cała ich trójka miała szczęście… Neville Longbottom pełzł po podłodze na czworakach. Dotarł do Zabiniego i próbował go obudzić. Murtaza az-Zahri także kuśtykał od jednej leżącej postaci do drugiej, sprawdzając, co dla kogo da się zrobić.
     Potter wstał i spojrzał na środek salonu. Czarny kamień, do którego wcześniej przykuto Malfoya, rozpadł się na pół. Obok spoczywało ciało Voldemorta, skurczone i jakby nadpalone, różdżka Lukrecji ciągle sterczała z jego mostka.
       Draco dygotał pod ścianą. W oczach miał łzy, a na ustach szalony uśmiech. Nagle zerwał się, chwycił kij golfowy, który mu akurat leżał pod nogami. Rzucił się na Voldemorta i dał upust wszystkim swoim emocjom.
- This is what happens! – krzyczał, łojąc Czarnego Pana z całej siły. – This is what happens! When you! Fuck! A stranger! In the ass!!!
- Dosyć, Draco – Harry zmęczonym gestem złapał go za ramię. – To już koniec. Wygraliśmy. Tak mi się przynajmniej wydaje…
       Malfoy odrzucił kij. Stał na środku pomieszczenia, wciąż nagi i wciąż dygoczący, ledwo trzymał się na nogach. Nie miał już na kostce zielonej bransolety. Z lękiem wypatrywał swoich rodziców wśród leżących ciał, ale nigdzie nie było ich widać. Hermiona podeszła i owinęła Dracona kawałkiem okiennej zasłony.
- Już dobrze… - powtarzał Draco obsesyjnie. – Już wszystko dobrze. Wracamy do domu…


piątek, 11 października 2013

Rozdział 26


      Draco leżał w białej, miękkiej, świeżej pościeli. Czuł się w pełni szczęśliwy, nie miał potrzeby iść gdziekolwiek czy cokolwiek robić. Potter przysunął się, obejmując go ramieniem. Draco przylgnął do niego jeszcze bliżej, poczuł ciepło jego ciała. Owinął talię Złotego Chłopca uściskiem swej ręki i spojrzał w jego zielone oczy.
- Kocham cię, Harry – powiedział.
- Ja też cię kocham, mój smoczusiu – odrzekł Potter, a Malfoy nagle poczuł coś, co przekonywało go, że jego uczucie jest ogromne.
      Ich usta się spotkały, namiętność wypełniła wszystko dookoła. Draco widział, że Harry tego chce. Ujął go dłońmi za twarz, zatopił się w pocałunku jeszcze głębiej. Wreszcie wsunął język. Usta Pottera były tak rozpalone… Dłonie Malfoya też nie wytrzymywały napięcia. Błądziły po ciele Złotego Chłopca, wędrowały coraz niżej… Draco naparł swoim spragnionym ciałem na Harry’ego…

      …I otworzył oczy. Kurde balans! To był tylko sen…
    Draco zwlekł się z łóżka i zaczął smętnie zakładać spodnie. Dzięki Szóstemu Domowi udało mu wyślizgnąć się ze szponów śmierciożerstwa. Ale co dalej? Niedawno sowa przyniosła mu list od rodziców. Powiadomili go oficjalnie, że został wydziedziczony, oraz z iście malfoyowską delikatnością dali mu do zrozumienia, żeby im się nie pokazywał na oczy. Nie, żeby nie przewidywał, że tak będzie.
       Ale Potter! Draco sądził, że przynajmniej Potter go przygarnie. Miał nadzieję, że się zgodzi, przecież w ostatnim czasie tyle ich łączyło… A Harry powiedział, że nie jest gotowy. Przez ostatni tydzień wręcz unikał towarzystwa Dracona. Ot i masz wychowanie Malfoyów! Draco był przyzwyczajony, że nikt mu nie odmawia, a tu nagle wystarczyło, żeby Harry odrzucił jego propozycję – i już świat wydawał się sypać w gruzy.
       Malfoy skończył się ubierać i poszedł na pierwszą lekcję, ze spuszczoną głową, powoli. Nie zostało mu już nic – ani rodziny, ani pieniędzy. Tylko miłość mogła go uratować…


Severus Snape siedział w swoim gabinecie. Miał właśnie okienko, więc mógł się spokojnie oddawać swojemu ulubionemu hobby – nurzaniu się we frustracji. Wyciągnął różdżkę i prasnął zaklęciem w stojący na najbliższym stole kociołek, aż wywinął młynka w powietrzu i spadł z brzękiem na podłogę. Snape przez dłuższą chwilę utrzymywał zaklęciem kociołek w stanie wirowania na płytach posadzki, a kiedy mu się znudziło, kopnął go w kąt gabinetu.
Już prawie się udało! Już Weasley i inni byli bliscy załamania na skutek jego przemyślnych prowokacji! Ale akurat wtedy, kiedy odkrycie tajemnicy ostatnich wydarzeń w Hogwarcie znalazło się w zasięgu ręki, Dumbledore wysłał go na L-4, psując cały plan w krytycznym momencie. Zaraz, a może dyrektor też jest w tym spisku? To bardzo możliwe… To by tylko jeszcze bardziej potwierdzało rzecz, której się Severus domyślił: w szkole istnieje jakaś tajna struktura i być może jest to reaktywowany Klimpfjall.
Stary Albus może myśleć, że jest sprytny, ale Snape nie zamierzał składać broni. Dojdzie do ukrytego sensu tego wszystkiego, co się ostatnio dzieje w Hogwarcie. Nobody fucks with the Severus!
Miał już przygotowaną kolejną prowokację. Napisał kredą na ścianie koło sali do transmutacji: „SNAP JEST GUPI I ZA JAJA GO”, tylko jeszcze nie wiedział, na kogo zwali winę. Weasley? Nie, wszyscy już i tak sądzą, że on się na Weasleya uwziął. A może by tak Malfoya? Też bez sensu. Wlepił mu już kilka szlabanów i nic… Trzeba uderzyć w kogoś mniej oczywistego.


        Na kolejnej przerwie Draco Malfoy znowu przemierzał dziedziniec Hogwartu. W ostatnich dniach lubił robić okrążenia. To go trochę uspokajało, chociaż nie rozwiązywało jego problemów.
      Miał już obsesję na punkcie Pottera. To była pod pewnymi względami bardzo fajna obsesja, ale z drugiej strony dość męcząca. Po prostu szaleńczo pragnął być z nim. Ale jak to zrobić?
        A gdyby tak zmienił się w dziewczynę? Na pewno istnieją jakieś zaklęcia albo eliksiry. Pewnie mało kto umie z nich korzystać, najpewniej są bardzo drogie, ale Draco mógłby oddać wiele, żeby tylko być z Potterem. Skoro nawet mugole potrafią zmienić faceta w babkę, to czarodzieje tym bardziej powinni mieć na to sposoby, i to jeszcze doskonalsze. Transmutacja? To hasło przywiodło mu na myśl postać Kasandry Swiftsure. Panna była w tym naprawdę dobra, ale biorąc pod uwagę, że kręci się wokół Pottera, zresztą dość nieudolnie, Malfoy nie powierzyłby jej tak delikatnego zadania. Jeszcze spędziłby resztę życia jako fretka… Zresztą porządna przemiana w dziewczynę to coś, czym na  pewno zajmują się wyspecjalizowani fachowcy. Draco miał pewność, że byłby cholernie seksowną dziewczyną. Ale co, jeśli Harry wolałby go takim, jakim jest? Przecież akceptacja to jedno z naczelnych haseł Szóstego Domu…
Krążył więc po dziedzińcu i naraz przed oczami stanęła mu zielona łąka pełna soczystej, smacznej trawy… Zaraz, smacznej? Nieważne… No i razem z Potterem, po tej łące, trzymają się za ręce i w podskokach, i Potter ma wianek na głowie… Że wizja ta jest przerażająco wręcz kiczowata? Kogo to obchodzi! To jest jego wizja, jego marzenie, którym nie zamierza się dzielić z nikim. Gdyby jednak jakimś cudem mu się udało być z Harrym, bieganie po łące będzie tylko jedną z możliwości spędzania wolnego czasu.
Aaah Harry… Chociaż już przynajmniej dwa razy byli ze sobą naprawdę bardzo blisko, Draco jeszcze nie miał okazji utrwalić sobie w pamięci jego ciała. Ciekawe, czy Potter czasami wyobrażał sobie jego? Czy w ogóle czasem o nim myślał pozytywnie? Powiedział, że nie jest gotowy na związek, ale może tylko tak mówił, bo sam się wystraszył…
Rozważania Smoka przerwał nagle Goyle, który wylazł na niego zza filaru.
- Tej, Malfoy, jest do ciebie interes – powiedział.
- Nie gadam z wami – Draco odwrócił się do niego plecami i poszedł dalej.
        Gregory jednak dogonił go, przecinając mu drogę.
- Słuchaj – powiedział. – Bo tu chodzi o ciebie.
- To wal, czego chcesz, Goyle – rzekł Malfoy zniecierpliwiony.
- Mamy z Crabbe’em taki maleńki biznes – Ślizgon potarł znacząco kciuk o palec wskazujący. – I chcemy, żebyś się dołożył.
- Dołożył? – z pogardą powtórzył Draco. – I co z tego będę miał?
- Milczenie – Goyle uśmiechnął się sprośnie.
- Co znowu za milczenie? I tak z wami nie gadam.
- Bo wisz, Draco – ciągnął pałkarz Slytherinu. – Ciekawe, co powiedziałby twój stary, gdyby usłyszał, że jesteś nie tylko zdrajcą krwi, ale w dodatku zwyczajną parówą. Więc dajesz nam dwieście funtów, a my milczymy w tym temacie. I co. Wchodzisz w to?
        Malfoy poczuł się lekko dotknięty tak jawną zdradą dawnych kumpli, ale tylko lekko, bo w sumie to się spodziewał, że kiedyś nastąpi. Nie wiedział tylko, w jakiej formie.
- Nieźle mi się odwdzięczacie. Pamiętaj, że to dzięki mnie w ogóle trafiliście do tej szkoły, ty i ten drugi przygłup – powiedział.
- Mnie to wali – skontrował Goyle. – Teraz mamy lepszych kumpli. To co, trzysta funtów? Bo inaczej powiemy twojemu staremu, jaki z ciebie nędzny kukurdydza.
- Aleś ty głupi – odrzekł Draco. Zupełnie stracił resztki ochoty na jakiekolwiek dyskusje ze swymi eksprzybocznymi i poszedł dalej.
- Do ch... Wacława! – ryknął Gregory, doganiając Malfoya. – Naprawdę chcesz, żeby ci się krzywda stała? Możemy ci to załatwić!
       I zaraz sięgnął po różdżkę. Draco jednak był szybszy. Walnął zaklęciem w Goyle’a, aż tamten poleciał dziesięć kroków do tyłu i wtarabanił się w krzak. Potem platynowy odwrócił się na pięcie i poszedł dalej w swoją stronę.
- Pożałujesz tego, Malfoy! – krzyczał za nim Goyle. – Utniemy ci jacusia!
        Ale Draco nie miał zamiaru się nim przejmować.

           
W ostatnim czasie Kasandra Swiftsure i Cho Chang mocno się zaprzyjaźniły. Cho nie należała do Klimpfjallu, więc nie mogła uczestniczyć w ucztach w pokoju wspólnym Kluchonów, ale dziewczyny spędzały razem sporo wolnego czasu. W weekend wychodziły do Hogsmeade, a wieczorami Kasandra odwiedzała Cho w osobnym dormitorium, które Krukonka otrzymała jako rekonwalescentka. Siedziały zatem na sfatygowanej kanapie, przy niskim stoliku, i opowiadały o swoim życiu. Cho raczyła się przy tym ilościami jedzenia, które Kasandrze wydawały się zupełnie niewiarygodne.
Panna Swiftsure musiała przyznać, że poza wszystkim innym zyskała w Hogwarcie autentyczną przyjaciółkę. Z Cho dało się pogadać o wszystkim. Krukonka zwierzała się jej z różnych problemów swojego życia. Opowiadała o bólu po śmierci Diggory’ego, o dość nieudanej próbie związku z Harrym, a także, oczywiście, o swoich ostatnich przeżyciach. Kazała też sobie opowiadać historię wyprawy ratunkowej, w której Kasandra przyczyniła się do odzyskania jej duszy.
- A tak przy okazji, muszę ci powiedzieć, że masz wspaniałe zęby – przyznała w pewnym momencie.
- Dzięki. – odparła Swiftsure. - Uwierzyłabyś, że na czwartym roku w Durmstrangu nosiłam aparat?
- Coś takiego…
- Dokuczali mi z tego powodu – uśmiech na twarzy Kasandry zgasł.
- Przez aparat? Głupie ludzie. Taka sympatyczna dziewczyna…
- Nie tylko przez to. Trzymałam się tak trochę z boku, byłam najlepsza w żeńskiej drużynie quidditcha, no i się doczepili.
- Durmstrang ma żeńską drużynę quidditcha?
        Kasandra nagle roześmiała się.
- Nikt mi nie wierzy, jak o tym mówię! Harry też był taki zdziwiony! Ale cóż poradzić… Męska drużyna całkowicie nas przyćmiewała, ale jakoś dawałyśmy radę.
- Czekaj – przerwała Cho. – Z chłopaków najlepszy jest Krum. Czy on też ci dokuczał?
- Myślisz, że zazdrościł mi sukcesów? – Kasandra odchyliła się na oparcie kanapy. – Nie, Wiktor był za bardzo zajęty byciem gwiazdą. Zresztą w ogóle za dużo z nim nie miałam do czynienia.
- To czemu się do ciebie przyczepili?
- Wiesz, jak to bywa. Banda takich, co uważają się za fajnych i chcą wdeptać w ziemię wszystkich, którzy wyglądają na fajniejszych od nich.
        Umilkła na chwilę, sięgnęła po herbatę.
- No i się uwzięli – powiedziała wreszcie. – Nie dawali mi spokoju przez dwa lata.
- Nie powiedziałaś dyrektorowi? – zdziwiła się Cho.
- Powiedziałam – przytaknęła Swiftsure. – I nic nie zrobił. Zresztą czego się spodziewać po kimś takim…
- Karkarow – Krukonka przypomniała sobie nazwisko dyrektora Durmstrangu. – On był śmierciożercą, nie?
- Żeby tylko to – westchnęła Kasandra. – Byłam kiedyś na wyjeździe szkolnym w Bułgarii. Były spotkania ze starymi czarodziejami, którzy odtwarzali struktury, bo za komuny magia była tam nielegalna. Dowiedziałam się wtedy, że Georgi Karkarow, pseudonim „Igor”,  był współpracownikiem bułgarskiej bezpieki. Donosił władzom na innych czarodziejów, niektórzy trafili przez to do więzienia albo byli zmuszani do służenia członkom partii.
- Kim trzeba być, żeby jednocześnie należeć do śmierciożerców i wysługiwać się mugolom? – rzekła zdumiona Cho.
- No widzisz – Kasandra wzruszyła ramionami. – W każdym razie nie mam z Durmstrangu miłych wspomnień. Cieszę się, że jestem z wami w Hogwarcie.


We czwartek Kluchoni urządzili kolejną ucztę. Ogromnym powodzeniem cieszył się sernik, na który przepis Parvati Patil podrzuciła do kuchni. Przyjmowała więc teraz hołdy od uczniów Klimpfjallu, wychwalających jej gust kulinarny. Nawet dziewczyny, które krzywo na nią patrzyły z powodu chodzenia z Murtazą, musiały przyznać, że sernik był przepyszny. Inni Kluchoni siedzieli, leżeli, kąpali się w basenie. Pokój wypełniała muzyka harfy i klarnetu, a Blaise Zabini śpiewał: „Zachodni wiatr spierniczył Snejpa z dachu”.
Draco siedział na stercie poduszek, oddalony nieco od Harry’ego i trójki jego przyjaciół. Z perwersyjną i bolesną fascynacją, tak, jak dotyka się rany, żeby sprawdzić, jak bardzo boli, przyglądał się Kasandrze Swiftsure, starając się ustalić, czy jest ona z Potterem, czy jednak nie. Rozmawiali normalnie, w towarzystwie Rona i Hermiony, ale Malfoy z drżeniem w sercu oczekiwał, że w końcu nadejdzie ten moment, kiedy zaczną w jakiś sposób okazywać sobie uczucia… Wtedy chyba pozostanie mu wyjść z pomieszczenia.
Nadszedł Neville Longbottom.
- A czemu ty, Malfoyu, ostatnio nie grasz na perkusji? – zapytał, siadając obok Dracona. – Całkiem nieźle ci szło.
- Wyszedłem z wprawy – Draco wzruszył ramionami. – Nie było kiedy ćwiczyć. Zresztą teraz mam co innego na głowie. Poza tym Theo Nott jest i tak lepszy.
- Ale nie na bębnach – sprzeciwił się Longbottom.
- Hej, Neville, ty nowy następco barda Beedle’a! – zawołał Ron. – Chodź no do płota, bo przeczytałem twoje najnowsze wypociny!
- Taak? – zapytał Longbottom ironicznie. – I cóż, waszmość Weasleyu, oszołomił cię mój talent?
- Spadłem z krzesła! – odparł rudy.
         Tymczasem do grupki ucztujących podeszła profesor de Volaille.
- Panie Potter, panno Swiftsure – przemówiła. – Czy mogę prosić o chwilę uwagi?
       I już po chwili Harry i Kasandra wstali z miejsc i poszli za Lukrecją. Draco, tknięty nagłym niepokojem, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i podążył za nimi korytarzem.
      Opiekunka Kluchonów wraz z obojgiem prefektów dotarła do zakątka, którego Malfoy zupełnie sobie nie kojarzył, chociaż musiał tamtędy przechodzić wiele razy. Coś mu się majaczyło, że do niedawna stał tam kredens, ale teraz mebel został wyniesiony, odsłaniając mahoniowe drzwi.
- Widzicie? – zapytała Lukrecja de Volaille. – Kiedy dyrektor kazał zabrać kredens do naprawy, okazało się, że są tu jakieś ukryte pokoje. To musi być sypialnia prefektów Szóstego Domu!
       Słysząc słowo „sypialnia”, podsłuchujący Draco o mało nie zemdlał. Można było łatwo przewidzieć, do czego to wszystko zmierza…
- I to znaczy… Że my tu będziemy mieszkać? – zapytał rozkojarzony Potter.
- Murtaza az-Zahri raczej nie spodziewa się wrócić na stanowisko – powiedziała nauczycielka. – To oznacza, że ten pokój jest wasz. Chodźcie, zobaczymy, jak to wygląda w środku.
      Wyjęła zza dekoltu klucz, otworzyła drzwi, po czym wpuściła Harry’ego i tę Gryfonkę do środka. Sama weszła na końcu. Trzask zamykanych drzwi do sypialni prefektów odezwał się głuchym grzmotem w slytherińskim sercu niewidzialnego Draco Malfoya…

Dziś mija rok od opublikowania pierwszego rozdziału na tym blogu. Trudno uwierzyć, że udało mi się wytrzymać tak długo :D Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelniczek! :***

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 12


       Harry obudził się z bólem głowy. Czuł chłód, bo leżał na posadzce, tylko jego głowa spoczywała na czyichś kolanach. Otwierając oczy, napotkał niekompletne spojrzenie Alastora Moody’ego. Zdziwił się, że Szalonooki trzyma sobie jego głowę na kolanach, lecz potem wróciła mu zdolność logicznego myślenia i zdał sobie sprawę, że jest to fizycznie niemożliwe, gdyż Moody siedzi w pewnej odległości od niego. Harry spojrzał w górę. Osobą wspierającą jego rozbity czerep była Kasandra Swiftsure. W jej oczach krył się smutek, który akurat w tych okolicznościach był całkiem na miejscu.
      Korytarz był cały zasłany zwłokami o szarej skórze. Filch wraz z kimś innym wynosił trupy napastników. Potter bez trudu dostrzegł, że zwycięstwo nie przyszło łatwo. Nieopodal leżała Krukonka, którą kojarzył z uczt jako malarkę; wpatrywała się w przestrzeń nieruchomym, szklistym spojrzeniem. Pod ścianą jakaś dziewczyna płakała rozdzierająco, a chłopak ciągnął potężnie z butelki, gdy pani Pomfrey zakładała mu opatrunek. W głębi ktoś próbował usunąć rozwalone meble i odstawić na miejsce te, które jeszcze się nadawały.
- Przyszedłeś do siebie, chłopcze – Moody spojrzał na Harry’ego swym okiem. – Miałeś dużo szczęścia. Tamto zaklęcie by cię zabiło, gdyby ta młoda dama nie odepchnęła cię z jego drogi.
      Kasandra lekko się zarumieniła, ewidentnie nie chciała, aby robiono z niej bohaterkę. Dłoń położyła na czole Pottera, ostrożnie, aby nie urazić guza.
Nadszedł Ron Weasley. Prawą rękę miał obandażowaną.
- Jesteś! – zawołał na widok Harry’ego. – Wszyscy się o ciebie martwiliśmy.
- Co z pozostałymi? – Potter nie pozwolił mu powiedzieć więcej. – Hermiona? Draco?
- Hermiona doznała lekkich odmrożeń – wyjaśnił Ron. – Malfoya cięli sztyletem po żebrach, ale powierzchownie, szata wyhamowała ostrze. Chyba nikt nie wyszedł z tej bitwy bez obrażeń.
- Co z Cho? – Harry nagle przypomniał sobie jej bolesny krzyk i powykręcane ciało.
- Niedobrze – Ron posmutniał. – Mocno oberwała, zawieźli ją do szpitala. Jest w śpiączce. Uzdrowiciele mówią, że jej stan jest ciężki, ale stabilny. Na razie nie potrafią nic więcej poradzić, mają pełne ręce roboty z innymi rannymi.
- Ale pokonaliśmy ich? – dopytywał się Harry.
- Tak, udało się – Weasley pokiwał głową. – Zaraz po tym, jak zaliczyłeś glebę, zrobiło się naprawdę niewesoło. Dzięki Merlinowi, że profesor Moody akurat był w szkole. Bez niego nie dalibyśmy rady. Zresztą i tak było ciężko, bo przeciwnicy ciągle dochodzili i dochodzili.
Harry stłumił chęć wygłoszenia nieprzyzwoitego kalamburu, który przywiodło mu na myśl ostatnie zdanie przyjaciela. Zamiast tego zwyczajnie zapytał, co było dalej.
Nawet po przybyciu Moody’ego sytuacja wyglądała poważnie. Na szczęście komuś udało się ocucić profesor de Volaille, a ona, jakimś cudem, zamknęła portal, przez który wpadali napastnicy. Szalonooki poprowadził obrońców do gwałtownego kontrataku i wyrzucił szaroskórych z zamku na błonia. Tam już Hagrid poszczuł napastników akromantulami. W końcu przeciwnik został zepchnięty do Zakazanego Lasu, gdzie już centaury i dementorzy mieli mu wyrobić papiery.
      Potter zaczął wstawać. Kasandra podtrzymywała go delikatnie, ale pewnie. Mimo wszystko zastanawiało go jeszcze jedno – to samo, co zapewne wszystkich innych:
- Ale kto to właściwie był?
- Wszyscy się nad tym zastanawiamy – rzekł Moody. – Profesor de Volaille mówi, że elfy.
- Bez jaj! – rzucił zszokowany Ron. – Nie powiecie mi, że to coś, co wyglądało jak kałamarnica w ornacie, to też elf.
- Nie wiem, co to było – pochylił głowę Szalonooki. – Ale to usmażyłem.
          Przybiegł Neville Longbottom.
- Wszyscy nasi do sali zaklęć! – zawołał. – Dumbledore nakazał zbiórkę!
          Harry smętnie szedł korytarzem, ciągle mając przed oczami Cho Chang, jej nienaturalnie wykręcone nogi i wyraz bólu na twarzy. Gdyby zareagował szybciej na wołanie o pomoc, może by ją uratował. A teraz wszystko w rękach uzdrowicieli…
       Z naprzeciwka nadszedł Draco Malfoy z Zabinim i Hermioną. Przez niedopiętą koszulę widać było zwoje bandaża. Draco, jakby bledszy niż zazwyczaj, podbiegł do Harry’ego, chwycił go w ramiona. Wobec ataku tajemniczych nieprzyjaciół scena taka nikogo właściwie nie dziwiła, zresztą Hermiona już czekała w kolejce.
- Cieszę się, że cię widzę, Potter – szepnął Malfoy, krzywiąc się z bólu od nacisku na ranę. – Nie możesz sobie wyobrazić, co czułem, kiedy straciłeś przytomność.
- Słyszałem, że też dostałeś – Harry obrzucił go wzrokiem.
         Draco wzruszył ramionami.
- Chętnie ci pokażę tę bliznę na osobności – zapowiedział, nonszalancko mrugając. – Oczywiście wtedy, kiedy to wszystko się uspokoi.
        Zaraz potem pochwycił ciężkie spojrzenie Kasandry i pod jego naporem odsunął się od Harry’ego, którego z kolei Hermiona złapała w ramiona.
- To desant z innego świata – powiedziała.
- Wiesz coś więcej? – Harry byłby w tej chwili gotów gołymi rękami rozwalić jakiś mur w zamian za informacje.
- Tylko tyle, co wspominała profesor de Volaille – oznajmiła Granger. – To wszystko się jakoś wiąże z mydłem słodowym.
- Co ty powiesz? – Kasandra podeszła bliżej, stając ostrożnie między Harrym a jego przyjaciółką. Potter zauważył, że jest jakby bardziej pewna siebie, niż przedtem.
- Wychodzi na to – ciągnęła Hermiona - że pomiędzy naszym światem a tym, z którego przybyli napastnicy, możliwe jest podróżowanie. Czasem małe szczelinki między światami powstają samorzutnie, i to właśnie przez nie wpadają te mydła. Zjawisko odnotowano co najmniej w trzech miejscach: u nas, w Bobatonie i gdzieś w Bułgarii. Odpowiednio wyszkolony czarodziej może otworzyć większy portal, chociaż to bardzo trudne. Przez taki zaatakowały elfy, o ile to rzeczywiście były elfy. Zresztą nasza opiekunka pewnie powie nam więcej.

        Lukrecja de Volaille, której ciągle kręciło się w głowie po tym, jak oberwała zaklęciem, podążała wraz z Albusem Dumbledore’em na miejsce zdarzenia. Wszyscy byli przybici zarówno nagłym atakiem, jak i poniesionymi przez Hogwart stratami wśród uczniów.
- Czworo zabitych – stwierdził ze smutkiem dyrektor. – Kilkanaście osób trafiło do św. Munga. Cena naszego zwycięstwa była za wysoka…
     Jakby sama śmierć nie była wystarczającym nieszczęściem, czeka go jeszcze rozmowa z rodzinami zabitych i rannych, organizacja pogrzebu, stworzenie oficjalnej wersji wydarzeń dla opinii publicznej… Potoczył wzrokiem po ścianach pokrytych sadzą i krwią.
- Do tego trzeba doliczyć koszty remontu – zauważył, byle tylko zająć myśli czymś innym. – Odnowienie ścian i podłogi, zakup nowych mebli…
- I jeden z nich nasikał na dywan! – wtrącił się wściekły Filch.
       Weszli do sali zaklęć: Dumbledore, de Volaille oraz Moody. Woźny został na korytarzu i pilnował drzwi. W środku zgromadzony był już prawie cały Klimpfjall. Czekać na resztę? Nie, przypomniał sobie dyrektor. Reszta to straty.
- Drodzy Kluchoni – westchnął. – Nie zamierzam wam ogłaszać, że Hogwart został zaatakowany, skoro, jako jego obrońcy, wiecie o tym najlepiej. Właściwie produkować się tu będzie głównie profesor de Volaille. Mam tylko jedną prośbę, a w zasadzie nakaz: o tym, co tu zostanie powiedziane, nie powinien się dowiedzieć nikt oprócz tych, którzy i tak wiedzą o istnieniu Szóstego Domu. Profesor Umbridge, mimo wszystko, także nie powinna. Profesor Moody miał również pozostawać w niewiedzy, ale tak się złożyło, że dowiedział się o tym, że tak powiem, na ostro. Pani profesor…
        Dumbledore usunął się na bok, a Lukrecja stanęła na środku pomieszczenia.
- Zapewne niektórzy z was już słyszeli, że napastnikami były elfy – zaczęła. – I w dodatku przybysze z innego świata. Z tym się wiąże druga rola Szóstego Domu. Mieliśmy nadzieję, że na razie nie będzie potrzebna. Cóż, okazało się inaczej. Zwróćcie uwagę: wiedzieliście od razu, w którym miejscu zamku nastąpił atak?
      Wśród uczniów dał się słyszeć szum. Rzeczywiście, wszyscy niemal równocześnie usłyszeli wołanie o pomoc i pobiegli w odpowiednie miejsce.
- Zaczęło się to wieki temu – ciągnęła de Volaille. Widać było, że mówi mało składnie, jest poruszona tym, co się zdarzyło – W innym świecie była wyspa zwana Porannym Wiatrem…
- Co za idiotyczna nazwa – szepnął Ron.
- Nie bardziej, niż Wieprzowe Kurzajki – odpowiedział mu Harry i wrócił do słuchania nauczycielki.
- …zamieszkana przez elfy o szarej skórze i czerwonych oczach. Rządziło nimi pięć wielkich rodów. Szósty, ród Dagoth, dążył do pokonania pozostałych przez mord, zdradę i odrażające, zakazane rytuały. Był w nim jednak młody elf, Dagoth Dreyfus, który miał dość zła czynionego przez swoich krewniaków. Chciał tylko żyć pełnią życia, zaspokajać pragnienia swoje i innych. Zerwał więzi z rodem Dagoth i uciekł przez portal do naszego świata. Akurat w sam raz, by spotkać założycieli Hogwartu. Stał się najlepszym przyjacielem Klausa Klimpfjalla, który, jak pamiętacie, o mało nie został narzeczonym Helgi Hufflepuff. Okazało się jednak, że słudzy rodu Dagoth przekroczyli granicę światów, by ukarać odstępcę.
Wtedy Dreyfus i Klimpfjall postanowili utworzyć dodatkowy, tajny dom w Hogwarcie. Szósty Dom jako przeciwieństwo Szóstego Rodu, zresztą w niektórych językach te pojęcia brzmią tak samo. Z jednej strony służący hedonizmowi i samorealizacji, ale o tym już wiecie, a z drugiej – będący linią obrony na wypadek, gdyby słudzy rodu Dagoth znów wdarli się do naszego świata. Jak widać, już się wdarli, i są poważne podstawy, aby sądzić, że działali w sojuszu z Voldemortem.
Zapanowała konsternacja, jednak gwar szybko ucichł, bo wszyscy chcieli się dowiedzieć więcej.
- Jako uczniowie Szóstego Domu, błyskawicznie zareagowaliście na atak – powiedziała de Volaille. – Tak miało być. Kiedykolwiek najeźdźcy z rodu Dagoth znowu wejdą do naszego świata, Kluchoni dowiedzą się pierwsi.
        Spojrzała na Dumbledore’a, jakby szukając potwierdzenia.
- Atak już nastąpił, ale w każdej chwili może dojść do kolejnego – przestrzegła Kluchonów. – W związku z tym, korzystając z pełnomocnictw, które otrzymałam w Ministerstwie Magii, nadaję wam wszystkim status aurorów pomocniczych. Na naszych barkach spoczywa ochrona Hogwartu przed rodem Dagoth. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte.
        Tym razem wzrok Lukrecji zatrzymał się na Harrym.
- Niestety, wasz prefekt Murtaza został poważnie ranny i trafił do szpitala – powiadomiła. Kilka dziewczyn załkało. – W związku z tym mianuję nowych prefektów. Panie Potter, panno Swiftsure, mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie. A właściwie nas wszystkich.
        Na koniec jeszcze zabrał głos Dumbledore.
- Moi drodzy, bardzo ważna rzecz. Nie dajmy się zastraszyć. Trzeba zwiększyć czujność, ale niech to was nie odwiedzie od normalnego szkolnego bytowania. Niech przeciwnik widzi, że nie jest łatwo nas złamać.

czwartek, 1 listopada 2012

Rozdział 8


      Po kilku tygodniach uczniowie Klimpfjallu przyzwyczaili się już do specyficznych warunków panujących w ich ukrytym domu. Kluchoni ze stoickim spokojem znosili punkty karne oraz ewentualne szlabany. Coraz mniej też dziwił wszystkich fakt, że niektórzy uczniowie lubią latać nad Zakazanym Lasem. Każdy taki przypadek był zgłaszany do dyrektora, Dumbledore zaś załatwiał sprawę dyskretnie – Kluchonów zwalniał ze szlabanu, a pozostałych nie. Lukrecja de Volaille udzielała swoim podopiecznym dodatkowych lekcji, na których uczyła ich specjalnych zaklęć oraz alternatywnych zastosowań dla tych już znanych, na przykład, jak używać Patronusa do zwalczania depresji.
     Nie wszystko jednak było normalnie. Co jakiś czas dochodziło do konfliktów pomiędzy uczniami przydzielonymi do Szóstego Domu a ich kolegami z poprzednich domów. Draco Malfoy unikał Crabbe’a i Goyle’a, a raz nawet otwarcie na nich nawrzeszczał. Harry nie wiedział, czy Draco rzeczywiście chciał z nimi zerwać, czy raczej miał do nich pretensje, że psują mu kamuflaż.
Snape też zachowywał się jak nie on. Po Hogwarcie zaczęła chodzić plotka, że pójdzie na urlop zdrowotny, a w jego zastępstwie nowym opiekunem Slytherinu ma zostać niejaki Rosół.
Pogłosek było tyle, że w końcu Rita Skeeter zainteresowała się sytuacją w Hogwarcie. W ostatnich dniach często kręciła się w okolicy zamku, a nawet zdarzało się widzieć ją wewnątrz.
- Tylko patrzeć, jak ta pismaczka dogrzebie się do tajemnicy Szóstego Domu – mruknął Ron Weasley. Niezbyt rad widział Skeeter, ponieważ w ostatnich latach często zaczepiała go na korytarzu, zadając głupawe pytania. W dodatku mieli z nią do czynienia jego bracia: próbowała poderwać Charliego, a Percy’emu wypiła piwo, gdy w pubie „Pod Trzema Miotłami” nieopatrznie odwrócił się plecami do kontuaru.
- Nie ma obawy – pocieszyła go Hermiona. – Klimpfjall istniał przez setki lat, miał teraz kilka dekad przerwy. Gdyby to było takie łatwe…
- Przypomniało mi się – oznajmił w pewnym momencie Ron. – Któregoś razu szedłem korytarzem, a tu stoi Kasandra i skrobie w notesie. Pamiętałem, co bredził Malfoy, i… no, samo się spojrzało jej przez ramię. Ona pisze wiersze!
       Harry i Hermiona wręcz zamarli.
- No widzisz – uśmiechnęła się Granger. – Malfoy ze wszystkiego robi spisek.
- Tak go wychowali – uznał Weasley. – Nie wpatrywałem się jakoś szczególnie, ale wiersze! Nie dość, że ma te swoje zęby, to jeszcze poetka!
      Harry zamyślił się. Wyglądało na to, że Swiftsure wpadła w oko także i Ronowi, zaś Potter nie czuł się z tym zbyt komfortowo. I to, że się tak czuł, było dla niego pewnym zaskoczeniem…

      Wieczorem znów odbyła się uczta w pokoju wspólnym. Harry tym razem przyszedł lekko spóźniony po jakimś szlabanie. Pod sufitem lewitował przebudzony po siedemdziesięcioletniej przerwie Obleśny Jermołaj, duch Szóstego Domu – cień wielkiego, barczystego brodacza w rozchełstanej na piersiach koszuli. Po ścianie spływała kaskada wina, z której Kluchoni nabierali kielichami.
    Prefekt Murtaza siedział na szczycie sterty poduch sięgającej prawie pod sufit i z radością obejmował pękaty dzban. Parvati Patil – Harry nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest Kluchonką – leżała na podłodze, bezwładnie przewalając się z boku na bok i bełkocząc przekleństwa w języku angielskim, szkockim, bułgarskim i gudźarackim. Zabini tym razem miał wolne od grania i gdzieś z boku brutalnie eksplorował czyjąś kobiecość, za to na scenie stała Marietta Edgecombe z fletem poprzecznym i jakiś Krukon ubrany jedynie w muszkę i akompaniujący na wiolonczeli. Muzyka była łagodna, nie dawała tak do pieca jak wyczyny Malfoya i jego bandu. Niektórzy uczniowie próbowali śpiewać do muzyki, ale nie mogli się zgodzić co do słów i melodii, i tak Theo Nott śpiewał: „I’ll make love to you in all good places, under black mountains, in open spaces”, a równocześnie Justin Finch-Fletchley darł się: „Evo zore, evo dana, evo Jure i Bobana”.
Hermiona nabrała nagle smaku na owoce. Podeszła do stołu zastawionego kryształowymi paterami i zaczęła z apetytem wcinać jabłka, śliwki, czereśnie, gruszki, pomarańcze, gejfruty, brzoskwinie, nektarynki, arbuzy, awokada, marakuje, pitangi i jambosy. Ron nalał sobie żołądkowej gorzkiej, zaś Harry zaczął się rozglądać, czy gdzieś tu przypadkiem nie ma Kasandry.
Od strony korytarza przyszła Lukrecja de Volaille ubrana w czarny żakiet i brązowe spodnie. Jej pełny biust falował niczym Dunaj, włosy po lewej stronie były czarne jak smoła, a po prawej przypominały odcieniem autentyczną wiewiórkę. Stanęła na środku pomieszczenia i wyjęła różdżkę.
- To dla was, moi Kluchoni! – zapowiedziała. – Oby nic nie powstrzymało waszego dążenia do szczęścia!
       Wycelowała różdżką w ścianę, a wówczas spory fragment odsunął się, odsłaniając… basen. Utrzymany w estetycznym śliwkowym kolorze, wypełnion był on parującą wodą z gorących źródeł.
       Na ten widok Kluchoni zaczęli skakać do wody. Prawie nikt nie spodziewał się takiej atrakcji, więc nikt nie miał kostiumu kąpielowego, ale mało komu to przeszkadzało. Jedni rozebrali się błyskawicznie, drudzy już przedtem byli rozebrani, a byli i tacy, którzy radośnie wskakiwali do basenu w ubraniu. Uczniowie Szóstego Domu zaczęli się taplać, brzechtać, pływać, a nawet poznawać w gorącej wodzie. Niektórzy kładli tace na brzegu i kontynuowali suty posiłek. Murtaza az-Zahri znów zmienił się w ośmiornicę, ale dla odmiany, zamiast obmacywać, czy wręcz obmackowywać koleżanki, pruł sobie rekreacyjnie z jednego końca basenu na drugi, po drodze pilnując, czy ktoś się nie topi, lub pomagając kolegom w otwieraniu słoików z konfiturami.
Nie wszyscy wskoczyli do wody. Na brzegu, przy stole, Ron kłócił się z Longbottomem.
- Mówię ci, Neville, że ohydne jest śpiewanie „Wina, wina, wina, wina dajcie” zamiast „Wina, wina, wina, dajcie” – argumentował.
- No jak to? – Longbottom był zdziwiony. – Przecież im więcej wina, tym lepiej.
- Nie ilość, lecz jakość – powiedział Weasley. – Cztery razy nie brzmi.
- Ale powinno być cztery razy „wina”, bo są cztery domy w Hogwarcie.
- Po pierwsze, jest pięć – Ron był nieubłagany. – Po drugie, wsadź se ideologię, gdyż przy śpiewaniu cztery razy „wina” robi się z tego jakiś rap, a nie ukraińska nuta dzika, zapomnianej dumy echo, która cieszy serce samotnika i błogą, rajską tchnie pociechą.
- Nie, Ron, ty się nie znasz na muzyce.
- Wręcz przeciwnie, Longbottom, to ty się nie znasz na literaturze. Założę się, że nawet nie odróżniasz narratora od podmiotu lirycznego.
- Cooo, jaaa?! – Neville poczuł się urażony. – I kto to mówi, jak ty nie masz zielonego pojęcia o poezji. Jak ostatnio na orgii dyskutowaliśmy o twórczości tego białoruskiego poety Apollinaire’a, to bredziłeś jakieś kompletne lukumony na temat interpretacji!
- Bo istnieje tylko jeden klucz do jego poezji, i każdy z nas ma go między nogami! – Ron nie ustępował. – Maniaku Calderona! A jakim prawem ty twierdzisz, mać twoją za nogę, że znasz jedyną właściwą interpretację? No, sturba twoja zagwazdrana glątwa, skąd ty to wiesz, że moja jest gorsza od twojej?
- Słuchaj, Ron, nie chcę wywoływać żadnej świętej wojny, ale formalizm się skończył pół wieku temu – zauważył Neville. – Dziś mamy o wiele lepsze metody krytyki literatury niż w twoim ukochanym dwudziestoleciu!
- Powiedział, co wiedział. Robisz z siebie wielkiego znawcę poezji, a byle haiku nie umiesz napisać!
- Znalazł się fachowiec! Twoim zdaniem „Proust” rymuje się z „Faust”!
- E? Nie rozpoznałbyś klasycznego czterowiersza nawet, gdyby cię ugryzł w tyłek! Może jeszcze wyślesz te swoje wypociny do „Proroka Codziennego”?
- Ty cycu!
- Ty grajdole!
- Ty brandzlu!
- Ty zbuku gęsi!
- Ty snopowiązało!
- Ty flecie!
- Ty pierniku ty!
     Dyskusję o literaturze przerwał Murtaza, który wyczarował dla nich pętel kiełbasy na zgodę. Natomiast w basenie Justin Finch-Fletchley prowadził z Malfoyem wysoce erudycyjną i pouczającą konwersację o cyckach Parkinson. Draco zdecydowanie zgadzał się co do tego, że warto się na nie gapić, choćby po to, żeby nie patrzeć na jej twarz. Tymczasem Nott opił się eliksiru wieloskokowego i gwałtownie odbijał się między podłogą a sufitem niczym kauczukowa piłka. W pewnej chwili wpadł na estradę, potrącając Mariettę Edgecombe, która upadła na ziemię, a wiolonczelista z Ravenclawu puścił ohydnego koguta, jakby ktoś przejechał gwoździem po talerzu.
- Za karę dajesz mi gołego człona do ręki – powiedziała Marietta. Trudno powiedzieć, czy do Theo, czy do Krukona, ale raczej do tego drugiego, bo Nott tymczasem zdążył już kicnąć do basenu.
     Harry spoglądał na to z fascynacją, ale jakoś nie chciało mu się wchodzić do wody. Za to dostrzegł Kasandrę siedzącą na leżaku gdzieś pod ścianą. Jadła drożdżówkę, zatopiona w swoich myślach. Przysiadł się do niej.
- Cześć – zagadał. – Co słychać?
       Swiftsure uśmiechnęła się.
- W porządku – odpowiedziała. – Jeśli ci chodzi o tych łobuzów, to już się odczepili.
- Nie kąpiesz się?
- Nie lubię takiego owczego pędu – przyznała. – Może wejdę, jak się zrobi mniejszy tłok.
     Harry zauważył, że dziewczyna obraca coś w dłoni. Był to czarny, sękaty pręcik. Kasandra zauważyła jego spojrzenie.
- Moja różdżka – wyjaśniła. – Tarnina, dostałam w Durmstrangu za dobre wyniki w nauce.
- Z tarniny? – zdziwił się Harry. – Wygląda na dość niewygodną z tymi wszystkimi sękami.
- Kwestia praktyki – Swiftsure zakręciła różdżką młyńca. – Lepiej pomyśl, jak niewygodnie byłoby latać na tarninowej miotle.
- A wiesz, że widziałem taką – Potter przypomniał sobie wizytę w sklepie z miotłami na Pokątnej. – Produkcji irlandzkiej, nazywała się chyba Shillelagh-98. To musiał być produkt dla kolekcjonerów, a nie do latania. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto przy zdrowych zmysłach wsiadłby na taką miotłę. Chyba, że w bardzo, bardzo grubych wełnianych gaciach.
     Kasandra znów się uśmiechnęła. Właściwie mogłaby to robić cały czas. Mogłaby być zapięta pod samą szyję – a nie była, bo jednak górny guzik miała rozpięty – a i tak samym uśmiechem była w stanie wzburzyć krew Pottera.
- Może, jak będzie mniej ludzi w basenie – zaproponował Harry – wejdziemy razem?
- Idź pierwszy, ja do ciebie dołączę – odrzekła Swiftsure.
    Wymierzyła w niego różdżkę i zanim Złoty Chłopiec zdążył się zorientować, był już w powietrzu, a chwilę później chlupnął do basenu, przerywając Malfoyowi i Justinowi jakże pasjonującą konwersację. Zza pleców usłyszał śmiech jak srebrne dzwoneczki. Na brodę Merlina, to był JEJ śmiech… Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dotąd go jeszcze nie słyszał…

piątek, 19 października 2012

Rozdział 5


      Harry obudził się w swoim dormitorium w Hufflepuffie. Zupełnie nie pamiętał, żeby wczoraj pokonywał do niego drogę powrotną z pokoju wspólnego Kluchonów. Prawdę mówiąc, nie pamiętał też kilku innych rzeczy.
    Ron niedawno wstał i teraz siedział na łóżku. Nie wyglądał najlepiej: zmierzwione włosy, wykrzywiona twarz, czerwone i podkrążone oczy. Harry szybko doprowadził się do pionu.
- Ciebie też boli głowa? – Weasley spojrzał na Harry’ego z grymasem bólu, trzymając się za czoło.
- Wiesz, że nawet nie – Potter z niejakim zdumieniem zaobserwował, że raczej powinna.
- Nie na darmo nazywają cię Chłopcem, Który Przeżył – powiedział Ron z uznaniem, szukając w szafce soku pomidorowego.
     Kac, nie kac, na lekcje iść było trzeba. Później, na jednej z przerw, okazało się jednak, że Lukrecja de Volaille jest również uzdrowicielką. Kluchoni, których męczył ból głowy, ustawili się zatem w kolejce i opiekunka Szóstego Domu bez większego trudu pozbawiła wszystkich potrzebujących syndromu dnia następnego.
- Kac jest negatywem upojenia, tak jak każda przyjemność na tym świecie ma swój przykry rewers – powiedziała. – Do was, którzy kontynuujecie tradycje Klausa Klimpfjalla, należy znajdowanie sposobów, aby maksymalizować to, co przyjemne, a zmniejszać, co nieprzyjemne.
      W czasie lekcji Harry zastanawiał się, czy Kasandra Swiftsure też brała udział w uczcie. Jakoś jej wtedy nie widział… Z drugiej strony nie pamiętał też kłótni z Malfoyem, a dopiero Hermiona mu przypomniała, że coś takiego miało miejsce. Harry odkrył zresztą, że wspomnienia wczorajszego wieczoru docierają do niego z opóźnieniem, ale i tak doszedł do wniosku, że Swiftsure nie rzuciła mu się w oczy.
      Kasandra mu się podobała, nie było co do tego wątpliwości. Miała w sobie to coś, i na pewno nie chodziło tylko o urodę. Harry czuł, że jeżeli uda mu się odnaleźć klucz do tej tajemniczej dziewczyny, to oboje nie będą mieli czego żałować. Tylko jak to zrobić? I co właściwie miał na myśli Malfoy, oskarżając ją o szpiegostwo?
       Po lekcjach profesor de Volaille zabrała Kluchonów do Hogsmeade. Wyjaśniła, że ze względu na profil Szóstego Domu zezwala im się, w drodze wyjątku, latać na miotłach nad Zakazanym Lasem, ale tylko w wyznaczonych korytarzach powietrznych. Zaraz też zabrała ze sobą grupę z Ronem na czele, aby zademonstrować te szlaki. Harry nie mógł nie dostrzec, że Kasandra radzi sobie z miotłą równie dobrze jak Weasley. Podleciał do niej.
- Świetnie latasz – zagadnął.
- Dzięki – odpowiedziała Swiftsure. – W Durmstrangu byłam w drużynie quidditcha.
- Nie wiedziałem, że w Durmstrangu w ogóle dziewczyny grają w quidditcha – przyznał Harry z zawstydzeniem, przyglądając się dementorowi sunącemu gdzieś daleko pod nimi.
- A widzisz? – uśmiechnęła się Kasandra. – Latałam kilka razy nawet w śnieżycy. Nie jest to przyjemne doświadczenie, ale daję sobie radę!
- Czego Malfoy od ciebie chciał? – Harry zmienił temat, starając się wypaść w miarę obojętnie. – Zresztą nieważne, nie przejmuj się nim. W każdej szkole taki typ się trafia.
- Wiem… - spojrzenie Kasandry pociemniało, nie chciała mówić więcej. Zresztą nadeszła pora zawracania. Wykonali zwrot i wraz z innymi opuścili korytarz powietrzny, siadając na błoniach przed Hogwartem.

      Następnego dnia znowu odbyła się uczta. Chodziło o to, by Kluchoni realizowali swoje powołanie najczęściej, jak to możliwe. Tym razem Harry z Ronem i Hermioną przyszli w porę. Draco Malfoy znowu grał na perkusji i znowu był ubrany jedynie w bokserki i czapkę kolejarza, chociaż tym razem rozmieszczenie tych elementów było odwrotne. Harry od razu skierował kroki do stołu.
      Wyżerka była wspaniała. Tym razem Hermiona wrzuciła risotto, a Ron wziął dużą grubą porcję spaghetti. Harry zadowolił się tylko małą porcją pieczeni, bo jego uwagę przyciągnęły słodycze i ciasta. Praliny, trufle, orzechy w czekoladzie, orzechy bez czekolady, sernik, makowiec, tort z niezidentyfikowanym, ale bardzo dobrym różowym kremem… Nawet Draco skusił się na kawałek tortu, pozostawiając Diabła na estradzie z jego saksofonem.
- Coś mi gorąco – powiedziała Hermiona.
- To się rozbierz – odparł Weasley dosyć bezmyślnie, bo akurat był całkowicie pochłonięty jedzeniem, a właściwie odwrotnie - to on je pochłaniał.
        Hermiona wzięła jego uwagę na poważnie. Bardzo szybko zrzuciła cały strój i tak stanęła przed stołem. Zaraz dobrał się do niej jakiś osobnik, który miał na sobie jedynie fantazyjnie związany szalik Hufflepuffu. Wzięli się za uprawianie od tyłu, a Draco zasiadł za perkusją i zaczął bębnić im do rytmu. Ron patrzył na to przepełniony żalem i smutkiem, ale zaraz podszedł Neville Longbottom i podał mu szklankę pirytusu. Weasley przechylił jednym szybkim ruchem, po czym równie szybko przyjął ogórka. Tymczasem Hermiona ewidentnie zaczynała dochodzić. Na przeszkodzie stanął jej wszelako Finch.
- Chodź już, grzaniec ci stygnie! – zawołał do uprawcy i wyciągnął go z Granger. Sytuację natychmiast wykorzystała Marietta, która z wielkim znawstwem zaczęła się dobierać do Rudej. Harry patrzył na to z niedowierzaniem. W pewnej chwili wyobraził sobie na jej miejscu Umbridge  i poczuł, że w jego spodniach stanowczo brakuje miejsca. Dobrze mówił az-Zahri, nie było po co zakładać ich z powrotem. Harry już zaczął rozpinać pasek, gdy nagle zbliżył się do niego Teodor Nott z zapaloną sziszą.
- Buchnij se – zaproponował uprzejmie i podał Potterowi ustnik. Harry zaciągnął się dymem, a potem wypuścił go z płuc, z wielkim zainteresowaniem obserwując chmurkę dymu i kształt, jaki przybierała. Gdzieś tam w głębi dostrzegł Kasandrę Swiftsure. Siedziała pod ścianą i wolno sączyła drinka, nie rozmawiając z nikim. Wydawało mu się to trochę niepokojące, ale w sumie obserwacja dymu z sziszy bardziej go absorbowała. W dodatku po trzecim machu poczuł, że ktoś go łapie za kurczę…
      W tym czasie zespół wpadł w trans improwizacji, Malfoy łamał rytmy, wprowadzając coraz to bardziej skomplikowane podziały, a Zabini na saksofonie grał rzeczy wydawałoby się niemożliwe do zagrania. Ron, otumaniony spirytem, szybko pocieszył się po tym, co zobaczył, zatapiając twarz w dekolcie Lukrecji de Volaille, która przyszła sprawdzić, czy wszystko przebiega jak należy. Murtaza, wykorzystując animagię, transmutował się w ośmiornicę, dzięki czemu mógł dostarczyć rozrywki trzem dziewczynom jednocześnie. Wiły się wyuzdanie pośród lśniących, wilgotnych macek, wydając z siebie przepełnione podnieceniem odgłosy, które w przybliżeniu brzmiały jak „yoyoyooh, saa... hicha hicha gucha gucha, yuchyuu chyu guzu guzu suu suuu....". Przez muzykę przebijały się szalone śmiechy, radosne okrzyki karciarzy, a także dyskretne psykanie otwieranych puszek z piwem kremowym i znacznie głośniejsze puknięcia korków od szampana…

niedziela, 14 października 2012

Rozdział 4


      Dni w Hogwarcie mijały dość spokojnie. Okazało się, że Lukrecja de Volaille prowadzi także lekcje zaklęć i zna się na rzeczy. Harry z ulgą stwierdził, że na lekcjach opiekunka Klimpfjallu nie występuje w tej wydekoltowanej kreacji, którą pamiętał z niesławnego obrzędu przejścia. Mimo to na twarzach Kluchonów widać było swoiste zakłopotanie, jakby ciągle wspominali jedzenie budyniu. De Volaille nic sobie z tego nie robiła, prowadząc lekcje jak gdyby nigdy nic. Łatwość nauczania i urok osobisty czyniły z niej najlepszą nauczycielkę tego przedmiotu, jaką Harry pamiętał.
       Z drugiej strony Snape’a najwyraźniej coś ostatnio gryzło, i na pewno nie był to Krzywołap. Cóż, pan od eliksirów nigdy nie należał do szczególnie „pozytywnych kolesi”, ale w tym wrześniu roztaczał wokół siebie wyjątkowo gęstą aurę mroku. Na zajęciach brał uczniów w krzyżowy ogień pytań, jakby tylko czekał na moment, aż podenerwowani popełnią błąd i zdradzą jakąś tajemnicę. Nie oszczędził także Kasandry. Potter podejrzewał, że nagonka na nową koleżankę jest zasługą Malfoya, bo kogóż by innego?
      Swiftsure najwyraźniej miała jakieś problemy z nawiązywaniem więzi, bo snuła się samotnie po korytarzach i tylko czasem pisała coś w kajeciku. Nikt nie wiedział, co ona tam notuje, było to przedmiotem wielu spekulacji. Malfoy patrzył na nią wilkiem, Hermiona natomiast spróbowała przełamać lody i zagadać do Kasandry. Nowa była uprzejma, ale lakoniczna, nie zdradziła o sobie żadnych informacji.

        Tydzień po rozpoczęciu roku szkolnego Murtaza az-Zahari ogłosił, że wieczorem w pokoju wspólnym odbędzie się generalna uczta dla nowych Kluchonów. Harry bardzo się zdziwił, że w ogóle Klimpfjall ma jakiś pokój wspólny, bo przecież miał być domem ściśle tajnym. Potem przypomniał sobie, że miał się w tym roku już niczemu nie dziwić.
      Uczta zaczęła się o dziewiętnastej, ale Harry, Ron i Hermiona trochę się spóźnili, bo mieli pilne spotkanie z Dumbledorem w sprawach związanych z Zakonem Feliksa - mugolskim gangiem młodzieżowym stylizującym się na uczniów Hogwartu, a potem musieli jeszcze wyskoczyć na Pokątną i zrobić drobne zakupy. Kiedy wrócili, czekał już na nich Murtaza az-Zahari.
    Prefekt zaprowadził ich gdzieś w podziemia Hogwartu, wędrując mało znanymi korytarzami. To z pewnością nie były okolice kwatery Severusa, pokoju wspólnego Hufflepuffu ani innych miejsc, które Harry sobie kojarzył.
     W końcu zatrzymali się przed portretem czarnobrodego chłopa w białej koszuli i o okrutnym, drapieżnym spojrzeniu.
- Żeby wejść do pokoju wspólnego Kluchonów, trzeba zdjąć spodnie – wyjaśnił Murtaza. – W środku można je założyć z powrotem, ale w sumie po co.
- Zdjąć spodnie? – powtórzył Ron.
- Zdjąć spodnie – potwierdził az-Zahari.
- Ja nie noszę spodni – zauważyła Hermiona. – To co mam zrobić?
     Murtaza zamyślił się, ewidentnie nie spodziewał się takiego pytania.
- Zrobimy tak: my zdejmiemy, a ty przejdziesz razem z nami – zdecydował w końcu. – Inne Kluchonki też przecież jakoś przeszły.
      Ściana z portretem mużyka uchyliła się i czwórka Kluchonów weszła do środka. Przed nimi otworzył się korytarz w kolorze ciepłego brązu, jakby wykonany z wulkanicznego tufu. Szli nim przez dłuższy czas; wił się jak jelito, a na ścianach rozwieszone były obrazy cieszące wzrok feerią różnych barw. Z oddali zaczęła dochodzić muzyka.
       Wreszcie korytarz się skończył i weszli do pokoju wspólnego. Jasne światło, przytulne meble, dzieła sztuki. Jedną ze ścian pokrywały przemyślne iluzje, zmieniające się jak w kalejdoskopie.
Uczniowie Klimpfjallu już oddawali się rozrywce. Kilka osób tańczyło, inni zasiadali przy szerokim stole uginającym się od jadła i napojów. Draco Malfoy, który miał na sobie najwyraźniej tylko czapkę kolejarską, grał na perkusji, precyzyjnie wybijając skomplikowane figury rytmiczne inspirowane alfabetem Morse’a. Obok Finch-Fletchley z zapamiętaniem dmuchał w puzon, a Blaise Zabini, z grubym złotym łańcuchem na piersi, tak wywijał na saksofonie, jakby przez całe życie nic innego nie robił. Nieopodal jakaś dziewczyna w kompletnym stroju Ravenclawu, jeśli nie liczyć braku spódnicy, stała przy sztalugach i malowała coś w stylu ekspresjonizmu.
         Murtaza oddzielił się od Harry’ego i jego przyjaciół i wtopił się w tłum gdzieś przy stole.
- Chodźcie, Harry! – zawołał ku nim Neville Longbottom znad talerza atrakcyjnie wyglądającej pieczeni z warzywami w gęstym sosie.
- Ale zgłodniałam – zadeklarowała Hermiona. – Oszaleję, jeżeli nie spróbuję tych smakołyków.
- Polecam nuggety z żar-dzika, Granger – zawołał Draco, który właśnie miał przerwę w graniu. – A na deser tamten makowiec z zielonym lukrem. Już próbowałem i wiem, że był on dobry.
Ron skrzywił wargi niezadowolony.
- Robisz za doradcę kulinarnego dla szlamy? – zawołał w jego kierunku. – Nie poznaję cię!
    Malfoy wstał zza bębnów i okazało się, że oprócz czapki ma jednak coś jeszcze na sobie. Były to jasnozielone bokserki w owce.
- U nas w Klimpfjall nie ma podziału na szlamy i czystokrwistych – wyjaśnił. – Tutaj wszyscy jednakowo walamy się w oparach hedonizmu.
- Skąd u ciebie taki nagły przypływ egalitaryzmu, Szmoku? – Hermiona popatrzyła na niego ze skrajną podejrzliwością.
- Mam już dość tego całego pierniczenia o czystej krwi – skrzywił się Draco. – Honor śmierciożercy, Czarny Pan to, Czarny Pan tamto… Rzygać mi się chce. Niech ten stary syfilityk bez nosa nie myśli, że całe życie będę jego murzynem.
- Nie widzę Crabbe’a i Goyle’a – zauważył Ron, odbijając butelkę wina.
- Nawet nie wiesz, Weasley, jak się cieszę, że wreszcie się pozbyłem tych baranów – blondyn włożył do ust jednocześnie pięć zielonych winogron. – Robili mi wiochę na cały Hogwart.
      Harry spojrzał na niego spode łba.
- Co to znaczy, że się pozbyłeś?
- Nie to, co myślisz – Smok uśmiechnął się krzywo, pewnie winogrona były kwaśne. – Ten idiotyczny kapelinder załatwił wszystko bez mojego udziału. Oni zostali w Slytherinie, ja dostałem kopa w górę. Rzuć mi tamten pomarańcz, Potter.
       Harry podał owoc Malfoyowi, ale Ron nadal był nieufny.
- A z tą Swiftsure to co niby było? – zapytał. – Jakoś wpisuje się to w malfoyowską tradycję gnębienia szlam!
- A skąd ja wiem, czy ona szlama? – Draco wzruszył ramionami. – Może i pełnokrwista. Podejrzanie aktywna, z nikim się nie trzyma, łazi po korytarzu i gryzmoli w notatniku. Jeżeli tak nie wygląda ktoś, kogo przysłali na przeszpiegi, to zjem Kapelusz Przydziału.
- Nie, Malfoy, jesteś w błędzie – powiedziała Hermiona. – Gdyby była szpiegiem, to nie zachowywałaby się tak, żeby wszyscy zwracali na nią uwagę.
- Dobre rozumowanie, Granger – stwierdził Smok. – A może ona chce, żebyśmy tak myśleli? A może po prostu marny z niej szpieg? Nie każdy jest od razu asem wywiadu.
- Słuchaj, Draco – powiedział Harry. – Zakładając nawet, że Kasandra szpieguje, to właściwie dla kogo?
- Nieważne – Draco poprawił włosy pod czapką. – Nie podoba mi się to i już.
- Nie masz żadnych dowodów – zwrócił uwagę Weasley. – Mało tego, nawet nie masz poszlak. Ale czego się spodziewać po Ślizgo…
       Zabini podszedł.
- Na brodę Merlina, skończcież tę kłótnię jutro – powiedział, pobrzękując łańcuchem. – Teraz jest czas rozrywki. Nie po to weszliśmy wszyscy do Klimpfjallu, żeby przenosić stare animozje z poprzednich domów.
- Racja – przyznała Hermiona. – Dość tej wymiany uprzejmości.
       Malfoy miał kwaśną minę, ale wrócił za bębny i zaczął nabijać rytm na werblu. Justin i Blaise trochę podimprowizowali razem z nim, ale w końcu im się znudziło i zaczęli grać stare mugolskie przeboje z lat 50. Atmosfera zrobiła się nastrojowa. Kilka par tańczyło wolnego. W tym czasie Harry dobrał się do makowca zachwalanego przez Dracona, a Ron ukroił sobie wielką pajdę chleba i właśnie smarował ją grubą warstwą smalcu. Ktoś inny grał na ślimaczym rogu, wzbudzając wielką wesołość wśród ex-Ślizgonów.
Hermiona zaczęła tańczyć walca solo. Sama nuciła melodię, do której tańczyła, bo muzyka Malfoya jej nie pasowała. Gdzieś w głębi zamajaczył profesor Flitwick, siedzący na stercie jedwabnych poduszek przy fajce wodnej większej od niego samego. Na sąsiedniej poduszce spoczywało coś, co przypominało Krzywołapa; Merlin raczy wiedzieć, jak on tu wlazł, ale Krzywołap najwidoczniej cały zgiełk miał gdzieś i kimał sobie spokojnie jak król lasu. Neville Longbottom, przebrany w kwiaciastą sukienkę, robił gwiazdy po całym pomieszczeniu, zaledwie o cale unikając zderzeń z walcującą Hermioną, a jego akrobacje punktowane były donośnym świstem Marietty Edgecombe. Zapowiadał się dobry wieczór.

sobota, 13 października 2012

Rozdział 3


        Następnego dnia nauka w Hogwarcie zaczęła się jak co roku. Przynależność do Klimpfjallu w żadnym stopniu nie zwalniała Harry’ego i przyjaciół z zajęć. Jednakże zajęcia te były… specyficzne. Na przykład takie eliksiry. Snape wydawał się zupełnie nie w humorze, gdy zapowiadał, co dziś będzie na lekcji.
- Niech nas pan nauczy pędzić bimber – wyrwał się Malfoy.
        Snape spiorunował go wzrokiem, ale sprawiał wrażenie, jakby nie był pewien, czy na pewno dobrze usłyszał. Zresztą Harry też nie był pewien.
- Minus pięćdziesiąt dla Slytherinu – ogłosił Severus.
      Draco uśmiechnął się tryumfalnie. Nie musiał sobie nic robić z punktów karnych dla Slytherinu, bo przecież był Kluchonem. Wszystkie kary i tym podobne przyjemności szły zaś na konto czterech oficjalnie istniejących domów, skoro Klimpfjall pozostawał ściśle tajny. W dodatku Snape najwyraźniej nie skojarzył, że Draco należy teraz do Ravenclawu.
       Eksces „Smoka” był szeroko komentowany na przerwie i spodziewano się, że na  zielarstwie Draco wyskoczy z czymś podobnym, na przykład zaproponuje pewne specyficzne zioło. Jednak Malfoy w obecności Pomony Sprout zachowywał się całkiem poprawnie. Za to dużą wiedzą, przygotowaniem i aktywnością wykazała się Kasandra Swiftsure. Wiadomo, nowa – chce się pokazać.
      Wczoraj, w Ekspresie, Kasandra miała włosy ciasno spięte. Dziś trochę je poluzowała i dzięki temu można było zobaczyć, że są kręcone, bardzo kędzierzawe. W jasnym, wrześniowym świetle wpadającym przez okno, wydawały się przybierać wręcz odcień ciemnego fioletu. Harry, przypatrując się nowej koleżance, zauważył także, iż na jej podbródku znajdują się dyskretne pasemka jaśniejszej skóry, jakby blizny. Nie odbierało jej to uroku, wcale a wcale.
     Na transmutacji również Swiftsure wiodła prym. Wszystko łapała w lot, znajdując się w centrum zainteresowania klasy. McGonnagal stawiała ją za wzór, że tak oto się powinno podchodzić do transmutacji. Harry poczuł się poważnie zaniepokojony; czyżby miał stracić prestiż na rzecz nowej? W sumie bezsensowna obawa, bycie Złotym Chłopcem to jednak było coś nie do przeskoczenia, ale… W ogóle dziwne rzeczy się dzieją.
       Na którejś przerwie Draco podszedł do Kasandry. Towarzyszyli mu Crabbe, Goyle i jeszcze jacyś dwaj Ślizgoni.
- Dobra, ślicznotko – powiedział, patrząc na nią bezlitośnie swymi stalowymi oczyma. – Bardzo mnie interesuje, coś ty za jedna.
- Kasandra Swiftsure, do usług – przedstawiła się nowa, a jej ton dawał do zrozumienia, że nie jest jej miło ich poznać.
- Dobra, dobra – Malfoy wpatrywał się w nią, był chyba lekko spięty. – Chodzi mi o to, skąd się tutaj wzięłaś.
- Z Durmstrangu – powiedziała Kasandra. – Nie mówiłam?
            Draco zakląskał z niezadowoleniem.
- Bujać to my, a nie nas – stwierdził. – Pierwszy dzień w szkole i już transmutujesz nie gorzej od samej Minerwy. Nie masz czasem pod ręką klucza wiolinowego, nudge nudge?
- Ja… nie wiem, o czym ty mówisz.
- Niee? – Malfoy ewidentnie nie wierzył w jej tłumaczenia. – A te szlamy… tfu, szramy na brodzie to może od wyjadania ananasa prosto z puszki?
- Zostaw mnie – Swiftsure próbowała odejść, ale Goyle zastąpił jej drogę.
- Dobry Goyle, dobry – powiedział Draco pod nosem, po czym ponownie zwrócił się do Kasandry. – No więc powiadasz, że jesteś z Durmstrangu. Bardzo możliwe. A naprawdę? Powiesz mi, czy raczej wolisz uzupełnić swoją kolekcję blizn o nowe okazy?
       Crabbe zarechotał, ale w tym samym momencie Harry z Ronem wkroczyli między Kasandrę a bandę Platynowego.
- Co ty wyprawiasz, Malfoy? – Ron spojrzał na niego z nienawiścią. – Rozumiem, że dużo się zmieniło po wakacjach, ale tobie chyba już kompletnie wali na łeb! Znaczy, zawsze byłeś tchórzliwym, a nawet tchórzofretliwym mobberem, ale żeby już pierwszego dnia…
         Draco, chociaż miał przy sobie czterech ślizgońskich bycusiów, wyraźnie stracił rezon.
- Słuchaj, Potter – zwrócił się do Harry’ego, jakby Weasley był niegodny rozmawiać z jaśnie panem Malfoyem. – Nie wiem, kim ona jest i czego tu chciała, ale będą jeszcze przez nią kłopoty. Nie widzisz, że to wszystko jest częścią jakiegoś szerszego planu?
      Odwrócił się na pięcie i odszedł, nie czekając na swoją „gwardię”. W głębi korytarza gadał o czymś z Zabinim, zawzięcie gestykulując.

      Wieczorem wszyscy Kluchoni zostali wezwani do jednej z sal. Miał się odbyć obrzęd przyjęcia do Klimpfjallu.
       Profesor de Volaille stała na środku pomieszczenia, którego głąb skrywały ciemności, i uśmiechała się szeroko do wchodzących uczniów. Harry nie mógł zignorować faktu, że opiekunka Szóstego Domu ubrana była w szatę z mocno wyciętym dekoltem – i trzeba przyznać, że miała sporo do pokazania. Dziwił się, że w ogóle pozwala jej się w Hogwarcie na taki strój. Nowa moda w Ministerstwie, ani chybi.
Obok stał Murtaza az-Zahari, prezentujący się nadzwyczaj przystojnie w mundurku Hogwartu, ale w rzadko spotykanych, czarno-srebrnych barwach. Niektóre uczennice z podziwem spoglądały w jego czarne oczy, on sam zaś mierzył nimi kartkę, na której miał jakiś wykaz.
- Witam was, drodzy Kluchoni – powiedziała Lukrecja de Volaille. – Chociaż tak naprawdę nie jesteście jeszcze w pełni adeptami Szóstego Domu. Aby się nimi stać, musicie przejść obrzęd…
       Wszyscy patrzyli na nią w skupieniu, jedni – nie mogąc się doczekać, na czym ten obrzęd ma polegać, drudzy – zafascynowani jej strojem i dwukolorowymi włosami.
- W tym celu musicie… – profesor zrobiła znaczącą pauzę – zjeść budyń waniliowy!
      Za nauczycielką rozbłysło magiczne światło, ukazując szeroki stół, cały zastawiony czarkami budyniu.
- Potter – odczytał az-Zahari.
Harry zdumiał się, że nie wywołują według alfabetu. Właściwie był już zmęczony tym ciągłym dziwieniem się. W sumie nie ma co, bo Hagrid przecież zapowiadał, że idzie nowe… Podszedł do de Volaille, która uśmiechała się niezwykle sympatycznie i trzymała salaterkę.
- Aby wejść do Szóstego Domu, musisz przezwyciężyć to, czego nie przezwyciężałeś jako Gryfon – powiedziała uroczyście, po czym wyrzuciła budyń z czarki sobie na dekolt.
       Harry popatrzył jej w oczy, potem znowu na budyń, potem znów w oczy.
- Pośpiesz się, Potter – ponagliła go. – Nie może spłynąć na ubranie.
        W takiej sytuacji Harry bez zwłoki zabrał się do jedzenia. Musiał zebrać cały budyń, co nie było łatwe, bo część już płynęła przedziałkiem. Trzeba było działać szybko. Czuł, jak pod jego językiem tworzy się gęsia skórka, słyszał przyspieszony oddech Lukrecji de Vollaile i coś, co może było westchnieniami, a może przełykaniem śliny. Starał się za bardzo o tym nie myśleć i skupić się na zadaniu. Ciekawe, czy dziewczyny też będą przez to przechodzić?
       Wreszcie posiłek się zakończył. De Vollaile podniosła głowę Harry’ego i spojrzała na niego, cały czas się uśmiechając. Murtaza odprowadził Pottera na bok i uścisnął jego dłoń.
- Gratulacje – powiedział. – Od tej pory jesteś pełnoprawnym Kluchonem.
      Tymczasem kolejni uczniowie przechodzili przez ten sam obrzęd. Malfoy i Justin Finch-Fletchley szybko sobie poradzili. Ron trochę zmarudził, ale i on wkrótce dołączył do „pasowanych”. Harry patrzył w podłogę, lekko zawstydzony, ale uświadomił sobie, że przecież wszyscy inni robili to samo. Przez to zawstydzenie nie zwrócił uwagi, czy dziewczyny rzeczywiście musiały jeść budyń z dekoltu Lukrecji de Volaille. Zauważył za to, że Neville Longbottom dopuścił, aby budyń zsunął się na jej bluzkę, i za karę musiał powtórzyć cały rytuał. Cztery razy.
Kiedy już wszyscy zakończyli obrzęd przejścia, a na stole wznosiły się kolumny zużytych salaterek, profesor de Volaille odwróciła się do świeżo upieczonych Kluchonów.
- Witajcie w Klimpfjallu, Szóstym Domu, w domu bezgranicznego hedonizmu i niczym nieskrępowanej deboszerii. Tajemnica wspólnego występku trzyma nas razem.